poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Boyhood bedroom / Królestwo Braci Be vol. 2 - EFEKTY!



     Jakiś czas temu, wobec rozpadających się mebli i wrażenia bycia zalaną przez monstrualną ilość dziecięcych RZECZY (zabawek, ubrań, poduszek, ręczników, bielizny itp, itd), z których ani jedna nie pasowała do drugiej, powiedziałam sobie DOŚĆ! Nie zniesę dłużej skarpet wychodzących z pojemnika na klocki, ani kart do gry wymieszanych z Felkowymi maskotkami. Za mało miejsca, niefunkcjonalne pojemniki na zabawki, źle rozplanowana przestrzeń, dzieci skaczące po głowie, bo nie mieli nawet gdzie się podziać w swoim własnym pokoju… Koniec! Basta! Nadeszła era nowego porządku!!!
Od postanowienia do czynów nie minęło wiele czasu: w dwa tygodnie mieliśmy wspaniałą szafę, kolejny tydzień później dzięki życzliwym duszom z boskiego FB i DPD Gdańśk, mieliśmy nasze wymarzone łóżko. Malowanie zajęło przysłowiowe pięć minut, ale… wtedy przyszła pora na Telesfora - czyli na mnie i moje skomplikowane pomysły na dekoracje i ich realizacje :D
Dzisiaj, chociaż zajęło mi to tradycyjnie dużo dłużej niż planowałam, mogę stwierdzić: EFEKT JEST OSZAŁAMIAJĄCY! Chcecie się przekonać? :D

wtorek, 21 kwietnia 2015

Chwilowo nie ogarniam… ;-)


Choć samej trudno mi w to uwierzyć, weszłam w trzeci trymestr ciąży. Kiedy to się stało, dlaczego tak szybko, nagle, niespodziewanie. Dopiero co czekałam niecierpliwie na koniec 12. tygodnia, żeby móc odetchnąć z ulgą, że wszystko w porządku, że można poinformować świat o fasolce numer trzy.  Ledwie zarejestrowałam początek drugiego trymestru, który zazwyczaj jest bardzo przyjemnym okresem ciąży, bo piękna cera, bo włosy gęste, dużo energii, brzuch jeszcze nie przeszkadza, a już przyszło mi się z nim pożegnać. Poród zbliża się wielkimi krokami, a ja nie zdążyłam jeszcze porządnie zarejestrować ciąży. Pokontemplować jej. A obiecywałam sobie, że tym razem nadrobię wszystko, o czym zapomniałam poprzednio. Guzik niestety z tego wyszło. Jeśli mam być szczera, ciąża została zupełnie odstawiona na boczny tor, priorytet ma moja dotychczasowa dwójka Drombo. Doszło nawet do tego, że gdy mnie ktoś pyta o etap ciąży, muszę się nieźle wysilić, żeby precyzyjnie określić tydzień. Przyznaję, że często wchodzę na strony z kalkulatorami, żeby mi wyliczyły, na jakim etapie aktualnie jestem. Nie ogarniam moi drodzy zupełnie ;-)



Teraz głównie towarzyszy mi rozkojarzenie, trudności ze skupieniem, skoordynowaniem wielu rzeczy naraz. I to, co najgorsze: napady głodu. Głodu tak wielkiego, nieposkromionego, że mam wrażenie, że pochłonę wszystko, co obecnie znajduje się w lodówce. Najchętniej oczywiście słodycze. Obiecywałam sobie sto razy: tym razem się opamiętam, stawię czoła cukrowi, o który mój organizm woła jak szalony. Nic z tego. Działam jak odkurzacz. Dopóki nie zjem, nie jestem w stanie nic innego zrobić. Przyznaję, że wyjadam słodycze dzieci, chowam się za ścianą w kuchni i zjadam egoistycznie sama, żeby tylko nie musieć się dzielić. Ulga przychodzi tylko na chwilę. Proces pochłaniania odbywam kilka razy dziennie ;-) Usprawiedliwiam się skrajnie niskim ciśnieniem i tym, że mój organizm woła o najprostsze paliwo. Każde wytłumaczenie dobre, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia ;-)

