wtorek, 21 kwietnia 2015

Chwilowo nie ogarniam… ;-)


Choć samej trudno mi w to uwierzyć, weszłam w trzeci trymestr ciąży. Kiedy to się stało, dlaczego tak szybko, nagle, niespodziewanie. Dopiero co czekałam niecierpliwie na koniec 12. tygodnia, żeby móc odetchnąć z ulgą, że wszystko w porządku, że można poinformować świat o fasolce numer trzy.  Ledwie zarejestrowałam początek drugiego trymestru, który zazwyczaj jest bardzo przyjemnym okresem ciąży, bo piękna cera, bo włosy gęste, dużo energii, brzuch jeszcze nie przeszkadza, a już przyszło mi się z nim pożegnać. Poród zbliża się wielkimi krokami, a ja nie zdążyłam jeszcze porządnie zarejestrować ciąży. Pokontemplować jej. A obiecywałam sobie, że tym razem nadrobię wszystko, o czym zapomniałam poprzednio. Guzik niestety z tego wyszło. Jeśli mam być szczera, ciąża została zupełnie odstawiona na boczny tor, priorytet ma moja dotychczasowa dwójka Drombo. Doszło nawet do tego, że gdy mnie ktoś pyta o etap ciąży, muszę się nieźle wysilić, żeby precyzyjnie określić tydzień. Przyznaję, że często wchodzę na strony z kalkulatorami, żeby mi wyliczyły, na jakim etapie aktualnie jestem. Nie ogarniam moi drodzy zupełnie ;-)



Teraz głównie towarzyszy mi rozkojarzenie, trudności ze skupieniem, skoordynowaniem wielu rzeczy naraz. I to, co najgorsze: napady głodu. Głodu tak wielkiego, nieposkromionego, że mam wrażenie, że pochłonę wszystko, co obecnie znajduje się w lodówce. Najchętniej oczywiście słodycze. Obiecywałam sobie sto razy: tym razem się opamiętam, stawię czoła cukrowi, o który mój organizm woła jak szalony. Nic z tego. Działam jak odkurzacz. Dopóki nie zjem, nie jestem w stanie nic innego zrobić. Przyznaję, że wyjadam słodycze dzieci, chowam się za ścianą w kuchni i zjadam egoistycznie sama, żeby tylko nie musieć się dzielić. Ulga przychodzi tylko na chwilę. Proces pochłaniania odbywam kilka razy dziennie ;-) Usprawiedliwiam się skrajnie niskim ciśnieniem i tym, że mój organizm woła o najprostsze paliwo. Każde wytłumaczenie dobre, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia ;-)

Swoją drogą mam za sobą dość poważne problemy zdrowotne, podczas których zamiast przybrać, sporo schudłam, więc uczciwie nadrabiam kilogramy. Nie martwcie się, zdrowo i pożywnie też jem. Generalnie głównie jem ;-) Nie ma potrawy, która by mi szczególnie nie smakowała. Zrobiłam się mało wybredna i wciągam nawet grejpfruty, których wcześniej nie znosiłam.
Poza tym zaczynam narzekać. Hormony tak bardzo uderzają mi do głowy, że już nawet nie próbuję się kontrolować. Kromka chleba źle położona na talerzu może się naprawdę nagle stać życiowym dramatem. W jednej chwili wydaje mi się, że mam skumulowane w sobie tyle energii, że mogłabym przenosić góry, w drugiej czuję się jak balon, z którego właśnie uszło powietrze. W zasadzie nie wiem, komu ciężej z taką karuzelą nastrojów, emocji i humorów: mnie samej czy otoczeniu, któremu przyszło ze mną się mierzyć ;-)

I jeszcze coś, co nie daje mi spokoju: zapachy. Nagle uczucie wstrętu wywołują perfumy, proszek do prania, płyn do płukania, balsamy do ciała. Zachwycać za to zaczęły mnie wszelkiej maści detergenty! Domestos, płyn do spryskiwaczy, płyn do naczyń, wybielacz. No i jeszcze zapach benzyny!!  Wszystko to, z czym kobieta w ciąży do czynienia mieć nie powinna ;-) Chociaż przyznaję, że jadąc autem, włączam spryskiwacze na każdym czerwonym świetle ;-) Totalnie dziwaczna przypadłość ciążowa. Kosmetyki kupuję bezzapachowe, a gdy myję lustro, spryskuję je wyjątkowo dokładnie, żeby przypadkiem zacieków nie było ;-)

Daję Wam dziś mały przedsmak naszej kolekcji wiosenno-letniej. Trochę spóźnionej, ale co tam. Wyluzowałyśmy z Patrycją w ostatnim czasie. Nie spinamy się już, że coś niezrobione, że inni już mają, a my nie. Że inni pracują już nad jesienią, a my dopiero ogarniamy wiosnę. I dopiero zamierzamy pochylić się nad latem. Małe serie, spontaniczne projekty. Tak teraz pracujemy. Spontanicznie, wtedy kiedy naprawdę mamy inspirację i kiedy rodziny nam na to pozwalają. Wypracowałyśmy balans między domem a pracownią. Odpuściłyśmy i teraz snu z powiek nie spędza nam kolor ściągacza, który jest o ton jaśniejszy od koloru dzianiny, z którą ma współgrać. Do zen nam daleko, ale naprawdę się staramy ;-) A już w środę pokażemy Wam, co przygotowałyśmy. Będzie wysyp królików, kotów i innych stworków. Coś dla mamy i taty. Wpadłyśmy po uszy w uszatą konwencję, dlatego niespodzianek w tym temacie nie będzie ;-)

