poniedziałek, 20 czerwca 2016

Misja: marchewka, czyli rozszerzamy dietę!


     Mam pięcioro dzieci - i za każdym razem tak samo mocno przeżywam moment podania innego pokarmu. Nie, nie jestem KP-świrem, nie chciałabym karmić moich dzieci przez dziesięciolecia, ani nie uważam, by przy jedzeniu marchewki z królikiem działa im się krzywda. Mimo to moment podania marchewki jest dla mnie symboliczny - to początek końca mlecznej drogi, zerwania tej niewidzialnej pępowiny... Stopniowo kolejne posiłki będą zastępowały pierś, aż w końcu maluchy całkiem z niej zrezygnują. Wtedy nawet odczuję pewną ulgę - ale teraz... jest mi ciężko zrobić ten pierwszy krok. Dlatego też przygotowuję się do momentu starannie, wybieram sprawdzone u starszych pierwsze posiłki oraz organizuję najpiękniejszą, w moim pojęciu, zastawę - będzie nam towarzyszyć parę lat, więc warto jej poświęcić trochę uwagi. Ale moi chłopcy skończyli ostatnio sześć miesięcy... I tak oto nadeszła wielkopomna chwila... JEMY!
Uwaga - dużo zdjęć :D

wtorek, 7 czerwca 2016

Moja podwójna mleczna droga



     Gucio i Leoś kończą jutro sześć miesięcy. Powoli przygotowuję się do rozszerzania ich diety - ale idzie mi to wyjątkowo opornie. Z mojego doświadczenia bowiem moment podania marchewki, jabłuszka, kaszki to po prostu początek końca mojej mlecznej drogi... Stopniowo inne posiłki eliminują kolejne karmienia piersią. Dlatego ogromnie się cieszę, że zdążyłam jeszcze wziąć udział w fantastycznym projekcie The Milky Way - projekt fotograficzny. I to z dwójką karmionych piersią osesków! Mam fantastyczną pamiątkę z tego magicznego okresu w naszym życiu, gdy jesteśmy ze sobą całkowicie połączeni - we trójkę :D




     Przyznaję bez fałszywej skromności: JESTEM DUMNA! Udało mi się karmić piersią moje bliźnięta na pewno sześć miesięcy, a pewnie uda się dłużej. Moje maluchy ważą już ponad 7,5kg, mają ok 70cm i naprawdę wydają mi się ogromni. Byli tacy maleńcy, gdy się urodzili... Prawdziwe tyciaki! Patrząc na nich jestem tak po zwierzęcemu, prymitywnie dumna, że na mojej piersi tak pięknie urośli :D

     A tak się bałam, że mi się nie uda! Na wieść o bliźniętach byłam przerażona. Mając doświadczenie karmienia wyłącznie piersią na żądanie mojej starszej trójki, czułam, że podwójne karmienie jest po prostu niemożliwe. Pamiętam wielogodzinne sesje karmienia, szczególnie wieczorne, gdy karmienie trwało po trzy godziny, a ja z pilotem w ręku nie ruszałam się z kanapy. Tutaj było to jakby logistycznie nie do zrobienia! Wyobraźnia podsuwała mi obrazki, na których jeden był karmiony piersią, a drugi płakał wniebogłosy. Dlatego założyłam od razu, że siadając do karmienia będę karmić jednego z piersi, drugiego, w tym samym czasie, z butelki. Jak to zwykle bywa, życie mnie po prostu zaskoczyło. Okazało się, że moje obawy zupełnie niepotrzebne, choćby z jednego powodu - moje chłopaki nigdy nie są głodni w tym samym momencie, chyba, że wrócimy z baaaaardzo długiego spaceru. Ale i wtedy potrafią zaczekać cierpliwie.

     Tutaj muszę nadmienić - nie karmię moich chłopców jednocześnie z dwóch piersi. Zawsze pojedynczo. Owszem, przyznaję, byłam i jestem mocno zblokowana, ale spróbowałam - nie raz, a co najmniej kilka razy. I przekonałam się, że to po prostu nie jest dla mnie. Po pierwsze, bardzo źle się z tym czuję, totalnie bezbronna, nie panując nad sytuacją. Po drugie - jest to dla mnie bardzo niewygodne. Nie żałuję tego - wręcz dostrzegam plusy. Karmienie pojedynczo daje nam to czas tylko dla siebie, kontakt jeden na jeden, a moje maluszki nie dorastają w poczuciu totalnego tandemu. Znajduję czas dla nich indywidualnie. Myślę, że i dla nich, i dla mnie jest to bardzo ważne.



