środa, 21 stycznia 2015

POLKA.

Pola. Polka. Poleczka. Często wyobrażałam sobie, jak zdrobniale nazywałabym swoją córkę. Czy nadałabym jej imię krótkie: Pola, czy pełne: Apolonia. Czy będzie pasowało do mojego przyszłego nazwiska. Czy nie będzie zbyt oryginalne (dziś dla ironii to chyba jedno z popularniejszych imion nadawanych dziewczynkom, ale kiedyś sytuacja wyglądała zupełnie przeciwnie).
Tak, Polę wymarzyłam sobie dawno temu. Jeszcze przed tym, jak wyszłam za mąż i przed tym, jak urodził się mój pierwszy syn. A niedługo potem drugi.  Niestety, moje marzenie było długo odsuwane w czasie i w końcu tak naprawdę zupełnie zniknęło z horyzontu. Pogodziłam się, że mam dwóch synów, którzy dają mi ogrom radości na co dzień. I że może niekoniecznie moim przeznaczeniem jest posiadanie córki. Tak po prostu. Przeszłam do porządku dziennego, zajęłam się swoimi sprawami i tylko czasami, w  zupełnie niewytłumaczalnych chwilach nachodziła mnie myśl, że ten moment kiedyś tak czy inaczej nastąpi. Nie wiem skąd, ale wiedziałam. Czułam przez skórę, że do naszej rodziny dołączy właśnie Pola.
Tak więc, gdy usłyszałam, że tym razem będzie dziewczynka, miałam wrażenie, że to trochę samospełniająca się przepowiednia ;-) Tak po prostu. Miałam świadomość, że to nasz ostatni potomek. I nie może być inaczej. No nie ;-)
Choć z drugiej strony paradoksalnie ciągle trudno mi w to uwierzyć. Boję się kolejnego USG. Mimo że lekarka ma wspaniały sprzęt i zarzekała się, że jest pewne na co najmniej 80 procent, że dziewczynka, bo obraz bardzo charakterystyczny. (tak, tak, kazałam procentowo określić trafność ;-) Mimo tych wszystkich sprzyjających fluidów zaczynam wyobrażać sobie abstrakcyjny moment, że dowiem się, że jednak chłopiec. Sytuacja wydaje  się mało prawdopodobna, szczególnie patrząc przez pryzmat pewności, z jaką lekarka wydała osąd, ale jednak wyobraźnia kobiety ciężarnej bywa więcej niż wybujała.
Na razie pławię się więc w wizualizowaniu sobie różowego pokoiku. Pudrowo różowe dodatki, najlepiej połączone z szarościami. Albo spódniczki tutu. W nosie mam, że coraz więcej jest mam, które uciekają od różowego. Ja tyle czasu czekałam na dziewczynkę, więc różowy będę miała nawet wózek. A co ;-) Wszystkie opaski, gumeczki, spineczki także mile widziane. I już nawet nie drażnią mnie tak te wszystkie reklamy Barbie i małych księżniczek. Na które, przyznaję, do tej pory miałam straszną alergię.
