poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Projekt łóżko piętrowe do pokoju dziecięcego

Wraz z narodzinami Poli uświadomiłam sobie, że mimo że nasze mieszkanie nie należy do małych, to mieści zaledwie trzy pokoje i już długo się tu nie pomieścimy. Mieszkanie nabywaliśmy wcześnie, zanim w naszej głowie zakiełkowała jakakolwiek myśl związana z powiększeniem rodziny. Właściwie to nawet zaklinałam rzeczywistość i byłam zdania, że będziemy mieli w porywie szaleństwa dwójkę, o ile w ogóle i że przez jakiś czas spokojnie zmieszczą się na wspólnej przestrzeni. Jak widać, życie zweryfikowało te plany w błyskawicznym tempie. Mamy więc trójkę dzieci w wieku jeden, trzy i cztery lata i jeden pokój do zagospodarowania dla nich. Ktoś mógłby powiedzieć, że moglibyśmy oddać maluchom swoją sypialnię, ale sypialnia znajduje się na piętrze i nie byłoby to mądre rozwiązanie, biorąc pod uwagę stromość naszych schodów. Postanowiliśmy więc zmieścić tę naszą nadaktywną trójkę chwilowo na wspólnej przestrzeni. Zmiana adresu zajmie nam jeszcze około dwa lata, więc na ten czas musieliśmy zorganizować mądre i ergonomiczne rozwiązanie.



środa, 10 sierpnia 2016

Sam się schowaj!

     
    Naprawdę się zastanawiam, czy ten temat musi tak ciągle powracać? Mam wrażenie ze słyszę o tym na okrągło.. Co sezon afera w mediach, na blogach, na fejsie.. A przecież, do ciężkiej cholery!.. Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy jesteśmy ssakami i wszyscy zostaliśmy stworzeni w ten sam sposób: aby rosnąć i żyć, musimy jeść!


Fot. Ivette Ivens 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Zombie Dash w wielkim mieście / KONKURS



     Od wielu lat wraz z końcem roku szkolnego pakujemy walizki i wyruszamy z dziećmi na Kaszuby, ale... nie w tym roku. Z wielu względów musieliśmy odłożyć nasz wyjazd do drugiej połowy lipca. Za to po raz pierwszy mieliśmy okazję odkryć nieznane nam uroki... lata w mieście! I wiecie co? Miejsce naprawdę nie ma znaczenia. Jak zawsze sprawdziła się zasada: liczy się tylko dobre towarzystwo i jeszcze lepsza zabawa! Najlepiej... zombiastyczna! <3



piątek, 8 lipca 2016

20 hitów i kitów mojej wyprawki dla bliźniąt



     Maluchy mają siedem miesięcy - pora na podsumowania. Co sprawdziło się, a co było zupełnym niewypałem w naszej niemowlęcej wyprawce? Zapraszam na bardzo subiektywny, niesponsorowany przegląd hitów i kitów, szczery i zupełnie od serca - od mamy dla mamy ;)


środa, 29 czerwca 2016

Jak urządzić kącik dwóch maluszków we własnej sypialni?


     Jeśli szukacie inspiracji do urządzenia kącika dla swojego maluszka, zapraszam do naszego świata! Od ponad miesiąca Gucio i Leoś śpią w osobnych łóżeczkach i mniej więcej od tej pory zbieram się, by Wam pokazać ich kącik, który urządziłam razem ze Smukke - pięknym miejscem w sieci <3 Martwiłam się, że podwójny kącik maluszka może być dużym wyzwaniem, by był jednocześnie funkcjonalny, jak i po prostu ładny. Szczególnie, że nasza sypialnia jest na poddaszu, czytaj - sporym utrudnieniem są skosy... Na szczęście po raz kolejny powiem - DA SIĘ!

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Misja: marchewka, czyli rozszerzamy dietę!


     Mam pięcioro dzieci - i za każdym razem tak samo mocno przeżywam moment podania innego pokarmu. Nie, nie jestem KP-świrem, nie chciałabym karmić moich dzieci przez dziesięciolecia, ani nie uważam, by przy jedzeniu marchewki z królikiem działa im się krzywda. Mimo to moment podania marchewki jest dla mnie symboliczny - to początek końca mlecznej drogi, zerwania tej niewidzialnej pępowiny... Stopniowo kolejne posiłki będą zastępowały pierś, aż w końcu maluchy całkiem z niej zrezygnują. Wtedy nawet odczuję pewną ulgę - ale teraz... jest mi ciężko zrobić ten pierwszy krok. Dlatego też przygotowuję się do momentu starannie, wybieram sprawdzone u starszych pierwsze posiłki oraz organizuję najpiękniejszą, w moim pojęciu, zastawę - będzie nam towarzyszyć parę lat, więc warto jej poświęcić trochę uwagi. Ale moi chłopcy skończyli ostatnio sześć miesięcy... I tak oto nadeszła wielkopomna chwila... JEMY!
Uwaga - dużo zdjęć :D

