niedziela, 26 stycznia 2014

Niekończąca się domowa opowieść

Będzie chyba z miesiąc jak nic nie uszyłam. Pilne zamówienia zrobiłam, ale żeby wcielić w życie nowe plany, to zupełnie nie. Nie dlatego, że jestem leniwa (chociaż, nie ukrywam, zdarza mi się) albo straciłam zapał. Po prostu ostatni czas obfitował w tyle obowiązków przy dzieciach, że ciężko mi było w ogóle zastanowić się nad czymś niezwiązanym z chlopcami. Mam nadzieję, że to stan zupełnie tymczasowy, okres przejściowy i że zaraz się skończy.


piątek, 17 stycznia 2014

Wielki urodzinowy konkurs BPM. Stwórz z nami swój własny Boski Projekt

Stało się, minął rok, zupełnie nie wiem kiedy. Jak sobie przypomnę nasze przygotowania do wstawienia pierwszego posta ;))) Oczywiście nie mogłyśmy się umówić przez dobre dwa tygodnie. W końcu znalazłyśmy "okno" między codzienną orką a...codzienną orką. Szybko okazało się, że to nasz bilet do nowej rzeczywistości, zupełnie nieznanej i jakże zaskakującej ;)



Mój american dream.. cz.2 - NASA, Universal Studios i Disneyland / Orlando


c.d. mojego hamerykańskiego wyjazdu ;) jako, że widocznie nigdy nie dorosłam (i chyba nie dorosnę już nigdy), postanowiłam sprawić sobie całe morze przyjemności. Odwiedziłam Harryego Pottera, Dumbo i syrenkę Ariel. Welcome to the world of magic :D





cz. 1 tu: Mój american dream... cz. 1 - Miami, Floryda 

cz. 3 tu: Mój american dream.. cz.3 - Nowy Jork


wtorek, 14 stycznia 2014

Mój american dream... cz. 1 - Miami, Floryda



     Już wielokrotnie wspominałam, że jednym z moich licznych marzeń, które pielęgnowałam w sobie od dziecka i które zamierzałam ostatecznie spełnić (poza tymi, których spełnienia nigdy nie planowałam, jak np bycia małą księżniczką, mieszkającą na poddaszu angielskiej stancji w XIXw ;) ), była podróż do USA. Dla wielu jest to marzenie bardzo prozaiczne, bardzo łatwo osiągalne - wystarczy kupić bilety i po prostu lecieć. Dla mnie jednak pozostawało to długo poza zasięgiem. Brak wizy, brak wystarczającej ilości wolnych środków, a poza tym wszystkim to, co najistotniejsze: posiadanie malutkich dzieci, których samych nie chciałam zostawiać, a których zabrać nie byłoby sensu, bo nie skorzystałabym z wyjazdu tak, jakbym chciała..
Czas jednak płynie, dzieci rosną, a los nieoczekiwanie zsyła okazje, i tylko od nas zależy, czy skorzystamy z nich, czy nie. Tak się stało właśnie w moim przypadku.. nagła, spontaniczna decyzja, spowodowana namową naszych przyjaciół wieloletnich, którzy taką podróż sobie zaplanowali. Decyzja moja jak moja, mnie nie trzeba nigdy długo namawiać ;) ale mojego zwykle trudnego do namówienia  męża (rozsądkiem stoi, zdecydowanie bardziej, niż ja :P).. Poza tym idealny zbieg wszelkich możliwych okoliczności i niespełna 3 tygodnie od decyzji posiadaliśmy już i wizy (wydające się nam wcześniej nieosiągalnymi), oraz bilety. Na podróż życia. Miami, Orlando, Nowy Jork... nie wierzyłam, dosłownie w to nie wierzyłam. Był wrzesień, lecieć mieliśmy pod koniec grudnia i przysięgam, cały czas spodziewałam się czegoś, co pokrzyżuje nam plany. Czegokolwiek. Trzęsienia ziemi, nagłej choroby, nie wiem, bankructwa, albo chociażby pyłu wulkanicznego, który już raz sprawił, że nasza podróż z Martą do Londynu została odwołana. Po prostu, było to zbyt piękne, a jednocześnie zbyt proste, by się naprawdę WYDARZYĆ.