Co do ciąży, to skończyłam właśnie pierwszy trymestr i przyznaję, kolorowo nie jest. Samopoczucie raczej do bani. Ciągle chce mi się spać (z chłopcami, owszem, śpiąca bywałam, ale jednak z każdą kolejną ciążą zwiększa się także ilość dzieci pod opieką ;-), mdłości dosłownie mnie wykańczają. I jeszcze jedna przypadłość: zupełnie straciłam odporność. I łapię infekcję za infekcją. Nawet najmniejsze choróbska dzieci przyklejają się do mnie jak rzep. Trądzik mam jak u nastolatki (w poprzednich ciążach cera alabastrowa wręcz), wory pod oczami. Ale jednak, o dziwo, pałam ogromnie pozytywnym nastawieniem. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. W zasadzie to dziś już obudziłam się o 5.30 (!!!!!). Sama, z własnej woli! I zaczęłam ogarniać wszystko naraz. Bloga, mieszkanie, zaległe sprawy. Siła z kosmosu, czy jak? ;) Wprawdzie zapał minął, gdy okazało się, że Kuba jest chory i musi zostać w domu. Ale progres jest i tego się trzymam ;-)
Wrócę jeszcze do ciszy, którą na blogu ostatnio konsekwentnie uskuteczniałam. Zaszyłam się trochę, bałam się komukolwiek wspomnieć o ciąży. Miałam w okresie okołociążowym szereg różnych zabiegów medycznych, które niezbyt sprzyjały rozwijającej się ciąży, więc z utęsknieniem czekałam przyczajona na 12. tydzień. Na wiadomość, że wszystko w porządku. Strasznie to podświadomie we mnie siedziało i przyznaję, że odetchnęłam z ulgą. Że już mogę powiedzieć, że największe ryzyko za nami.
Poza tym, kochani, wracam z ogromną przyjemnością, szczególnie po tym, co przeczytałam w komentarzach pod ostatnim postem. Miód na moje serce ;-) Trochę jednak podupadłyśmy na duchu, myśląc, że się wypaliłyśmy, że mnóstwo wspaniałych blogów dookoła i że może ciągniemy zbyt wiele srok za ogon. Blog, produkcja ubranek (tak, robi się już prawdziwa produkcja ;-), ogarnięcie spraw firmowych. I najważniejsze: dzieciaki. Które zawsze były i będą na pierwszym miejscu. A że dzieciaki, jak dzieciaki, chorują, mają swoje humory, lepsze i gorsze dni, tak właśnie zmagałyśmy się z wieloma nieprzewidzianymi sytuacjami. Czasem wręcz wpadając w marazm. Bo końca niefortunnych zdarzeń często nie było widac.
Tak więc tym bardziej miło byłyśmy zaskoczone treścią, którą nas uraczyliście. Tylu miłych słów wsparcia i sympatii, które do nas spłynęły w ogóle się nie spodziewałyśmy! Mamy więc nową energię do pisania i tworzenia tego miejsca. Planujemy przeprowadzić wielką rewolucję, wprowadzić nowe zakładki, na nowo zorganizować przestrzeń, posortować tematykę. Spiąć wszystko sensownie, tak, żeby miało ręce i nogi. I żebyście mogli łatwo się tutaj odnaleźć. I czerpać zewsząd nową inspirację, żeby było ciekawie i różnorodnie. Tak jak lubicie: kawa, ciastko i wizyta u bogiń.
Dziękujemy! Idziemy do przodu ;-)