wtorek, 7 czerwca 2016

Moja podwójna mleczna droga



     Gucio i Leoś kończą jutro sześć miesięcy. Powoli przygotowuję się do rozszerzania ich diety - ale idzie mi to wyjątkowo opornie. Z mojego doświadczenia bowiem moment podania marchewki, jabłuszka, kaszki to po prostu początek końca mojej mlecznej drogi... Stopniowo inne posiłki eliminują kolejne karmienia piersią. Dlatego ogromnie się cieszę, że zdążyłam jeszcze wziąć udział w fantastycznym projekcie The Milky Way - projekt fotograficzny. I to z dwójką karmionych piersią osesków! Mam fantastyczną pamiątkę z tego magicznego okresu w naszym życiu, gdy jesteśmy ze sobą całkowicie połączeni - we trójkę :D


wtorek, 31 maja 2016

Alleluja! Powstałam z martwych

Mam ochotę powiedzieć kopę lat. Tak dawno mnie tu nie było. Kiedy spojrzę na swój ostatni wpis z lutego własnym oczom nie wierzę! Przeleciało tak szybko, że mam wrażenie, że minęły najwyżej trzy tygodnie. A tu trzy miesiące mijają. Nie wyobrażajcie sobie, że siedziałam na Bahamach z drinkiem z palemką, zastanawiając się, czy danego dnia w ogóle warto wstać. Rzeczywistość była zupełnie bardziej prozaiczna. I ciężka do tego. Na co dzień, oprócz opieki nad małą Polą i ciągle jeszcze małymi chłopcami, ogarniałam tzw zaplecze BPM. Paczki, maile, listy, księgowość, przeprowadzkę. Przez ten czas w zasadzie nie ściągałam dresów, a z zasobów mojej kosmetyczki makijażowej korzystałam nad wyraz sporadycznie. Zatraciłam się trochę w tym wszystkim. Miałam świadomość, że Patrycja przy bliźniakach zupełnie nie wyjdzie z domu, a ja z jedną Polą już dam radę. Nie lubię się nad sobą użalać, więc zagryzłam zęby i pchałam ten swój klekoczący wóz do przodu. Ale dziś mogę powiedzieć, że wzięłam zdecydowanie za dużo na swoje barki, które są obecnie już bardzo wątłe. Przyznaję, że w klekoczącym wozie nieraz po drodze odpadło koło. Nie zawsze potrafiłam sprostać terminom. Żyłam w naprawdę dużym stresie i pod niezłą presją.

Wiele razy chciałam coś do Was napisać, uśmiechnąć się, przywitać, ale biorąc pod uwagę ilość nieprzespanych nocy i dodatkową pracę fizyczną z paczkami w pracowni, byłam dosłownie żywym trupem. Na samą myśl o dodatkowym zajęciu zbierało mi się na płacz ze zmęczenia. Mój mózg w pewnym momencie w ogóle nie przetwarzał informacji poza tymi niezbędnymi. Miałam taką blokadę przed pisaniem, uruchomieniem szarych komórek, że trudno mi było zrozumieć reakcje własnego organizmu. Doszło nawet do tego, że nie pamiętałam, czy kilka minut wcześniej coś zrobiłam, przeczytałam, czy odpowiedziałam na mail. Dosłownie dwoiło mi się przed oczami. Ale nadszedł ten moment, kiedy mówię BASTA. Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg i mu się postawić. Na szczęście lato jest spokojniejszym okresem w branży tekstylnej. Poza tym w ostatnim czasie mocno pracowałam nad uregulowaniem nocy i snu u Poli. Sytuacja bardzo się poprawiła. Wracam do świata żywych. I do Was ;-) Z Patrycją na pewno nie było Wam smutno i pusto, wręcz przeciwnie, ale oficjalnie dołączam ponownie do tandemu pisarskiego.