Swoją drogą mam za sobą dość poważne problemy zdrowotne, podczas których zamiast przybrać, sporo schudłam, więc uczciwie nadrabiam kilogramy. Nie martwcie się, zdrowo i pożywnie też jem. Generalnie głównie jem ;-) Nie ma potrawy, która by mi szczególnie nie smakowała. Zrobiłam się mało wybredna i wciągam nawet grejpfruty, których wcześniej nie znosiłam.
Poza tym zaczynam narzekać. Hormony tak bardzo uderzają mi do głowy, że już nawet nie próbuję się kontrolować. Kromka chleba źle położona na talerzu może się naprawdę nagle stać życiowym dramatem. W jednej chwili wydaje mi się, że mam skumulowane w sobie tyle energii, że mogłabym przenosić góry, w drugiej czuję się jak balon, z którego właśnie uszło powietrze. W zasadzie nie wiem, komu ciężej z taką karuzelą nastrojów, emocji i humorów: mnie samej czy otoczeniu, któremu przyszło ze mną się mierzyć ;-)

I jeszcze coś, co nie daje mi spokoju: zapachy. Nagle uczucie wstrętu wywołują perfumy, proszek do prania, płyn do płukania, balsamy do ciała. Zachwycać za to zaczęły mnie wszelkiej maści detergenty! Domestos, płyn do spryskiwaczy, płyn do naczyń, wybielacz. No i jeszcze zapach benzyny!!  Wszystko to, z czym kobieta w ciąży do czynienia mieć nie powinna ;-) Chociaż przyznaję, że jadąc autem, włączam spryskiwacze na każdym czerwonym świetle ;-) Totalnie dziwaczna przypadłość ciążowa. Kosmetyki kupuję bezzapachowe, a gdy myję lustro, spryskuję je wyjątkowo dokładnie, żeby przypadkiem zacieków nie było ;-)

Daję Wam dziś mały przedsmak naszej kolekcji wiosenno-letniej. Trochę spóźnionej, ale co tam. Wyluzowałyśmy z Patrycją w ostatnim czasie. Nie spinamy się już, że coś niezrobione, że inni już mają, a my nie. Że inni pracują już nad jesienią, a my dopiero ogarniamy wiosnę. I dopiero zamierzamy pochylić się nad latem. Małe serie, spontaniczne projekty. Tak teraz pracujemy. Spontanicznie, wtedy kiedy naprawdę mamy inspirację i kiedy rodziny nam na to pozwalają. Wypracowałyśmy balans między domem a pracownią. Odpuściłyśmy i teraz snu z powiek nie spędza nam kolor ściągacza, który jest o ton jaśniejszy od koloru dzianiny, z którą ma współgrać. Do zen nam daleko, ale naprawdę się staramy ;-) A już w środę pokażemy Wam, co przygotowałyśmy. Będzie wysyp królików, kotów i innych stworków. Coś dla mamy i taty. Wpadłyśmy po uszy w uszatą konwencję, dlatego niespodzianek w tym temacie nie będzie ;-)

A na koniec moje dwa bąbelki, główni bohaterowie mojej codzienności: jeden już całkiem duży, drugi zupełnie mały, kochany osesek. Czekają dzielnie na siostrę, pukają w brzuch i zupełnie nie mogą jeszcze pojąć, o co w tym wszystkim chodzi. Co za mały kosmita niedługo z nimi zamieszka, a który teraz pływa w brzuchu mamy.  Choć sama też tego wszystkiego jeszcze nie ogarniam ;-)
m.


















fot. INDYGO TREE
rekwizyty: BUNNY LIKES

wtorek, 7 kwietnia 2015

Trochę przemyśleń kobiety oczekującej

     Wpis zaplanowany na tydzień przed świętami tworzył się tyle czasu, że święta zdążył już pożegnać ;)  Ale cóż, zdarza się, szczególnie, gdy ma się dwójkę małych dzieci, trzecie w drodze, dom na głowie, firmę i jeszcze święta do zorganizowania. Ale przecież ja tu nie po to, żeby narzekać i farmazony opowiadać. Chciałam podzielić się kilkoma przemyśleniami, które mnie ostatnio nachodzą. Zrobiłam się nieco sentymentalna i rzewna, ale prawdopodobnie to kwestia hormonów ciążowych. Jako że zdarza mi się płakać nawet na reklamach, dochodzę do wniosku, że nie wszystko jest w porządku z moją stabilnością emocjonalną. A jeszcze jak dołożyć do tego roztargnienie i totalne zapominalstwo, wychodzi mieszanka wybuchowa ;-) Mój mąż prawdopodobnie ogłosi się świętym, gdy ciąża numer trzy dobiegnie końca. Choć z pewnością wyciągnę asa z rękawa w postaci baby bluesa i tym podobnych atrakcji. Już teraz musi przejść trening godny komandosa, bo kto potem da radę na poligonie z trójką dzieci ;-)