A jednak. 26 grudnia, w totalnie jeszcze świątecznym nastroju, odwieźliśmy dzieci do rodziców (mówiłam wielokrotnie, że są najwspanialszymi dziadkami na świecie, a dzieci ich po prostu uwielbiają), pakowaliśmy walizki, nadal nie wierząc, że to się dzieje. Gdy wsiadaliśmy o 4 rano do taksówki na lotnisko, ciągle byłam pełna złych przeczuć. Że samolot będzie opóźniony, odwołany... cokolwiek. Ale nic się nie wydarzyło. Planowo dolecieliśmy do Monachium, stamtąd - wsiedliśmy na samolot do Charlotte... bez najmniejszego już stresu przeszliśmy przez kontrolę. Ponoć mogli nas nie przepuścić przez granicę, czym wcześniej się ciągle sama straszyłam. Jak się okazało, cała kontrola polegała na zeskanowaniu paszportu i pytaniu strażnika - "How are you, guys?" zadanego z pełnym uśmiechem. Aha, zapytał jeszcze, gdzie i po co się wybieramy, na co odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą - że na Sylwestra w Miami ;) I koniec pytań, pieczątka w paszporcie, i dalej lot do samego Fort Lauderdale...

EDIT: NIE WIEM, JAK TO MOŻLIWE, ALE.. wszystkie zdjęcia mi spikselizowało :( Obrabiałam w innym programie niż dotąd i dopiero po wrzuceniu na bloga taki efekt :( Załamka... jak będę w stanie, jutro je podmienię. Jakiś dramat :/ Wybaczcie, kurczę, a takie piękne widoki... a może to mój ekran szwankuje..!? Widzicie te piksele ohydne!?

Kilka fot z samolotu :) nie wiem, zawsze jak oszalała cykam fotki zza okna... ;)




Zbliżamy się do Fort Lauderdale - już widzę te klasyczne suburbia ;) czyli przedmieścia i okolice jak z Wisteria Lane, równe domki, z trawnikami, szerokimi chodnikami, dziećmi grającymi w piłkę na ulicy...



Gdy dolecieliśmy, była 23, a my totalnie wykończeni po trwającej ponad 20 godzin podróży), zobaczyłam tylko hotel, który zrobił na mnie dość paskudne wrażenie ;) chyba ze zmęczenia. Rano jednak zobaczyłam palmę, włączyłam tv, gdzie leciała akurat "Good morning, America" - czyli coś, o czym słyszałam, czytałam i chciałam zobaczyć na żywo - już jeden punkt podróży odhaczony :D O 8 rano..


Właśnie... cała moja podróż to było jak odhaczanie kolejnych punktów mojej fascynującej "listy mustów" ("must do, must see, must try, must go, must dring, must eat") związanej z wszelkimi moimi wyobrażeniami dot. Stanów. Niesamowite, ile w ciągu tych 17 dni się wydarzyło, ile punktów udało mi się z tej listy zrealizować... codziennie przynajmniej jeden! To jak kalejdoskop zdarzeń, wrażeń, smaków, zapachów... wszystkie zmysły mam wyostrzone...

Zacznijmy jednak od najmilszego początku ;) Jako, że podróżowaliśmy we czwórkę (na wstępie muszę zaznaczyć, że R. nie bardzo chciał pokazać się na blogu, co doskonale rozumiem i szanuję, dlatego wspólnych zdjęć nie będzie :D), wynajęliśmy samochód. R. wielokrotnie był w USA i był dla nas trochę przewodnikiem, w Miami spędził wiele czasu i znał drogi, dlatego nie obawialiśmy się podróżowania na własną rękę. Świetnie się też złożyło, że dosłownie dwa tygodnie przed wylotem znaleźliśmy świetne i stosunkowo niedrogie mieszkanie (cena pokoju w nadmorskim kurorcie latem) w Downtown Miami, czyli niecałe 8 minut piechotą od Bayside. Mieliśmy zatem pełną niezależność, a co więcej, mogliśmy się poczuć nie do końca jak przeciętny turysta, co zawsze jednak narzuca nam mieszkanie w hotelu i podróżowanie taksówką. Byliśmy u siebie.
A mieszkanie... okazało się być apartamentem na 34 piętrze. Nowowybudowany, designerski budynek, z basenem i jacuzzi na dachu, z przynależnym parkingiem. Oczywiście po amerykańsku: salon, dwie sypialnie i dwie duże łazienki, bo gdzie w trzypokojowym mieszkaniu samotnej osoby jedna łazienka ;) Ale widok! Widok z okien był totalnie zachwycający - panorama miasta, z jednej strony widok na zatokę, jachty.. niesamowite...