Dzisiejszy wpis miał dotyczyć zupełnie czegoś innego, ale jako że FB powitał mnie rano absolutnie zaskakującą dla mnie dziś treścią, spontanicznie zmieniam temat.
Jako typowa blogerka i właścicielka sklepu internetowego zazwyczaj zaczynam dzień od porannej prasówki, czyli przejrzenia wszystkich powiadomień na naszej BPM-owej stronie. I nieoczekiwanie pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam dziś rano, było to oto zdjęcie. Nasz pierwszy firmowy event! Choć chyba jeszcze nie można go nazwać firmowym, bo każda z nas działała wtedy indywidualnie, mimo że pod jedną banderą.


Własnym oczom nie wierzę, bo tyle rzeczy od tamtego momentu uległo zmianie! Do dziś pamiętam, jak bardzo przeżywałam pierwsze poważne pokazanie światu naszych uszytków. Poprosiłam niezastąpioną mamę, żeby wzięła Kubę do siebie i cały dzień i niemal całą noc szyłam na Mamuszki w sopockiej Zatoce Sztuki.  Czułam ogromną powagę tej imprezy. Prawdopodobnie było to pierwsze takie wydarzenie hand made w Trójmieście. Byłam wtedy w ósmym miesiącu ciąży z Maksiem i mimo że dziś te zdjęcia budzą głównie uśmiech, to jednak czuję wielką i nieodpartą dumę. I nie wstydzę się o niej mówić. Jestem z siebie dumna, że miałam w sobie tyle samozaparcia, dyscypliny i pasji, że w przedsionku porodu siedziałam tyle godzin przy maszynie. Że na bieżąco ustalałam, jak się szyje apaszkę, a jak komin, kiedy z jednej strony mam minky, które, jak się nagle okazało, totalnie się rozciąga pod naciskiem stopki maszyny i nie chce współpracować. Było to zaledwie 3 miesiące po tym, jak pierwszy raz w życiu miałam przed sobą maszynę do szycia. Pamiętam, jak dzwoniłam do Patrycji z histerią, że nie potrafię apaszki wywrócić na drugą stronę. I że pewnie niepotrzebnie idziemy do tej Zatoki Sztuki. Wyrwałyśmy przez tę dobę chyba wszystkie włosy ze stresu;-)

Przyszłyśmy z Patrycją na cały dzień z dwoma koszyczkami, każda swoim. Pamiętam jak dziś, gdy podeszła do nas pierwsza klientka. Pani, która prowadzi przedszkole w Warszawie kupiła kilkanaście apaszek! Serce niemal mi wyskoczyło z klatki piersiowej, bo po pierwsze ktoś zainteresował się czymś, co sama wymyśliłam, zrobiłam, stworzyłam, a po drugie w takiej ilości! Nie potrafiłam jeszcze mówić o swoich uszytkach jako o czymś, co ktoś inny mógłby nabyć. Przez gardło nie mogły mi przejść słowa z ceną za dany produkt. Tak bardzo się krygowałam. Choć jeszcze długo potem, gdy apaszkę potrafiłam już uszyć trzymając w drugiej ręce dziecko, czułam supeł w brzuchu, tak bardzo przeżywałam wydanie jej w świat. Odpowiedzialność za produkt, który jest przeznaczony dla dzieci, jest ogromna. Trzeba pamiętać o wielu rzeczach, które potem składają się na bezpieczeństwo i komfort noszenia takiego produktu.

Wiele razem z Patrycją przeszłyśmy. Szczerze mówiąc, to na co dzień tego w ogóle nie dostrzegamy i co najsmutniejsze - nie doceniamy. Spędzamy godziny na rozmowach, co powinno być już zrobione, w którą stronę pójść dalej, jak bardzo jesteśmy zapracowane i zaangażowane przy dzieciach, a nie pamiętamy, jak wielką pracę już wykonałyśmy. Dopiero przypadkowe zdjęcia są w stanie przekonać nas, jak duży krok zrobiłyśmy i ile potu, łez i wysiłku nas to kosztowało.
BPM już tak dzisiaj nie wygląda. Zmieniło się chyba wszystko. Od kwestii formalnych, po ofertę i skalę. Minęły trzy lata, rozwinęłyśmy skrzydła, odchowałyśmy kolejne dzieci.