     Mamy bliźniąt pytają mnie często, jak mi się udało z tym podwójnym karmieniem, czy to dla mnie trudna walka. Otóż, nie mogę wam nic doradzić. Nie walczyłam z całym wszechświatem o to drogocenne mleko. Po prostu mi się udało. Jestem szczęściarą, która niemal od pierwszych dni miała wystarczającą ilość pokarmu dla dwóch maluchów (niemal - dwie doby maluszki musiały być dokarmiane i miałam nakaz dokarmiania modyfikowanym mlekiem przez pewien czas, bo bardzo mocno spadły na wadze. Jedna porcja mleka modyfikowanego na dobę została z nami do dzisiaj, na noc - wierzę, że dzięki temu udaje mi się wyrwać te pięć godzin bez pobudki. Ani przez moment nie zmniejszyło to siły ssania moich chłopców, ale to może być wyjątek potwierdzający regułę - nikogo do dokarmiania nie namawiam, ale zostawiam własnemu rozsądkowi, wyborowi i obserwacji).
Karmię naraz jednego chłopca z jednej piersi, po chwili krótszej lub dłuższej - drugiego karmię z drugiej. Nigdy mi się nie myli, bo siłą rzeczy zawsze jedna jest pełniejsza od drugiej! I dzięki temu systemowi wiem też, że porządnie się najadają, nie tylko pierwszym pokarmem, który jest rozwodniony, ale i tym tłustym, z głębi. Myślę, że mam po prostu szczęście - mając po prostu prawdziwe głodomorki, które od pierwszych chwil mocno walczą ssaniem o mleko dla siebie.


     Pisząc ten post zdałam sobie sprawę z pewnej - w moim pojęciu - strasznej rzeczy. Musiałam napisać kilka wersji postu, bo po prostu nie chciałam szerzyć terroru laktacyjnego. A tak mi wychodziło - pisząc, jak ważne jest dla mnie doświadczenie KP, jak drogocenne jest mleko matki, właśnie na to wychodziło. I zła jestem na ten stan rzeczy: do czego to doszło, że muszę łagodzić to, co do was piszę?! Żeby przypadkiem nie urazić żadnej ze stron tego chorego konfliktu - KP czy MM? To naprawdę musi być jak stygmat? KP - dobra matka, MM - zła matka? A w życiu! W cholerę z tym! Dobra matka to ta, która karmi. Owszem, sama wierzę w drogocenną moc ludzkiego mleka. Wierzę, że skoro jestem ludzką samicą, mam swoje ludzkie mleko dla swoich ludzkich dzieci. I że natura dała najlepszą możliwą mieszankę, która najlepiej zaspokaja potrzeby moich dzieci.
ALE jednocześnie mam na tyle otwarty umysł, by po pierwsze uznać, że nie wszyscy mają tyle szczęścia co ja, że nie muszą walczyć o pokarm z całych sił. Ja nie musiałam, łatwo mi przyszło, owszem, nie piję, nie palę, ale też nie utrzymuję żadnej specjalnej diety - moim maluchom nic w tym, co jadłam, nie przeszkadzało. Nie mają alergii, nietolerancji. Wiem, że wiele kobiet boryka się z trudnościami, o których ja nie mam pojęcia. Prędzej lub później odpuszczają KP i ja nie widzę w tym nic zdrożnego. Niektóre decydują, że nie podejmą walki o pierś jeszcze przed porodem. Nie rozumiem tego, ale nawet się nad tym nie zastanawiam - to jest tylko i wyłącznie ich wybór. Nikt dla mnie z tego powodu nie jest gorszy, a tym samym, żadna matka karmiąca piersią nie jest lepsza od tej, która karmi sztucznym. Jak widzę uśmiechniętego, szczęśliwego bobasa, to tak samo się cieszę, bez względu na to, czy jadł z piersi czy nie. Każda z nas dostała w prezencie rozum i wolną wolę. I tego się trzymajmy. OK? Bardzo was proszę o powstrzymanie się od wojny w komentarzach, pewnie już wiele razy mówiłyście swoje zdanie, wiele takich dyskusji już czytałam i chyba nie mam ochoty czytać ich więcej. U nas, w BPM, jesteśmy przyjazne wszystkim mamom, które chcą dobrze dla swoich dzieci. A jak to dobro rozumieją to nie jest nasza sprawa.