A na koniec moje dwa bąbelki, główni bohaterowie mojej codzienności: jeden już całkiem duży, drugi zupełnie mały, kochany osesek. Czekają dzielnie na siostrę, pukają w brzuch i zupełnie nie mogą jeszcze pojąć, o co w tym wszystkim chodzi. Co za mały kosmita niedługo z nimi zamieszka, a który teraz pływa w brzuchu mamy.  Choć sama też tego wszystkiego jeszcze nie ogarniam ;-)
m.


















fot. INDYGO TREE
rekwizyty: BUNNY LIKES

wtorek, 7 kwietnia 2015

Trochę przemyśleń kobiety oczekującej

     Wpis zaplanowany na tydzień przed świętami tworzył się tyle czasu, że święta zdążył już pożegnać ;)  Ale cóż, zdarza się, szczególnie, gdy ma się dwójkę małych dzieci, trzecie w drodze, dom na głowie, firmę i jeszcze święta do zorganizowania. Ale przecież ja tu nie po to, żeby narzekać i farmazony opowiadać. Chciałam podzielić się kilkoma przemyśleniami, które mnie ostatnio nachodzą. Zrobiłam się nieco sentymentalna i rzewna, ale prawdopodobnie to kwestia hormonów ciążowych. Jako że zdarza mi się płakać nawet na reklamach, dochodzę do wniosku, że nie wszystko jest w porządku z moją stabilnością emocjonalną. A jeszcze jak dołożyć do tego roztargnienie i totalne zapominalstwo, wychodzi mieszanka wybuchowa ;-) Mój mąż prawdopodobnie ogłosi się świętym, gdy ciąża numer trzy dobiegnie końca. Choć z pewnością wyciągnę asa z rękawa w postaci baby bluesa i tym podobnych atrakcji. Już teraz musi przejść trening godny komandosa, bo kto potem da radę na poligonie z trójką dzieci ;-) 
     

środa, 25 marca 2015

Boyhood bedroom / Królestwo Braci Be vol. 1


     Dziś zapraszam na post bardzo spontaniczny! Garść wnętrzarskich inspiracji i - tak, frustracji. Otóż tradycyjnie... nie mogę się zdecydować! A czasu mało i coraz mniej - bo uparłam się, by nowy pokój moich trzech budrysów gotowy był jeszcze przed Wielkanocą. Przynajmniej w większości, bo nie mam złudzeń, dopieszczać go będę jeszcze bardzo długo.


(fot. Pinterest)

czwartek, 12 marca 2015

Mała Panda, wielka radość!




      Moje najmłodsze dziecię, Felek, od małego był niezwykle stałym w uczuciach chłopcem. Gdy miał ledwo ponad rok i był, jakby się wydawało, dziecięciem totalnie nieświadomym ;) oglądał ze starszymi braćmi "Króla Lwa". Raz się zakochawszy - przez następne dwa lata katował nas w kółko tą jedną bajką. Mufasa, Pumba, Timon, Nala, ale najbardziej - Simba, doszczętnie zdominowały jego gust i poczucie estetyki. Wszystko z Simbą było fajne, wszystko bez - o wiele gorsze ;) Za tę stałość w uczuciach podziwiałam go niezwykle, ciesząc się właściwie, bo cokolwiek z ulubionym bohaterem dostarczało mu niezwykle dużo radości - potrafił się nawet popłakać ze szczęścia na widok "simbowej" kolorowanki (SERIO!).
Ostatnio jednak przyszedł czas na zmianę - i oto od jakiegoś pół roku mamy nową obsesję, zwaną... PANDOZĄ!

sobota, 7 marca 2015

Bakszysz, bakszysz...



     Egipt, jak większość zresztą afrykańskich krajów, to kraj wielu kontrastów. Ogromnych kontrastów. I tajemnic! Już drugiego dnia, po pobieżnym, pierwszym oglądzie, przeciętny turysta zadaje sobie pytanie: no jak to jest, do cholery, możliwe, że ten kraj kilka tysięcy lat temu był tak rozwiniętą cywilizacją!? Wytworzyli skomplikowany alfabet, infrastrukturę i ukształtowali skomplikowaną strukturę społeczną, a także kult i obrzędowość godną podziwu; do licha, budowali piramidy, technologią dla nas niepojętą do dzisiaj!
Dzisiaj - praktycznie nic z tego nie zostało. Oprócz marzeń, a nawet pewnym niezrozumiałym przekonaniu o własnej potędze..


