Ależ to była szybka akcja ;) Ledwie opadł kurz po Dniu Kobiet, kiermaszu, warsztatach i tym podobnych aktywnościach wymagających czasu i zaangażowania, okazało się, że zbieramy się na kolejne wydarzenie. I nie byłoby w tym nic dziwnego i w zasadzie stresującego, gdyby nie fakt, że czekała nas podróż do Warszawy na Grand Bazar w Domu Towarowym braci Jabłkowskich. Wizja, że wszystkie uszytki trzeba upchnąć w jednym aucie, jeszcze na pół z Trombiszonami Ani z MamaDesign,wydawała nam się przerażająca. Do tego duży wieszak na kółkach, półeczki, kartoniki, miliony niezbędnych bibelotów... Niewykonalne!
Poza tym w momencie, kiedy okazało się, że jedziemy, właśnie zakończyłyśmy wyprzedaż ;) Trzy dni przed wyjazdem zostałyśmy więc niemal bez uszytków. Zaczęłyśmy dość histerycznie podchodzić do tematu, szyjąc na potęgę. No bo jak to tak w stolicy bez przygotowania? Kosztowało nas to wiele potu, krwi i łez, ale udało się! W sobotę, zgodnie z planem, o 4 rano wyruszyłyśmy na pierwszą wyjazdową akcję kiermaszową. A że na ja na przykład skończyłam szyć dopiero o 2, zdążyłam w zasadzie wziąć tylko prysznic, spakować kilka rzeczy i musiałam wychodzić. Trochę chyba przesadziłam w temacie szycia, tym bardziej, że połowy nowych rzeczy nie zabrałam. Około północy zdałam sobie sprawę, że napowaniem kominów w środku nocy ściagnę na siebie gniew sąsiadów i najpewniej zostanę bezdomna. Przyznaję, że byłam bliska rozpaczy. Ale chyba jednak zbyt zmęczona, żeby przesadnie długo nad tym faktem ubolewać ;)
Po wszystkim możemy powiedzieć, że wyjazd to był naprawdę strzał w dziesiątkę. Poznałyśmy wiele nowych, pełnych pasji osób. Miałyśmy okazję zacieśnić więzi z naprawdę dużymi i rozpoznawalnymi markami. Dowiedziałyśmy się sporo cennych rzeczy i jesteśmy ogromnie wdzięczne, że możemy korzystać z doświadczenia kolegów z branży. To strasznie miłe, że mimo konkurencji, jaką dla siebie jednak stanowimy, istnieje handel wymienny informacjami. Rozwiałyśmy naprawdę sporo wątpliwości, które nas trawiły od pewnego czasu.
I jeszcze jedno. Nie wytrzymałabym, gdybym nie powiedziała, że objadłam się za wszystkie czasy. Piętro niżej odbywał się kiermasz żywności ekologicznej. Jakie rarytasy można tam było kupić! Maślane croissanty, ręcznie robione makaroniki, chlebki miętowe, wszelkiego rodzaju placki, świeżo wyciskane najróżniejsze soki, humus, a nawet robaki ;) Przyznaję uczciwie, że schodziłam tam co chwilę, pod pretekstem rozmienienia pieniędzy.
Ale największą niespodzianką i przyjemnością i tak były odwiedziny naszych czytelników! Tak jak obiecywałyśmy, wymienialiśmy ploty, zabrakło tylko kawy i ciasteczek, ale następnym razem będą na pewno. Bo do Warszawy wracamy 30 marca, tym razem na targi MiszMasz w Blue City;)) Połknęłyśmy bakcyla i mamy nadzieję wyjeżdżać coraz częściej. Dawajcie nam koneicznie znać, jak usłyszycie o jakimś fajnym wydarzeniu handmade'owym w swoim mieście. Prawdopodobnie skorzystamy z zaproszenia ;)