     Ale miało być dzisiaj o czymś innym :D Zajrzyjcie na stronę The Milky Way - projekt fotograficzny.  - zobaczycie przepiękne zdjęcia udowadniające, jak piekne i naturalne jest karmienie piersią. Owszem, to propagowanie karmienia piersią, bo to naturalne karmienie dla ludzi. Tak nas natura stworzyła, wyposażyła w pokarm dla naszych dzieci, jak każde inne zwierzę. Identyfikuję się z tą ideą - jednocześnie starając się służyć tylko dobrym przykładem, że KP bez problemów jest możliwe i warto chociaż spróbować. Dlatego ucieszyłam się z zaproszenia do sesji. Ale w tym projekcie chodzi jeszcze o coś innego i z tą ideą identyfikuję się z całą mocą. Chodzi o to,  by uświadomić przede wszystkim samym matkom, ale także wszystkim potencjalnym świadkom, że karmienie piersią jest po prostu naturalną czynnością. Nie jest obnażaniem się w miejscu publicznym, nie jest intymnym załatwieniem potrzeb fizjologicznych. MOJE DZIECKO NIE JE W TOALECIE. Moje dziecko nie je wtedy, kiedy ja mam ochotę, odpowiedni czas i gdy znajdę bezludne miejsce. Je wtedy, kiedy jest głodne i tam, gdzie jest głodne. Oczywiście, nie w tłumie, nie w kolejce do kasy, nie w przeciągu. Znajduję miejsce, gdzie mogę spokojnie przycupnąć, by nakarmić swoje dziecko. Ale czy to jest ławka w parku, stolik w galerii handlowej, kawałek trawnika, plaża nad jeziorem w upalny dzień - OK! Czy ktoś jest obok czy nie - nie ma problemu! Moja karmiąca pierś nie jest symbolem seksualnym. Moja karmiąca pierś jest symbolem macierzyństwa. Kropka!








Zdjęcia: Rafał Mroziński TROCHE FAJNY FOTOGRAF
Organizator: Joanna Mrozińska TROCHE FAJNA MAMA
Bardzo dziękuję za zaproszenie do sesji i cudowne zdjęcia na pamiątkę! 

~P.



wtorek, 31 maja 2016

Alleluja! Powstałam z martwych

Mam ochotę powiedzieć kopę lat. Tak dawno mnie tu nie było. Kiedy spojrzę na swój ostatni wpis z lutego własnym oczom nie wierzę! Przeleciało tak szybko, że mam wrażenie, że minęły najwyżej trzy tygodnie. A tu trzy miesiące mijają. Nie wyobrażajcie sobie, że siedziałam na Bahamach z drinkiem z palemką, zastanawiając się, czy danego dnia w ogóle warto wstać. Rzeczywistość była zupełnie bardziej prozaiczna. I ciężka do tego. Na co dzień, oprócz opieki nad małą Polą i ciągle jeszcze małymi chłopcami, ogarniałam tzw zaplecze BPM. Paczki, maile, listy, księgowość, przeprowadzkę. Przez ten czas w zasadzie nie ściągałam dresów, a z zasobów mojej kosmetyczki makijażowej korzystałam nad wyraz sporadycznie. Zatraciłam się trochę w tym wszystkim. Miałam świadomość, że Patrycja przy bliźniakach zupełnie nie wyjdzie z domu, a ja z jedną Polą już dam radę. Nie lubię się nad sobą użalać, więc zagryzłam zęby i pchałam ten swój klekoczący wóz do przodu. Ale dziś mogę powiedzieć, że wzięłam zdecydowanie za dużo na swoje barki, które są obecnie już bardzo wątłe. Przyznaję, że w klekoczącym wozie nieraz po drodze odpadło koło. Nie zawsze potrafiłam sprostać terminom. Żyłam w naprawdę dużym stresie i pod niezłą presją.