m.


Zobaczcie, że zawsze miałyśmy świra na punkcie dziewczynek ;-) Patrycja wypożyczyła sobie na przykład córkę od rodziny, haha ;D A teraz będzie w boskim świecie jedna własna ;-))







czwartek, 15 stycznia 2015

No i co z tym blogiem...?

 
     Ruszyły zapisy na konkur Blog Roku 2014 i przypomniał mi się ścisk tylnej części ciała, jaki przeżywałyśmy rok temu o tej porze ;)
     Na pewno zauważyliście, że od kilku miesięcy nasza częstotliwość pisania na blogu regularnie spada. Zaczęło się w wakacje i o ile na początku było to całkiem zrozumiałe (dużo dzieci, błogostan, utrudniony dostęp do internetu), to potem było coraz gorzej. Wypadłyśmy z rytmu? Tak. Trochę. Trochę też zajęłyśmy się innymi sprawami (sklep, spółka, kolekcja jesienno zimowa, produkcja) i dramatycznie nie starczało nam czasu na nic. Dosłownie.
    Ale tak naprawdę chyba nie tylko o to chodziło i źródło naszego blogowego marazmu była inna...




sobota, 10 stycznia 2015

Minuta ciszy...



     Rok 2014 na końcówce tak przyspieszył, że ledwo wiedziałam, jak się nazywam.. dlatego gdy nadeszła świąteczna śpiączka, oddałam się jej bez granic. Nie pamiętam, jak długo żyję chyba, tak długiej przerwy od pracy, obowiązków, szkoły, tak długiego i obfitego obżarstwa i lenistwa ;) Być może doceniałam to wszystko podwójnie z tego względu, że dzieciaczki mam już naprawdę podrośnięte - ośmiolatek, sześciolatek i "mam cy latka, cy i pu", to już nie to samo co niemowlę, trzylatek i pięciolatek, oj nie ;) Różnica jest OGROMNA! Dzieci same z rana zrobią sobie nawet proste śniadanie (płatki z mlekiem, sok do picia ;) ), i same zorganizują sobie zabawę! Można spać do południa - a przez to siedzieć do nocy, katując po kilka filmów jednego wieczoru, albo cały serialowy sezon... ach! Czy to nie wspaniałe?! Ale za to wyobraźcie sobie, jak ciężko jest wrócić do codziennego kieratu - zamiast o 11, wstawać o 6:30, o zgrozo.. robić kanapki, napełniać bidony, pakować plecaki, ścielić łóżka i samemu zbierać się do pracy.. auć. Chyba dlatego dopiero dziesięć dni po Nowym Roku zabieram się za post ;) Z lenistwa po prostu mi się nie chciało :P A CO! Kto mi każe ;)

Oczywiście, że powinnam wam podesłać fotki świąteczne, postanowienia noworoczne, ale się przeterminowały już. I brrr. wiem, że macie dość, na każdym blogu przewinął się już ten temat ;) No ale jak to, BPM bez zdjęcia choinki... no kiddin.. To chociaż tyci, tyci, jak spędzaliśmy Święta - te kilka fot pokaże wam, jak było super, domowo, sielsko, spokojnie!


wtorek, 30 grudnia 2014

O tym, że podróże (z dziećmi) naprawdę kształcą ;-)

Wpis miał być przedświąteczny. Zdjęcia dawno dodane, treść obmyślona, nic tylko pisać i publikować. Ale byłoby za pięknie ;-) Sto milionów spraw do załatwienia w naszym sklepie w przedświątecznym szale skutecznie zablokowało wszelkie inne akcje BPM ;) Było naprawdę gorąco! Jęzory miałyśmy wywalone do samiuśkiej ziemi i chyba nie bardzo kontrolowałyśmy sytuację. Do tego sypiące się jak z rękawa choroby dzieci i nasze sprawiły, że w zasadzie wpadłyśmy w obłęd. Wraz z nastaniem Wigilii wyłączyłyśmy się na dobre. Taka przerwa była nam bardzo potrzebna. Co za dużo,to nie zdrowo ;) Na szczęście święta w tym roku trwały (i w zasadzie jeszcze trwają) wieczność, więc nic tylko korzystać.
Tak więc proszę. Zaległy wpis. Ale już nie świąteczny. Będzie trochę inaczej. Mianowicie o pewnej podróży. Z dziećmi, a jakże!  Jakiś czas temu wpadliśmy z W. na pomysł, że na Mikołajki zabierzemy dzieci na wycieczkę. Taką niezwykłą, magiczną, pełną świątecznych światełek, dekoracji i niezwykłości. Jako pierwszy do głowy przyszedł nam Londyn. Opowieść Wigilijna, Ebenezer Scrooge łypiący oczami zza rogów, kolędnicy na ulicach. Nie mogło być inaczej. Poza tym znamy to miasto bardzo dobrze, mogliśmy sprawnie zorganizować wyprawę i uniknąć niespodzianek. Wszystko przygotowaliśmy koło dwóch miesięcy wcześniej, ale im bliżej terminu, tym bardziej byliśmy zestresowani. Jedna choroba za drugą, mało sprzyjająca pogoda, zbliżający się huragan Aleksandra (nieźle mi zamieszał w głowie i spowodował gonitwę myśli w stylu: Po co ja w ogóle pakuję się w taką pogodę z dziećmi do tego samolotu?). Ale udało się! Wsiedliśmy w TAKĄ pogodę do TEGO samolotu i polecieliśmy z naszymi dziećmi na wycieczkę pełną przygód i odkryć. Wnioski? Całe mnóstwo!

