Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

Odzyskaj swoje wspomnienia... z PRINTU!


     Jeśli, tak jak ja, macie problem z wywoływaniem zdjęć na bieżąco, po prostu musicie przeczytać ten post. Znalazłam idealne rozwiązanie, jak nie skazywać Waszych pięknych fotek na istnienie tylko w wirtualnej rzeczywistości i odzyskać przepiękne wspomnienia! To fotoksiążki PRINTU - śliczne, gustowne albumy, które mogą pomieścić ogromną ilość zdjęć.
Zaraz Wam pokażę, jakie to proste - i ile radości sprawia oglądanie kolorowej książki, w której bohaterami jesteście Wy sami!


środa, 12 października 2016

Podobni... jak bliźniacy?!


     Dopóki po świecie dreptało trzech naszych synków - Filip, Maks i Felek, a każdy był inny, ich wygląd i wzajemne (znikome) podobieństwo nie było dla nas nigdy tematem do dyskusji. Jeden był "mamusi", drugi "tatusia", a Feluś był "wymieszany". Przyjmowaliśmy piękną rzeczywistość bez zastanowienia i dopiero, gdy na świecie miały pojawić się bliźniaki, zaczęliśmy myśleć o tym, do kogo będą podobne. Przecież duże było prawdopodobieństwo, że będą identyczni!




     Jest rzeczą oczywistą, że gdy dowiedziałam się o podwójnej ciąży, w głowie miałam jeden obrazek: dwa małe, identyczne bobaski ze słynnego zdjęcia, na którym jednego mama nakarmiła dwa razy,  a drugiego wcale. Taki stereotyp bliźniąt jest powszechny i wiele osób wręcz dziwi się na widok niepodobnych do siebie bliźniaków. I mimo, że moja przyjaciółka miała bliźnięta różnej płci i całkowicie różnej fizjonomii, a ja na drugiej wizycie dowiedziałam się, że maluszki będą dwujajowe, więc nie identyczne - nie przeszkadzało mi to snuć uroczej wizji.
   
     Nie, żebym faktycznie tego chciała. Zdecydowanie było mi to obojętne. Myślę, że może to być tak samo urocze, jak i uciążliwe, a przy tym może nastręczać z czasem kłopotów wychowawczych. A nawet, dalej idąc, same identyczne bliźnięta mogą mieć problem z odnalezieniem swojej indywidualnej natury. Ale nie chcę drążyć tego tematu - ostatecznie nic o tym nie wiem ;) Tuż po porodzie okazało się, że z tych moich wyimaginowanych dwóch identycznych bobasków zostały... dwa całkiem odmienne maluszki. I od tej chwili zamiast szukać w nich różnic, na co przygotowywałam się psychicznie, szukam w nich podobieństw. I nie znajduję! Ani kolor skóry, ani kształt głowy, oczu, stóp, figura, nie mówiąc o samej twarzy... nie, no nie. Nawet ostatnio zaczyna być wyraźna różnica w wadze i wzroście - Leoś (który urodził się najmniejszy! O 200gr lżejszy od Gucia i o 1cm krótszy!) dzisiaj waży ponad dziesięć kilo, a Gucio - kilogram mniej!

Los jednak sprawił nam niespodziankę, której się absolutnie nie spodziewaliśmy. Żadne z nas nie założyłoby w najśmielszych wizjach takiej sytuacji: otóż Gucio i Leon są genetycznymi bliźniętami... a nawet, można powiedzieć, klonami... swoich najstarszych braci! I to jest dosłownie zaskakujące, niesamowite i nieprawdopodobne wręcz, jak identycznie odwzorowują nie tylko fizjonomię, ale charakter, nawyki, zachowania w poszczególnych sytuacjach... jesteśmy w szoku, z każdym dniem coraz bardziej :D Sami wielokrotnie zauważacie na zdjęciach niezwykłe podobieństwo Gucia do Filipa, a Leosia do Maksia... a dzisiaj pokażę Wam zdjęcia - niezbite dowody, że to jest prawda :D

GUCIO CZY FILIP? 









     I jak? :D Nie wydaje Wam się to niesamowite?!
     To popatrzcie teraz na...


LEOŚ CZY MAKSIO?







I najlepsze na koniec!!! To jest niemożliwe :D
Bliźniaki międzypokoleniowe, jak nic!!! 