Wiele razy chciałam coś do Was napisać, uśmiechnąć się, przywitać, ale biorąc pod uwagę ilość nieprzespanych nocy i dodatkową pracę fizyczną z paczkami w pracowni, byłam dosłownie żywym trupem. Na samą myśl o dodatkowym zajęciu zbierało mi się na płacz ze zmęczenia. Mój mózg w pewnym momencie w ogóle nie przetwarzał informacji poza tymi niezbędnymi. Miałam taką blokadę przed pisaniem, uruchomieniem szarych komórek, że trudno mi było zrozumieć reakcje własnego organizmu. Doszło nawet do tego, że nie pamiętałam, czy kilka minut wcześniej coś zrobiłam, przeczytałam, czy odpowiedziałam na mail. Dosłownie dwoiło mi się przed oczami. Ale nadszedł ten moment, kiedy mówię BASTA. Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg i mu się postawić. Na szczęście lato jest spokojniejszym okresem w branży tekstylnej. Poza tym w ostatnim czasie mocno pracowałam nad uregulowaniem nocy i snu u Poli. Sytuacja bardzo się poprawiła. Wracam do świata żywych. I do Was ;-) Z Patrycją na pewno nie było Wam smutno i pusto, wręcz przeciwnie, ale oficjalnie dołączam ponownie do tandemu pisarskiego.


Dzisiejszy wpis miał dotyczyć zupełnie czegoś innego, ale jako że FB powitał mnie rano absolutnie zaskakującą dla mnie dziś treścią, spontanicznie zmieniam temat.
Jako typowa blogerka i właścicielka sklepu internetowego zazwyczaj zaczynam dzień od porannej prasówki, czyli przejrzenia wszystkich powiadomień na naszej BPM-owej stronie. I nieoczekiwanie pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam dziś rano, było to oto zdjęcie. Nasz pierwszy firmowy event! Choć chyba jeszcze nie można go nazwać firmowym, bo każda z nas działała wtedy indywidualnie, mimo że pod jedną banderą.


Własnym oczom nie wierzę, bo tyle rzeczy od tamtego momentu uległo zmianie! Do dziś pamiętam, jak bardzo przeżywałam pierwsze poważne pokazanie światu naszych uszytków. Poprosiłam niezastąpioną mamę, żeby wzięła Kubę do siebie i cały dzień i niemal całą noc szyłam na Mamuszki w sopockiej Zatoce Sztuki.  Czułam ogromną powagę tej imprezy. Prawdopodobnie było to pierwsze takie wydarzenie hand made w Trójmieście. Byłam wtedy w ósmym miesiącu ciąży z Maksiem i mimo że dziś te zdjęcia budzą głównie uśmiech, to jednak czuję wielką i nieodpartą dumę. I nie wstydzę się o niej mówić. Jestem z siebie dumna, że miałam w sobie tyle samozaparcia, dyscypliny i pasji, że w przedsionku porodu siedziałam tyle godzin przy maszynie. Że na bieżąco ustalałam, jak się szyje apaszkę, a jak komin, kiedy z jednej strony mam minky, które, jak się nagle okazało, totalnie się rozciąga pod naciskiem stopki maszyny i nie chce współpracować. Było to zaledwie 3 miesiące po tym, jak pierwszy raz w życiu miałam przed sobą maszynę do szycia. Pamiętam, jak dzwoniłam do Patrycji z histerią, że nie potrafię apaszki wywrócić na drugą stronę. I że pewnie niepotrzebnie idziemy do tej Zatoki Sztuki. Wyrwałyśmy przez tę dobę chyba wszystkie włosy ze stresu;-)

Przyszłyśmy z Patrycją na cały dzień z dwoma koszyczkami, każda swoim. Pamiętam jak dziś, gdy podeszła do nas pierwsza klientka. Pani, która prowadzi przedszkole w Warszawie kupiła kilkanaście apaszek! Serce niemal mi wyskoczyło z klatki piersiowej, bo po pierwsze ktoś zainteresował się czymś, co sama wymyśliłam, zrobiłam, stworzyłam, a po drugie w takiej ilości! Nie potrafiłam jeszcze mówić o swoich uszytkach jako o czymś, co ktoś inny mógłby nabyć. Przez gardło nie mogły mi przejść słowa z ceną za dany produkt. Tak bardzo się krygowałam. Choć jeszcze długo potem, gdy apaszkę potrafiłam już uszyć trzymając w drugiej ręce dziecko, czułam supeł w brzuchu, tak bardzo przeżywałam wydanie jej w świat. Odpowiedzialność za produkt, który jest przeznaczony dla dzieci, jest ogromna. Trzeba pamiętać o wielu rzeczach, które potem składają się na bezpieczeństwo i komfort noszenia takiego produktu.