Ranek :)


I zapierający dech - nocą..! Tętniące życiem miasto i migoczące światełka wszędzie.. całą noc!..



Prawda, że piękny..? 

Niestety nie do końca nam się udała pogoda. W sensie, było cudownie ciepło (ok 27st'C), ale nie było słońca.. pochmurne pierwsze dni, dalej nie było wiele lepiej. Ale mieliśmy samochód i jeździliśmy po mieście, chcąc zobaczyć jak najwięcej. I oczywiście, zakochaliśmy się w shoppingu ;) Jenyyyy, jakie tam są ceny.. dosłownie grzech nie brać ;) Trafiliśmy na idealny czas, po Świętach, po pierwszej wyprzedaży,gdzie rzeczy przeceniano o 50%, od cen wcześniej przecenionych. Koniec końców, bluzka w GAPie kosztowała 5dol.. to samo z każdą inną marką, mniej czy bardziej znaną. Mi akurat marki nie robią, kupuję, jak mi się dana rzecz podoba, ale - nieraz szczękę zbierałam z podłogi, jak widziałam markowe torebki, koszule czy buty za 25% podstawowej ceny... W porównaniu z cenami tych sklepów u nas???? Chyba nigdy już nic w PL nie kupię :P A już na pewno nic firmowego! Bo sieciówki to wiadomo, że tak, bo się nie powstrzymam :DDD

Dobra, koniec takiej jałowej gadki ;) Pokażę Wam fotki i w miarę dodawania będę komentować ;)

Nasz mega pojemny bagażnik w zwykłym, kompaktowym aucie (Ford Taurus) ;) widzicie głębokość? Walizka z przodu jest duża :D 


 Nieco jakby pomylone klimaty... choinka pod palmą ;) A obok stała stajenka ;)


 Pierwszy raz zobaczyliśmy taki Ocean..




A tu na Lincoln Road - zobaczcie, jaki sklep wyczaiłam :D Co jest na wystawie?



Tadam :D


Kolacja w Bubba Gump. To sieć restauracji inspirowana jednym z moich ukochanych filmów - "Forrest Gump". Podaje głównie krewetki :) W karcie specjały opatrzone komentarzami w stylu "ulubione danie pułkownika Dana i Forresta Gumpa po ciężkim połowie" :D plus filmowe pamiątki. Fajny, bardzo fajny pomysł :)


Bread & butter pudding. Właśnie dochodzi w piekarniku, bo obrabiając foty do tego wpisu, natknęłam się na to foto... i z głodu mnie skręciło ;) Oczywiście, na początku podróży nie byłam jeszcze świadoma pewnego zagrożenia. Otóż na każdym kroku Amerykanie próbowali mnie otruć. W gumie do żucia, w daniu głównym, w makaronie, w napoju - wszędzie króluje... cynamon ;) F U C K! Nienawidzę cynamonu i chociaż bardzo się staram, nie umiem polubić.. tu jednak spieczona skórka chleba, masło klarowane, lody śmietankowe i prawdziwa bita śmietana wygrały temat ;)


Wesołych Świąt w stylu Miami ;) (widzicie, jakie okropne, bezsłoneczne zdjęcia :( Tak mi żal :( )


Dumny kierowca za kółkiem amerykańskiej fury ;) A propos. Plotka o niejakiej megalomanii amerykańskiej to nie plota. Oni mają wszystko wielkie! Z rozmachem budują domy, konstruują samochody.. zwykłe, europejskie modele dosłownie giną przy swoich europejskich odpowiednikach.
A samochody tańsze, benzyna połowę tańsza, nikt się nie boi jazdy z pięciolitrowym silnikiem... zazdrość :P