Rozśmieszę Was trochę. Patrząc na to w zasadzie świeże zdjęcie, choć już tak bardzo nieaktualne, dochodzę do wniosku, że jedna rzecz jest ciągle taka sama. Zamiłowanie do straganiarstwa! Ilekroć jeździmy na modowe eventy, podziwiamy pięknie zaprojektowane stoiska. Stoimy z rozdziawionymi paszczami i wydajemy z siebie odgłosy zachwytu. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem designu, pomysłu, kreatywności. Potrafimy docenić starania naszych kolegów z branży. My uprawiamy swoją hopkę galopkę codzienną. Różne wieszaki (mimo że tyle razy miały zostać ujednolicone), stojak sprzed trzech sezonów. Stolik tez nie pierwszej młodości. Torby IKEI wciśnięte razem z naszymi rzeczami gdzieś pod krzesło. Jednym słowem boski folklor.
Za każdym razem obiecujemy sobie, że to ostatni raz, że teraz to już ktoś musi nam zaprojektować stoisko, skoro same nie mamy na to czasu, na co dzień będąc zaangażowane w sprawy domowe. Dziwnym trafem wracamy do punktu wyjścia ;-)))) Ale wiecie co?  Chyba właśnie dlatego sprawiamy wrażenie dostępnych. Przy naszym stoisku zawsze stoi największy tłum. Ludzie przychodzą do nas po prostu porozmawiać. Nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Pogodziłyśmy się tak bardzo ze wszystkimi niedociągnięciami i niedoskonałościami, że już się z nich po prostu śmiejemy. Choć przyznaję, że gdy na pierwsze ogromne wyjście BPM-u, czyli targi Mustache, zapomniałyśmy zabrać wieszaków i regału, nerwy były ogromne. Dwie godziny biegałam po Warszawie i szukałam odpowiednich. Znalazłam tylko rozmiary dorosłe. I wiecie co? Jeździmy z nimi do dziś ;) Największą naszą wpadką było chyba niezabranie stołu na Warsaw Fashion Weekend. Zorientowałyśmy się dopiero na minutę przed wyjściem. Mieszkałyśmy w wynajętym mieszkaniu, w którym zupełnie nie było nic, co by się nadawało oprócz….SUSZARKI DO UBRAŃ! Zabrałyśmy więc taksówką tę suszarkę, przykryłyśmy ją obrusem, na nogach zawiesiłyśmy baner i rozłożyłyśmy towar ;-))) Boginie domowego ogniska jak znalazł ;-) Przez trzy długie dni targów pilnowałyśmy tylko, żeby nasza suszarka się nie przewróciła razem z ciuchami i oglądającymi ;-)
Kiedy patrzę na te wszystkie sytuacje krytyczne z perspektywy czasu, wiem, że jesteśmy w stanie poradzić sobie we wszystkich okolicznościach. Żadne fatum nam niestraszne.  Są momenty lepsze i gorsze, ale suma sumarum z każdej sytuacji wychodzimy zawsze obronną ręką. Są sprawy troszkę zaniedbane, ale cóż, widocznie muszą poczekać na swoją kolej. Tak jak swojego czasu blog. Ogólnie jest chyba całkiem dobrze ;-) Aż sama nie wierzę, że to piszę! Wrodzona przesądność i czarnowidzenie każą mi trzykrotnie splunąć przez lewe ramię i odpukać w niemalowane.

Na koniec mam jeszcze do Was jedno nieśmiałe pytanie. Zaczynałyśmy swoje blogowanie z dość silną reprezentacją wpisów DIY. W pewnym momencie, z braku czasu, zawiesiłyśmy ten dział. Urządzam teraz na nowo pokoik moich dzieci i kilka, wydaje mi się, fajnych pomysłów wpadło mi do głowy. Takich, które pozwalają nie tylko oszczędzić pieniądze, ale przede wszystkim dają satysfakcję z własnoręcznie przygotowanych dekoracji. Przeczytalibyście takie wpisy czy to już pieśń przeszłości?
Ściskam i do miłego, tym razem zupełnie nieodległego usłyszenia ;-)

Zobaczcie, jak to z nami było całe trzy lata temu.

~m.







Chyba jednak się wstydzę ;-)








czwartek, 19 maja 2016

10 powodów, dla których fajnie jest mieć bliźnięta!


     Jeśli panikujesz, bo właśnie dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży z bliźniętami… albo im bliżej porodu, tym bardziej ogarnia cię blady strach… w tej chwili PRZESTAŃ! Mam dla Ciebie zbiór argumentów, dla których posiadanie bliźniąt jest po prostu fantastyczne!


 

czwartek, 12 maja 2016

Let the magic begin!




     Już jest.
     Ona. Soczysta, pachnąca wiosną, słońcem, lekko odurzona zapachem kwitnących wiśni i jabłoni… nowa, boska kolekcja.

IN THE MAGIC GARDEN… LET THE MAGIC BEGIN!