1. NOCNE I RANNE LOTY NIE DLA DZIECI
Przyznaję, bilety lotnicze kupiliśmy dość spontanicznie. Dopiero tuż przed wyjazdem zreflektowałam się, że wylot jest o 6.15!! Czyli z domu musieliśmy wyjść o 4.30! Pobudka dzieci w środku nocy (bo wstać musiały jeszcze przed 4), w dodatku zimą naprawdę mnie przerażała. Do tego stopnia, że sama tej nocy nie zmrużyłam oka. Okazało się, że zupełnie niesłusznie. Chlopcy zupełnie nie widzieli problemu, żeby zostać obudzonym jeszcze jak było ciemno i zimno. Szybko wskoczyli w ubrania i byli gotowi do wyjścia. No zuch chłopaki ;-) Po prostu drzemka przesunęła się na kilka godzin wcześniej. Żadnych innych pertrurbacji wynikających z tego faktu nie było. Dlatego jeśli czasem zastanawiacie się, czy dziecko da radę, odpowiedź jest twierdząca. Większy problem ze wstaniem w nocy prawdopodobnie będziecie mieli Wy, rodzice ;) 

2. PODRÓŻE ZIMOWĄ PORĄ SA BARDZO UCIĄŻLIWE
Ile razy słyszałam: Po co jedziecie z dziećmi. Bez sensu. Tylko się umęczycie. Do tego zimą. Będziecie musieli ich ubierać i rozbierać co chwilę, na zewnątrz będzie zimno, nie będziecie mogli tak naprawdę nic zobaczyć i będziecie zmuszeni siedzieć w hotelu. Strasznie się najeżyłam i mocno zaparłam, żeby tak nie było. Plan podróży opracowaliśmy bardzo dokładnie, wiedzieliśmy, którego dnia gdzie jedziemy, kiedy i jak się tam dostaniemy. I faktycznie, o ile ubieranie i rozbieranie chłopców, a potem chodzenie z toną ubranek było trochę uciążliwe, jednak zupełnie nas nie zniechęciło. Chłopaki wyjątkowo współpracowali. Nie było sytuacji typu nie założę, nie chcę się ubierać, robię, co chcę. Nowe otoczenie i mnóstwo atrakcji sprawiły, że zapomnieli o swojej standardowej niechęci do ubierania ;-) A w hotelu w zasadzie nie bywaliśmy ;-) Rano i wieczorem, czyli na tak zwane spanie ;-) Chłopcy swoje drzemki odbywali w wózkach (dla Kuby musieliśmy pożyczyć. Całe szczęście, że Patrycja miała jeszcze spacerówkę po Felku). 

3. MUZEA DLA MALUTKICH DZIECI SĄ MAŁO ATRAKCYJNĄ WYPRAWĄ
Do zadania podeszliśmy ambitnie. Muzeum Historii Naturalnej, Muzeum Nauki i Akwarium Londyńskie i Winter Wonderland w Hyde Parku. Te cztery miejsca chcieliśmy koniecznie zobaczyć. Dwa na dzień. Bez spinania się, na spokojnie. Jedna atrakcja, posiłek, druga atrakcja, posiłek. Drzemki tak wyliczone, żeby odbywały się w trakcie transferów z jednego miejsca do drugiego. Trochę się obawiałam, czy chłopcy będą zainteresowani muzeami. To jednak już trochę wyższa szkoła jazdy dla szkrabów. Kuba wydawał mi się bardziej prawdopodobny do czerpania jakiejkolwiek przyjemności z oglądania eksponatów, za chwilę kończy trzy lata i jest już całkiem rozumnym małym chłopcem. Ale półtroraroczny Maks był dla mnie ogromną zagadką. Tym bardziej, że trudno mu jeszcze skupić uwagę na krótkiej bajce. Co dopiero tak duży kaliber. Okazało się, że chłopaki byli zachwyceni! Trudno powiedzieć, czy bardziej spodobało im się Akwarium, czy Muzeum Historii Naturalnej (Muzeum Nauki ostatecznie odpuściliśmy). Oczywiście, że wycieczki odbywały się w trybie bardziej błyskawicznym niż ten, który zaserwowalibyśmy sobie podczas podróży we dwójkę. Ale i tak w Akwarium udało nam się spędzić dwie godziny, a w Muzeum Historii Naturalnej dwie i pół. Kuba do dzisiaj wspomina wielkiego T.Rexa albo rekina pływającego pod nogami. Chłonął tę podróż jak gąbka. Dla niego była to pierwsza podróż samolotem, pociągiem i autobusem. Dla małego chłopca to naprawdę nie lada atrakcje. I taksówki, gdzie siedziało się bez fotelika, naprzeciwko mamy i taty. Do tego chłopcy uwielbiają hotele. Zawsze są zachwyceni, gdy nocujemy poza domem. A że już trochę wypraw po Polsce mamy za sobą, zawsze, gdy słyszą jedziemy do hotelu są w siódmym niebie.