wtorek, 3 marca 2015

Rajskie wakacje w Marsa Alam



     Pewnie spora część tych z Was, którzy czytali moje zeszłoroczne, mega entuzjastyczne wpisy z upojnego wyjazdu do "Hameryki" (tu:) była zdziwiona, widząc w tym roku tylko Martę w Nowym Jorku. Ba! Sama byłam zdziwiona i zaskoczona swoją decyzją ;) Opcja tak tanich biletów, świetne towarzystwo (sami najlepsi przyjaciele), i w końcu - Nowy Jork była przecież nie do odpuszczenia... gdyby nie jedna, niefortunna okoliczność: wyjazd wypadał idealnie w trakcie zimowych ferii moich starszaków. A obiecaliśmy dzieciom już dawno, że zabieramy je na ferie do Egiptu... A przecież słowa danego dzieciom nie można złamać!
Na początku lutego wyruszyliśmy zatem do Afryki, skąd przywieźliśmy mnóstwo wrażeń... i jeszcze więcej zdjęć :D Na pewno nie skończy się na jednym wpisie! Dzisiaj pokażę Wam, dlaczego Egipt nazywany jest turystycznym rajem, a właściwie, czemu jest rajem dla mnie. Ale już w następnej relacji pokażę Wam mniej kolorowy obraz tego kraju nad Nilem.. bo gorzkich stron ma więcej niż tych słodkich. Ale dzisiaj - tylko jasna strona księżyca!

wtorek, 24 lutego 2015

Zdążyć do Nowego Jorku przed trzydziestką

Siedzę, pisząc ten post, pod kocem, na swojej wysłużonej sofie i jak tylko uzmysłowię sobie, że długo wyczekiwana, wymarzona i planowana od wielu lat podróż do Nowego Jorku jest już za mną, trudno mi w to uwierzyć. Szybko przypominam sobie najważniejsze kadry z wyjazdu, jakby sprawdzając, czy historia naprawdę miała miejsce. To tak jak wtedy, gdy boimy się, że zgubimy jakąś cenną rzecz i sprawdzamy tysiąc razy, czy na pewno leży tam, gdzie ją odłożyliśmy. Wydawało mi się nierealne, że zdążę odbyć podróż życia przed trzydziestką. Rzutem na taśmę udało się ;-)

środa, 4 lutego 2015

Ferie w boskiej pracowni, czyli panda w 5 minut! :D


      Od kilku dni w Trójmieście mamy ferie! Ale tak się składa, że nie udało nam się zabukować żadnych wyjazdów idealnie w terminie, dlatego ruszamy na nie dopiero pod koniec tego tygodnia. Dla mnie, Pat, spowodowało to nie lada komplikacje, klasyczne właściwie, pt "dziecko w domu, mama w pracy". Znacie to, mamuśki pracujące, prawda? Jednym słowem: MASAKRA!


poniedziałek, 2 lutego 2015

Łódzka przygoda BPM

     Nigdy, naprawdę, nigdy nie przypuszczałam, że dojdę kiedyś do momentu, kiedy przestanę zauważać kolejne dni... że będą się one zlepiać ze sobą i będę dzielić je na okresy od Jednego Ważnego Wydarzenia do Drugiego Ważnego Wydarzenia. Tak, kiedyś wspominała mi o tym mama, babcia, tata, dziadek... "Po trzydziestce to zanim się zorientujesz, już będziesz przechodzić na emeryturę", mówili. No mówili, ale nie chciałam im wierzyć. Chciałam doceniać każdy dzień i cieszyć się z małych rzeczy. I naprawdę walczę o to, by tak było, buntuję się całą sobą, by nie ulec temu strasznemu pędowi, jednak powoli dochodzę do wniosku, że to niemożliwe... Czas ucieka mi przez palce. Z przerażeniem patrzę w kalendarz - już jest luty. LUTY! A co, do cholery, stało się z całym trzydziestojednodniowym styczniem!?

     Ale jakby się tak zastanowić... to w styczniu odbyło się kilka ważnych dla BPM wydarzeń. Niektóre przeraźliwie smutne i tak prywatne, że pisząc o nich tutaj czułabym się jak obnażona wśród tłumu... a inne zupełnie około-firmowe i około-blogowe, o których na pewno chcielibyście przeczytać. Działo się tak wiele, że relacja zajęłaby kilkanaście stron, dlatego podzielę ją na trzy części. Dzisiaj opowiem Wam o pewnym wyjeździe do Łodzi, który mocno zaważył na naszej firmowej przyszłości. Nasze podniecenie sięga zenitu! W kolejnym wpisie - opowiem o naprawdę dobrym wydarzeniu w światku blogerskim, czyli o SeeBloggers, który miał miejsce w Gdyni w dniach 24-25 stycznia. A już w następnym wpisie, coby odpowiedzieć na Wasze liczne zapytania, opowiem, jak było w Norymberdze na corocznych i absolutnie doskonałych Targach Zabawek :) Tak, to wszystko wydarzyło się w styczniu ;-)))



Łódź, ranek na ulicy Piotrkowskiej