Tu mimochodem dwie wystawy - Valentino i bodajże Givenchy, ale niestety nie objęłam nazwy i zapomniałam :P Piękne wystawy, stałam i podziwiałam.. ;)



A tu już w drodze na Key West, czyli przylądek wysunięty najdalej na południe, skąd już tylko 90 mil dzieli nas od Kuby :)

W drodze natknęliśmy się na taki napis na samochodzie - dla fanów niedawno tragicznie zmarłego Walkera z "Szybkich i wściekłych":


Pzzystanek. Same amerykańskie auta (Dawid kazał mi to sfotografować), ale mi się bardziej podobała gra światła ;)


Most zwodzony :)


Taki widoczek w Islamorada :)


I droga przez najdłuższy most, jakim jechałam :) Droga przez morze :)


Nieodłączna flaga :)



I samo Key West. Najbardziej urocze miasteczko, jakie widziałam, chyba.. klimat troszkę kubański, trochę wyspiarski; pachniało starym drewnem, spalonym słońcem, wysuszonym ostrym, morskim powietrzem.. ogólnie niesamowite wrażenie. Chodziliśmy zdala głównych ulic i oglądaliśmy takie domki (z reguły - letniskowe i chwilowo opuszczone) :)



Opuszczony i zaplombowany dom, przeznaczony do rozbiórki. Kurka! Mogliby mi go podarować :P


Na cudzych schodach. Taka wersja sidingu bardzo mi pasuje :)



Drzewko w parku - podpisane było "autograph tree" :D


Nawet mój D. zdobył się na niezwykły u niego romantyzm, czym całkiem mnie ujął!


Coś o sporych furach.. taki sobie, zwykły beach patrol :P



I taki tam ford. :P Mitsubishi też było większe od naszego :P


żebyście nie mieli złudzeń - Dawid ma 188cm wzrostu ;)


Gdzie jest Dawid? :D

I najlepsze na świecie - Key lime pie, czyli rodzaj tarty cytrynowej, z bezą i spodem z pokruszonych ciasteczek. WOW!


I najpiękniejszy... Ocean.









I kubańskie, zdaje się, chipsy w sklepie ;) jakoś nie spróbowałam :P


Tradycyjne budki (?) z gazetami :)


Rozmaite ptactwo, niebojące się ludzi i łażące z upodobaniem po chodniku ;)




I świąteczne dekoracje - o nich później :D



90 mil od Kuby :)


Very significant..



I nieco inna Hard Rock Cafe :) w stylu Key West!



 Ach :)


Truskawki w czkoladzie... mniam...


No i kolejny "must see". Świąteczne dekoracje ;) Każdy w filmach je podziwia, albo wyśmiewa; mnie zawsze zachwycał ten amerykański rozmach w celebrowaniu Świąt. Co z tego, że palmy, co z tego, że ukrop się leje z nieba... tysiące światełek rozjaśnia grudniowe noce..


:) Avalon, naprawdę :))


Bałwany w okularach :)




A tu kogoś poniosło :D Christmas Freak w wersji totalnej, większy, jak widać, ode mnie. Świąteczny Kubuś Puchatek i Kłapouchy zostali z tyłu, za Tygryskiem, Minnie i Mickeyem, ak jak stylizowane świątecznie krasnoludki ogrodowe, wycięte z tektury bałwany i mikołaje, a nawet para staruszków wyrzeźbionych z metalu, którzy na wietrze kręcili się w kółko, tańcząc walca. Serio ;) Stałam z rozdziawioną gębą, bo gust gustem, ale tam się nikt się nie przejmuje tym, co inny o nim pomyśli. Zazdroszczę!


 A tu już kolejny dzień i muszę wam pokazać - pyszną lemoniadę - strawberry cucumber limeade. Pokruszone jedna czy dwie truskawki, cieniuteńko skrojony ogórek i lekko cytrynowa woda z lodem. Niesamowite połączenie, tak dobre, że szok!