Przyznam, że trochę do tej pory byłam zdania, że podróże z małymi dziećmi to jednak trochę droga przez mękę. U nas sytuacja się dublowała, bo między chłopcami jest niecałe półtora roku różnicy. Więc sytuacja zazwyczaj wygląda tak, że robimy to samo, co w domu (przewijanie, karmienie, przebieranie), tylko, że gdzie indziej, czytaj w trudniejszych warunkach. Pamiętam, jak z półrocznym Kubą byliśmy w Berlinie. To naprawdę była ciężka wyprawa. Żar lał się z nieba, Kuba akurat zaczął ząbkować, więc większość wycieczki nam przepłakał, do tego zepsuło nam się auto i z Niemiec wracaliśmy na lawecie. Ta pełna fatalnych zwrotów akcji wycieczka skutecznie mnie zniechęciła do podróżowania z dzieckiem. Było naprawdę ciężko, pamiętam do dziś miny ułożonych i bezgłośnych Niemców, kiedy schodziliśmy na śniadanie, a Kuba włączał swój ryk ekstremalny, bo akurat swędziały go dziąsła. Jak zazwyczaj potrafimy siedzieć na śniadaniu wyjazdowym dwie godziny, tak tym razem zajmowało nam to raczej dwie minuty. Choć przyznaję, że jak dziś oglądam zdjęcia, cieszę się, że tam byliśmy. Mamy piękną pamiątkę, a z licznych perturbacji naprawdę ciągle się smiejemy. Na szczęście podróż do Londynu przebiegła dosłownie jak po maśle. Z jednym małym wypadkiem... Powiem tylko, że prawie nie zdążyliśmy na samolot powrotny. Wszystko przez to, że zamiast do autobusu 414, wsiedliśmy do autobusu 14 i wywiózł nas na drugi koniec miasta. A potem powrót do punktu docelowego, w szczycie, był prawie niemożliwy. Wszystkie taksówki zajęte, autobusy stojące w korku, ogromne tłumy ludzi. Wpadliśmy na lotnisko dwie minuty przed zamknięciem bramek. Z totalną histerią. Ale to już nie wina dzieci, a naszego gapiostwa. Oni tę gonitwę przez miasto znieśli dzielnie ;-) Poza tym czym byłaby podróż bez jednej wielkiej historii ;-)

Naprawdę dużo wynieśliśmy z tego krótkiego wypadu. Ja sama pokonałam wiele strachów. Że mojemu dziecku może być niekomfortowo, że wcale nie będzie zadowolone z podróży, że dla niego to żadna różnica, czy pojedzie na Kaszuby, czy za granicę. Wiele się nauczyłam o sobie i o dzieciach. Jednak podróże kształcą i to wielowymiarowo. Szczególnie te z dziećmi ;-)




















poniedziałek, 15 grudnia 2014

Bosko na święta!