Wiele razem z Patrycją przeszłyśmy. Szczerze mówiąc, to na co dzień tego w ogóle nie dostrzegamy i co najsmutniejsze - nie doceniamy. Spędzamy godziny na rozmowach, co powinno być już zrobione, w którą stronę pójść dalej, jak bardzo jesteśmy zapracowane i zaangażowane przy dzieciach, a nie pamiętamy, jak wielką pracę już wykonałyśmy. Dopiero przypadkowe zdjęcia są w stanie przekonać nas, jak duży krok zrobiłyśmy i ile potu, łez i wysiłku nas to kosztowało.
BPM już tak dzisiaj nie wygląda. Zmieniło się chyba wszystko. Od kwestii formalnych, po ofertę i skalę. Minęły trzy lata, rozwinęłyśmy skrzydła, odchowałyśmy kolejne dzieci.

Rozśmieszę Was trochę. Patrząc na to w zasadzie świeże zdjęcie, choć już tak bardzo nieaktualne, dochodzę do wniosku, że jedna rzecz jest ciągle taka sama. Zamiłowanie do straganiarstwa! Ilekroć jeździmy na modowe eventy, podziwiamy pięknie zaprojektowane stoiska. Stoimy z rozdziawionymi paszczami i wydajemy z siebie odgłosy zachwytu. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem designu, pomysłu, kreatywności. Potrafimy docenić starania naszych kolegów z branży. My uprawiamy swoją hopkę galopkę codzienną. Różne wieszaki (mimo że tyle razy miały zostać ujednolicone), stojak sprzed trzech sezonów. Stolik tez nie pierwszej młodości. Torby IKEI wciśnięte razem z naszymi rzeczami gdzieś pod krzesło. Jednym słowem boski folklor.
Za każdym razem obiecujemy sobie, że to ostatni raz, że teraz to już ktoś musi nam zaprojektować stoisko, skoro same nie mamy na to czasu, na co dzień będąc zaangażowane w sprawy domowe. Dziwnym trafem wracamy do punktu wyjścia ;-)))) Ale wiecie co?  Chyba właśnie dlatego sprawiamy wrażenie dostępnych. Przy naszym stoisku zawsze stoi największy tłum. Ludzie przychodzą do nas po prostu porozmawiać. Nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Pogodziłyśmy się tak bardzo ze wszystkimi niedociągnięciami i niedoskonałościami, że już się z nich po prostu śmiejemy. Choć przyznaję, że gdy na pierwsze ogromne wyjście BPM-u, czyli targi Mustache, zapomniałyśmy zabrać wieszaków i regału, nerwy były ogromne. Dwie godziny biegałam po Warszawie i szukałam odpowiednich. Znalazłam tylko rozmiary dorosłe. I wiecie co? Jeździmy z nimi do dziś ;) Największą naszą wpadką było chyba niezabranie stołu na Warsaw Fashion Weekend. Zorientowałyśmy się dopiero na minutę przed wyjściem. Mieszkałyśmy w wynajętym mieszkaniu, w którym zupełnie nie było nic, co by się nadawało oprócz….SUSZARKI DO UBRAŃ! Zabrałyśmy więc taksówką tę suszarkę, przykryłyśmy ją obrusem, na nogach zawiesiłyśmy baner i rozłożyłyśmy towar ;-))) Boginie domowego ogniska jak znalazł ;-) Przez trzy długie dni targów pilnowałyśmy tylko, żeby nasza suszarka się nie przewróciła razem z ciuchami i oglądającymi ;-)
Kiedy patrzę na te wszystkie sytuacje krytyczne z perspektywy czasu, wiem, że jesteśmy w stanie poradzić sobie we wszystkich okolicznościach. Żadne fatum nam niestraszne.  Są momenty lepsze i gorsze, ale suma sumarum z każdej sytuacji wychodzimy zawsze obronną ręką. Są sprawy troszkę zaniedbane, ale cóż, widocznie muszą poczekać na swoją kolej. Tak jak swojego czasu blog. Ogólnie jest chyba całkiem dobrze ;-) Aż sama nie wierzę, że to piszę! Wrodzona przesądność i czarnowidzenie każą mi trzykrotnie splunąć przez lewe ramię i odpukać w niemalowane.