I ciasteczko z wróżbą :)


A teraz sylwester ;)
Coś, czego nie planowałam - tzn, nie tak.
Kupiliśmy bilety przez internet, totalnie nie wiedząc, co za klub. Jak wiecie, albo i nie, to się dowiecie - słuchamy z D. hiphopu, a amerykański rap to klasa sama w sobie. Sylwestrowa noc w klubie Cameo zachęciła nas gościem specjalnym - Lil Waynem. Nie, byśmy zasłuchani w nim byli po uszy, ale spodzewaliśmy się dobrej muzyki, tylko i wyłącznie.
I przeżyłam coś najfajniejszego na świecie. Nigdy tego nie zapomnę, to było jak sen; po prostu american dream.
Byliśmy może jednymi z dziesięciorga białych ludzi na imprezie; większość gości to byli czarnoskórzy Amerykanie, i ich odziane w seksowne, króciuteńkie, złote najczęściej, brokatowe kiecki dziewczyny. Faceci ubrani tak, jak podziwiamy to w teledyskach, z takim luzem, z takim smakiem, że no... jakby mój Dawid się tak ubrał, wyglądałby śmiesznie, a oni wyglądali - MEGA. Tyle biżuterii, co oni mieli na sobie, nie mam w swoim posiadaniu ;) Do tego.. striptizerki - no tego nie było w planie - dla mnie pierwsze takie doświadczenie ;) tak się uwijały, że Beatka z "Przepisu na życie" to żart :DDD Stałam i podziwiałam, bo miałam wrażenie, że to niemożliwe, by tak się ruszać!..
Dalej. Muzyka. Takiej czarnej muzy nie słyszałam chyba nigdy. Z zachwytu serce waliło mi młotem, tańczyłam jak szalona, zresztą jak wszyscy dookoła.. nieważne były niedobre drinki, ta muza wystarczyła mi w zupełności!
I jeszcze - zielsko ;) Połowa gości wniosła ze sobą tyle zioła, zero krępacji; wysypywali to do takich karnawałowych kapeluszy i częstowali się nawzjaem. A Lil Wayne, jak wszedł na scenę, to odpalił takiego - hmmm, z braku lepszego słowa powiem - skręta, który był grubości kija bejsbolowego. Serio ;) Aż ogień poszedł, jakby ognisko rozpalił. Rozmach... coś już o nim mówiłam..
I kasa, kasa, kasa.. pewnie było tam kilku (nastu) znanych lokalnych raperów, bo ludzie robili im zdjęcia, my ich nie znaliśmy; za jeden stolik trzeba było tam zapłacić, w zależności od sektora, od 5tys dolarów w górę; jeden kieliszek szampana kosztował 18 dolarów, a oni zamawiali po kilkanaście butelek naraz (było widać, bo wtedy w klubie były fontanny fajerwerków ;) przynosiły je kelnerki w, jakżeby inaczej, złotych kieckach ledwo zakrywających to, co trzeba ;) ). Jednym słowem szok... nie, żeby mi to wszystko jakkolwiek imponowało, bo nie; absolutnie nie! Ale nigdy dotąd takiego czegoś nie widziałam i nie spodziewam się zobaczyć, nie w takim wydaniu!!!

Około trzeciej zwijaliśmy się do domu, wychodzimy, a pod klubem trzy białe maybachy.. Lil stoi sobie ze swoimi znajomymi - a może tylko fanami, czy jak - i rozmawia, obok niego jego ochrona pod muszką, stoją z białą parasolką nad nim, bo lekko kropił deszczyk.. to był widok ;) Gwiazda pełną gębą ;)

Słowem... znalazłam się jakby na planie teledysku; nie myślałam nigdy, że życie tamtejszych raperów wygląda tak, jak to pokazują w filmach czy teledyskach.. ale tak jest! Tak jest.. w życzeniach i potem Lil wspominał tych braci ze swojej wytwórni, którzy odeszli, wymieniał ksywki ludzi, którzy zostali zabici w strzelaninie; trochę ich było.. Bez kitu, życie jak film, teledysk jak życie.. aż niewiarygodne, a to prawda wszystko. I że ja tam byłam, na własne oczy mogłam to zobaczyć! Tak przypadkiem!