Kochani, okres świąteczny zbliża się nieubłaganie, a my jeszcze nie zaprezentowałyśmy Wam naszych specjalnych świątecznych wzorów. Poprawiamy się zatem i zapełniamy nasz sklep świąteczną ofertą. A tam zawieszki, które mogą służyć jako bombki albo girlandy. Świąteczne wzory poduś. Nawet BamBamy z elfimi uszkami. Spadł nam kamień z serca. Bo jak to tak święta bez odpowiedniej oprawy? Od razu poczułyśmy się jak część Mikołajowej ekipy, w pracowni zrobiło się strasznie nastrojowo. Światełka i te wszystkie świąteczne stwory i dodatki. Och i ach ;-) 
Jeszcze tylko dziś generalne sprzątanie i będziemy zwarte i gotowe na święta. Przyznam, że ostatnio u nas trochę nerwowo. Przygotowujemy się na warszawski Yard Sale (Pałac Kultury i Nauki, 20/21 grudnia 12-19) i zgrzytamy zębami z niepokoju, czy wyrobimy się z przygotowaniem wszystkiego, co chciałyśmy przygotować. Zapału mamy dużo, ale doba niestety nie jest elastyczna, a spać czasem też trzeba ;-) 

BamBamowe elfiki


BamBam w wersji skrzatowej



Zawieszki/bombki/girlandy



I milusie podusie








Świątecznych inspiracji szukajcie tutaj: http://boginieprzymaszynie.shoplo.com/kategoria/bosko-na-swieta

I jeszcze o pięknej akcji, zapoczątkowanej przez Crazy J&Z, pod patronatem Caritas Polska. Dziewczyny nominowały polskie marki do wystawienia swoich produktów na aukcjach charytatywnych. Nominowana marka musi nominować kolejną i tworzy się łańcuszek. O ile nie jesteśmy zwolenniczkami łańcuszków i tym podobnych akcji, w tym wypadku nie wyobrażałyśmy sobie odmówić. Dziękujemy Rafinerii Cukru za nominację i tym samym puszczamy nowinę dalej w świat i prosimy Booso o dołączenie się do akcji. Jeżeli więc nie macie jeszcze prezentu pod choinkę, może warto przejrzeć szereg aukcji charytatywnych, np. na Allegro i przy okazji komuś pomóc. My prezentujemy naszą małą cegiełkę: Felę i sukienkę denim (w rozmiarze do wyboru). Wierzymy w Wasze szczodre serca!





I jeszcze kolejna akcja, o której nie mogłybyśmy nie napisać. Książka Zwierzaki Pocieszaki to dziesięć rymowanych wierszyków o zwierzakach, np. Lisku Hipisku czy Kotku Kłopotku, zwieńczonych morałem. Historia każdego zwierzaka to dzieło jednej blogerki. Każda sprzedana sztuka to 29,99zł przekazana na konto Fundacji "Kawałek Nieba" z Rumi (kwota jest minimum wymaganym do otrzymania książeczki, ale jest cegiełką, więc można wpłacać więcej).



I na koniec jeszcze coś, z czego jesteśmy bardzo, bardzo dumne. Kolejny owoc współpracy z SzastiPrast, którą uwielbiamy za pomysły, talent i błyskotliwość. Nasze własne Gift Cardy. Marzyłyśmy o nich od dawna, ale do końca nie miałyśmy pomysłu. Wiedziałyśmy jednak, że nie chcemy, żeby były to kolejne zwyczajne karty wydrukowane na brystolu z napisem Prezent. To musiało być coś ekstra. Jak zobaczyłyśmy projekt Wioli, opadły nam kopary, totalnie nas kupiła. Jesteśmy usatysfakcjonowane i szczęśliwe, że możemy zaoferować Wam coś tak ładnego. W boskim sklepie dostępne już świąteczne gift cardy, o różnych wartościach. Kartę można wykorzystać na gotowe produkty, projekt indywidualny, a także na boskie warsztaty. Zapraszamy do skorzystania z naszej oferty ;-) W końcu święta muszą być boskie!