Na koniec mam jeszcze do Was jedno nieśmiałe pytanie. Zaczynałyśmy swoje blogowanie z dość silną reprezentacją wpisów DIY. W pewnym momencie, z braku czasu, zawiesiłyśmy ten dział. Urządzam teraz na nowo pokoik moich dzieci i kilka, wydaje mi się, fajnych pomysłów wpadło mi do głowy. Takich, które pozwalają nie tylko oszczędzić pieniądze, ale przede wszystkim dają satysfakcję z własnoręcznie przygotowanych dekoracji. Przeczytalibyście takie wpisy czy to już pieśń przeszłości?
Ściskam i do miłego, tym razem zupełnie nieodległego usłyszenia ;-)

Zobaczcie, jak to z nami było całe trzy lata temu.

~m.







Chyba jednak się wstydzę ;-)








czwartek, 19 maja 2016

10 powodów, dla których fajnie jest mieć bliźnięta!


     Jeśli panikujesz, bo właśnie dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży z bliźniętami… albo im bliżej porodu, tym bardziej ogarnia cię blady strach… w tej chwili PRZESTAŃ! Mam dla Ciebie zbiór argumentów, dla których posiadanie bliźniąt jest po prostu fantastyczne!


 

czwartek, 12 maja 2016

Let the magic begin!




     Już jest.
     Ona. Soczysta, pachnąca wiosną, słońcem, lekko odurzona zapachem kwitnących wiśni i jabłoni… nowa, boska kolekcja.

IN THE MAGIC GARDEN… LET THE MAGIC BEGIN!


środa, 4 maja 2016

Czas idealny… Majówka, Olsztyn i MY :D



     Gdy ogromne zmęczenie materiału daje się we znaki wszystkim dookoła… po prostu trzeba zmienić na chwilę otoczenie, by wypaść z domowej rutyny. Dlatego my, Marta i ja, plus nasza boska gromadka i nasi wspólni przyjaciele, co roku wybywamy za miasto. Niedaleko - tylko o tyle, by poczuć się dobrze gdzieś indziej i spędzić trochę więcej "quality time" z najbliższymi…

(fot. Magdalena Sulwińska)

wtorek, 26 kwietnia 2016

True life… czyli w poszukiwaniu straconego czasu


     Nie wiem, czy znacie ten stan, gdy dosłownie wszystko wam opada? Ręce, szczęka, głowa nad klawiaturą… a na domiar złego jeszcze cycki? Nie? Oj, jak wam zazdroszczę!


czwartek, 24 marca 2016

Uświęcona



     Czysta radość, czysta miłość i prawdziwe szczęście odnalezione w codzienności. Kolorowa rzeczywistość, która dla innych mogłaby wydać się szara i przerażająca. Wielka rodzina, domowy rozgardiasz, hałas, bałagan i piski radości…

wtorek, 15 marca 2016

Mania przebierania, czyli zabawa z FUNIDELIA // KONKURS // wyniki


     Gdy przeprowadzaliśmy się do Nowego Domu, planowaliśmy urządzić dzieciom parapetówkę. Zaprosić kolegów i koleżanki, kuzynki i kuzynów. Jednak forma w końcówce ciąży i nadmiar obowiązków już po porodzie, jak łatwo się domyślić, pokrzyżowały nam plany! Dlatego do tematu powróciliśmy dopiero pod koniec karnawału, gdy nasze dzieci nie chciały zdejmować z siebie kostiumów z bali przebierańców, organizowanych przez przedszkola i szkoły. Zbiegło się to z fantastyczną ofertą od Funidelia.pl - zdecydowanie sklepu jedynego w swoim rodzaju, gdzie w krótkiej chwili przemienisz się w bohatera… jakiego tylko sobie wymyślisz!


środa, 9 marca 2016

Czwarty trymestr - pierwsze trzy miesiące za nami!


     Dzień Kobiet miał w tym roku dla mnie wyjątkowe znaczenie… 8 marca to też dzień, w którym zupełnie znienacka Leoś i Gucio skończyli trzy miesiące. Czwarty trymestr za nami. Najtrudniejsze dwanaście tygodni życia Okruszków… Przeżyliśmy!

Mam dzisiaj dzień podsumowań, dzień wzruszeń, dzień oglądania zdjęć, które zrobiłam od ich narodzin… jak się zmienili bardzo, jak wyprzystojnieli, jak urośli, jak upodobnili się do braci!.. A przede wszystkim - jak różnią się między sobą. Chcecie popatrzeć?