Ja sama, przeglądając te zdjęcia, nie mogę się napatrzeć i nadziwić, jak to się stało? Gucio i Filip są bardzo podobni do mnie, Maksio i Leoś - kopie mojego męża. Ale żeby dwukrotnie udało nam się stworzyć tak podobne dzieciaki.. dosłownie podobni jak bliźniaki... dwa razy - tylko ze spoooorą różnicą wieku..? Śmiesznie się podzieliły te nasze geny! ;) 

Ale oczywiście, nie ma to żadnego znaczenia, tylko zaskakuje nas na każdym kroku, szczególnie, że podobieństwa są nie tylko na buziakach - Gucio zachowuje się identycznie jak Filip, tak samo reaguje na jedzenie (jakby ktoś miał go otruć ;) ), tak samo się obraża (a ma 10 miesięcy!), tak samo szybko zaczyna chodzić. Za to Leoś kocha jeść i spać, cudowne jest to dziecko - identycznie jak Maksio w jego wieku - tak samo siada w wielkim rozkroku, jak lalka (!), tak samo raczkuje, łapie w rączki tak nieporadnie, śmiesznie, jak osiem lat temu Maksio to robił... patrzymy na to z Dawidem i nie możemy się nacieszyć - Gucio i Leoś przypominają nam, jak było "dawno temu" z Filipkiem i Maksiem :D 

Ciekawe, co będzie dalej... myślę, że Leoś i Gucio stworzą team idealny, jaki dzisiaj tworzą starszaki :) Nie mogą bez siebie żyć! Wszyscy dookoła mówią, że wygląda, jakbyśmy mieli dwie pary bliźniaków - i Felusia, który za to, chociaż jeden, jest podobny po równo do obojga z nas - idealny, jedyny w swoim rodzaju i cudowny mix naszych genów!













     Jestem ciekawa, czy jesteście w stanie rozszyfrować na początkowych zdjęciach - zestawieniach, który jest który? ;) Myślę, że gdybym nie była autorką zdjęć, sama miałabym problem ;)

~ P. 

środa, 14 września 2016

(po)REMONTowy zawrót głowy!.. czyli o dwóch takich, co uwielbiają porządki ;)


     Wakacje skończyły się dwa tygodnie temu, a na boskim blogu nadal wakacyjne rozprężenie. Jeśli jednak myślicie, że nie mogąc zwlec się do codziennego reżimu i pisania do Was, leżę na plaży i dosmażam boczki, jesteście w wielkim błędzie. Tuż po powrocie z wakacji spotkały mnie bowiem takie rewolucje, że żołądkowe przy nich są zgoła królewskim luksusem... Otóż, kończy się u nas remont, który pozbawił mnie najmarniej dwóch lat życia, a przysporzył tyle zgryzot, ile nadziei na przepiękny koniec.

     Ale po kolei, żeby nie było, że miód, orzeszki i lukrecja na wierzchu...


poniedziałek, 11 lipca 2016

Zombie Dash w wielkim mieście / KONKURS



     Od wielu lat wraz z końcem roku szkolnego pakujemy walizki i wyruszamy z dziećmi na Kaszuby, ale... nie w tym roku. Z wielu względów musieliśmy odłożyć nasz wyjazd do drugiej połowy lipca. Za to po raz pierwszy mieliśmy okazję odkryć nieznane nam uroki... lata w mieście! I wiecie co? Miejsce naprawdę nie ma znaczenia. Jak zawsze sprawdziła się zasada: liczy się tylko dobre towarzystwo i jeszcze lepsza zabawa! Najlepiej... zombiastyczna! <3



środa, 29 czerwca 2016

Jak urządzić kącik dwóch maluszków we własnej sypialni?


     Jeśli szukacie inspiracji do urządzenia kącika dla swojego maluszka, zapraszam do naszego świata! Od ponad miesiąca Gucio i Leoś śpią w osobnych łóżeczkach i mniej więcej od tej pory zbieram się, by Wam pokazać ich kącik, który urządziłam razem ze Smukke - pięknym miejscem w sieci <3 Martwiłam się, że podwójny kącik maluszka może być dużym wyzwaniem, by był jednocześnie funkcjonalny, jak i po prostu ładny. Szczególnie, że nasza sypialnia jest na poddaszu, czytaj - sporym utrudnieniem są skosy... Na szczęście po raz kolejny powiem - DA SIĘ!

czwartek, 24 marca 2016

Uświęcona



     Czysta radość, czysta miłość i prawdziwe szczęście odnalezione w codzienności. Kolorowa rzeczywistość, która dla innych mogłaby wydać się szara i przerażająca. Wielka rodzina, domowy rozgardiasz, hałas, bałagan i piski radości…

piątek, 22 stycznia 2016

Brotherhood! Czyli bracia mniejsi i Starszaki


     Narodziny dziecka są również narodzinami każdego nas - w nowej roli. Stajemy się rodzicami, z każdym kolejnym dzieckiem - na nowo… Po raz kolejny los daje nam carte blanche. Następuje szereg obietnic, składanych samemu sobie: 
- Będę bardziej cierpliwa… 
- Będę mniej krzyczeć. 
- Będę lepszą mamą, lepszym tatą. 
- Poświęcę więcej uwagi starszym…

     Pojawienie się kolejnego maleństwa w rodzinie jest też zarazem narodzinami rodzeństwa. Brata, siostry... Nowych więzi. I chociaż zawsze są to chwile trudne, graniczne,  bo w końcu wszystko się zmienia… to gdy dobrze przygotujemy będące już w domu dzieci na przybycie nowych członków rodziny, cudownie będzie je potem obserwować!