czwartek, 11 grudnia 2014

Gorączka przedświąteczna, czyli jak oszalałam w grudniu


     Kocham Święta. Kocham atmosferę, prezenty, wystrój, a nawet życzenia przy opłatku i te mokre całuski z rodziną. Wszystko mi się klei w jedną, piękną i wzruszającą całość. A już widok moich dzieci - co nieco wkurzających na codzień - w wersji "aniołek przy choince" jest niczym miód dla serca. I słodzę się nim się w chwilach zwątpienia przez - co najmniej - kilka następnych miesięcy. Ale także co roku, mniej więcej na dwa tygodnie przed Świętami, dostaję po prostu... świątecznej gorączki, przez mojego tatę, przez lata, zwanej KOCIOKWIKIEM. Ma ona objawy podobne do gorączki krwotocznej, z utratą przytomności (przynajmniej chwilowo), drgawkami (z nerwów), a nawet symptomami opętania (przy wybieraniu prezentów) - włącznie. Co więcej, jestem pewna, że i wy doskonale znacie ten stan ;)
     Co roku mam też PLAN. Boskie święta, cudny (i czysty! Musi być BŁYSK!) dom, przemyślane, trafione prezenty, ale niekupowane na ostatnią chwilę. Co roku sobie obiecuję, że to ostatni raz, kiedy dałam się tak zmanipulować, że nie mam czasu naprawdę wzruszyć się tą świąteczną atmosferą i w spokoju przeżywać przygotowania. W końcu to one są już połową tego, co lubię najbardziej...
Co roku chcę celebrować ubieranie choinki, śpiewać z dziećmi świąteczne piosenki (polecam Christmas Station, moje ulubione teraz radio - na tune.in!), piec i dekorować pierniczki...

Co roku BARDZO się staram... i nic mi z tego nie wychodzi!!!

czwartek, 4 grudnia 2014

"Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat..." - Zostań Świętym Mikołajem!


     Kocham Święta Bożego Narodzenia. Piękna, wielka choinka, ustrojona przeróżnymi - mniej lub bardziej pamiątkowymi ozdobami. Dom, pachnący pysznym jedzeniem, dom czysty i gotowy na przyjęcie najbardziej magicznego czasu w całym roku... Rodzina zebrana wokół zastawionego stołu, wszyscy tak samo wdzięczni, wzruszeni i radośni.
Dzieci... Dzieci niecierpliwie wyczekujące Pierwszej Gwiazdki. I my, rodzice, bezbrzeżnie szczęśliwi patrzymy na nie, bo już wiemy, że oto znowu udało nam się uszczęśliwić je w te Święta!...

I tylko gdzieś na dnie... w głębi serca... zamrożona kłębi się myśl: nie wszyscy mają tyle szczęścia, co my...


(fot. Pinterest)

wtorek, 2 grudnia 2014

Boskie warsztaty w nowej pracowni!



     Gdy za oknem szaro i coraz trudniej znaleźć ciekawą rozrywkę poza domem, warto poszukać czegoś, co sprawi nam ogromną frajdę - bez konieczności wychodzenia z domu.
Mamy dla Was świetną propozycję: NAUCZCIE SIĘ SZYĆ! To najlepszy sposób na nudę i jesienną chandrę :D

środa, 26 listopada 2014

PROJEKT SKLEP: Jak rozwinąć skrzydła z SHOPLO, czyli 5 powodów, dla których było warto!



     Dokładnie 22 września rozpoczęłyśmy jedną z najtrudniejszych przygód naszego "boskiego" życia. Otworzyłyśmy nasz BOSKI SKLEP na platformie SHOPLO...
Od tego dnia minęły już dwa miesiące i mogę powiedzieć, że wreszcie! Wreszcie! Jesteśmy w zupełnie innym punkcie niż byłyśmy wcześniej! Do celu droga daleka, ale znowu czujemy - jesteśmy na właściwym szlaku :-)


czwartek, 20 listopada 2014

Dwustronne i kolorowe czapki i kominy, czyli trochę boskich inspiracji na prezenty świąteczne



     Od dłuższego czasu czarowałyśmy z Martą dla Was niemałą niespodziankę, ale.. z powodu nieprzewidzianych okoliczności trochę się to w czasie odwlecze. Ale, jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze ;) Miejmy nadzieję! A tymczasem, cobyście nie myśleli, że BPM to już na laurach siadło i tylko we własnym boskim blasku się przegląda, to dementujemy plotki niczym TVN o wypadku Baryzy. Otóż zarobione jesteśmy jak mrówki, wszystko po to, by przygotować jak najwięcej prezentów dla Mikołaja!