Dla dowodu - parę fot z imprezy :)

Kasia i ja - przed ;) próbowałyśmy się wczuć w klimat, ale nie wpadłyśmy na to, by ubrać złote, brokatowe kiecki jak rezydentki tamtej imprezy :DDD


Ja i D :)


Dalej fotki z komórki, nie chciałam ryzykować zgubienia aparatu w takiej masie..




HAPPY NEW YEAR!



.
Nie wiem, kto to, ale rozdawał autografy :P


Lap dance ;)


O tym mówię..


 Jeszcze pusto, początek..



Fotka z maybachem ;) kompromitująca :D coby się ogrzać w blasku świecy :PPPPPPPPP



I Lil Wayne, na wyciągnięcie ręki :) (hehe ;) http://www.inquisitr.com/1084601/nicki-minaj-pregnant-by-lil-wayne/source/outbrain/ 5 dziecko w drodze? Każde z inną :P)



Długo nie mogłam dojść do siebie po tym wydarzeniu, serio. Podkreślam, nie imponuje mi to i nie kręci na takiej zasadzie, bym chciała w tym brać udział - ale zobaczyć coś takiego, to coś niezwykłego, przynajmniej dla mnie! Po X latach słuchania tej muzy, oglądania takich rzeczy w TV - widzisz to na żywo i jest jeszcze większy wypas.. Wow.

A tu już poranek - Nowy Rok powitał nas słońcem, postanowiliśmy się wygrzać na dachu naszego loftu :)



A potem ruszyliśmy na plażę - South Beach, i okoliczne ulice. Okazało się, że jedną z ulic zmieniono na deptak, wszystkie restauracje wystawiły stoliki na zewnątrz i wszystko oferowali w cenach... 50% niższych niż zwykle.. drinki, jedzenie, lody, ciasto, wszystko taniej ;) Tak się świętuje Nowy Rok.. a nie ceny 50% w górę, bo zarobić można.. ech..



Taaakie driny ;) Więcej lodu niż %, ale sam widok już upajający :D


 I pyszne steki w śmiesznych cenach..


Standardowy widok - co chwilę natykaliśmy się na religijnych fanatyków; na ulicy, w metrze. Łapali za ręce, gadali do siebie, do ciebie, wtykali ulotki, obwieszali się banerami jak choinki.. też swoisty widok, przyznam ;)


I ostatni dzień w Miami. Cudowna, niemal bezludna, cudem wyczajona plaża 10 min od Downtown, nie mogę sobie przypomnieć nazwy.. ale dosłownie jak plaża z reklamy Bounty - zero ludzi, palmy kokosowe, biały piasek, opuszczone budki ratownika.. opalaliśmy się cały dzień, na szczęście pamiętałam o tym, że następnego dnia mamy zaplanowane aktywne spędzanie czasu i smarowałam nas filtrem, bo inaczej skóry zostawilibyśmy tam ;)
Taki kokos spadł niedaleko nas ;)







Zażenowana wstawiam siebie w roli nimfy ;)



A tu alien - podziwiałam i robiłam zdjęcia, ba, łapałam co bardziej ruchliwe i wrzucałam z powrotem do morza (pełno ich zdychało w upale), przez liść, ale! Nigdy nie sądziłam, że aż tak niebezpieczne... poczytajcie, jak chcecie - to aretuza, zwana żeglarzem portugalskim. Ależ byłam niefrasobliwa :/
http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBeglarz_portugalski



Pożegnanie z Oceanem... bolało...



Skoro mówią, że jaki nowy rok, taki cały rok.. to ten rok zapowiada się po prostu niesamowicie. Widzicie, ile streściłam wam wydarzeń dzisiaj... ile tego było, nie wszystko nawet.. a ile jeszcze Was oglądania i czytania czeka... wyobraźcie sobie; jeśli codziennie, przez cały rok, będę żyła tak intensywnie, jak w te dwa tygodnie, to za rok wydam książkę. 
Bez kitu.

Przynajmniej wygodniej Wam będzie czytać :D 

~PaT


(PS - następna relacja będzie z Hogwartu i Hogsmeade, spod rakiety kosmicznej i z cudownego Disneylandu, gdzie ze szczęścia i ze wzruszenia ryczałam, ryczałam, ryczałam - jak bóbr.. już niedługo :) i Nowy Jork w kolejnym poście ;) )