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

6 najważniejszych rzeczy w każdej wyprawce!


    Ostatnie tygodnie to festiwal blogowych wpisów dotyczących tego, co najpotrzebniejsze, najładniejsze, najmodniejsze i naj-MUST-HAVEniejsze w wyprawce przedszkolaka czy ucznia.
Nie będę konkurować, bo wierzę, że moje koleżanki zrobiły to za mnie i to zrobiły to doskonale. Mam swoje typy, jak będziecie ciekawi, pokrótce opowiem, ale.. w gruncie rzeczy to nie jest ważne. Za to jako mama, która już wielokrotnie przeżywała "pierwszowrześniową" rozłąkę i wypychanie z gniazda w bezduszne trybiki żłobkowej - przedszkolnej  i szkolnej maszynerii, dzisiaj opowiem Wam, co jest naprawdę najważniejsze.
I wierzę, że każda z Was to wie. Co więcej: już to zapewniła. Chociaż może nie zdajecie sobie z tego sprawy...

Usiądź zatem spokojnie, zostaw to żelazko, prasujące już idealnie prostą białą koszulę. Zostaw tą torbę z kocykiem, podusią, piżamką i ukochanym misiem do przedszkola. Przestań podpisywać metki. Już jest dobrze.
I zrób sobie pyszną herbatę i nawet wyjmij ulubiony smakołyk - to nic, że już po dwudziestej. Zasłużyłaś! Oto jak dałaś radę przygotować swoje wychuchane maleństwo na te potworności, które czekają je jutro!



środa, 12 sierpnia 2015

Walka z… imionami, czyli my kid, my rules!


   
     Jestem w 22 tygodniu ciąży. I jak zwykle - jestem w szoku, że to tak szybko zleciało! Kiedy, ja się pytam? Dopiero co dowiedziałam się, dopiero co przeżyłam szok, a tu już wielki brzuszek.
Ciągle nie mogę do końca uwierzyć, że niedługo znowu zostanę mamą, a już całkiem nie mogę sobie wyobrazić, że tym razem po raz czwarty i.. piąty! Jednocześnie! Czy to się w ogóle DA? :D
Z tym etapem ciąży wiąże się wiele rzeczy… coraz bardziej konkretne zakupy, decyzje, jaki wózek, a przede wszystkim, gdzie chcemy mieszkać. I najważniejsze - IMIONA! Kto zacz siedzi w tym moim coraz bardziej pokaźnym brzuszku?

(fot. bejsment.com)


piątek, 31 lipca 2015

Raj na ziemi



     Pokażę Wam dzisiaj, dlaczego nas tak mało ostatnio… rozkoszujemy się. Świeżym powietrzem, upojną zielenią, morzem wolnego czasu i sobą nawzajem… Wakacje - i to w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Kaszuby!

czwartek, 9 lipca 2015

Podróże z dziećmi vol. 2, czyli Elegancja Francja!


     Podróże kształcą. Nic nie rozwija tak, jak one, nic tak nie poszerza horyzontów, nic nie jest tak bogate w rozmaite wrażenia… Dlatego - to chyba dla wszystkich oczywiste - warto podróżować z dziećmi, uczyć ich otaczającego świata... A jednak - często potencjalne problemy zniechęcają już na starcie. Podróżowanie z dziećmi może się wydawać trudne i z pozoru - nastręczające wielu nieprzyjemnych wrażeń. Dzieci szybko się nudzą, jeszcze szybciej męczą, a zainteresowanie pięknym krajobrazem czy zabytkami jest, a jakże, zerowe. Do tego wieczne "kupa, siku, głodny, piciu", a i najgorsze ze wszystkiego, doprowadzające do szału pytania: "kiedy wreszcie będziemy" i "ale ja chcę do domu!".
NIC BARDZIEJ MYLNEGO! Chcę dzisiaj obalić ten mit. Podróżowanie z dziećmi to wielka frajda. I mówię wam to ja - mama (póki co ;) ) trzech BARDZO żywiołowych chłopców! Da się ich "ujarzmić", a nawet więcej - zainteresować na tyle, by zachwyceni łapali tysiące wrażeń, nowych zapachów, smaków, widoków… by wychować małych, ciekawych wszystkiego turystów, a nawet - mądrych obywateli świata.


czwartek, 12 marca 2015

Mała Panda, wielka radość!




      Moje najmłodsze dziecię, Felek, od małego był niezwykle stałym w uczuciach chłopcem. Gdy miał ledwo ponad rok i był, jakby się wydawało, dziecięciem totalnie nieświadomym ;) oglądał ze starszymi braćmi "Króla Lwa". Raz się zakochawszy - przez następne dwa lata katował nas w kółko tą jedną bajką. Mufasa, Pumba, Timon, Nala, ale najbardziej - Simba, doszczętnie zdominowały jego gust i poczucie estetyki. Wszystko z Simbą było fajne, wszystko bez - o wiele gorsze ;) Za tę stałość w uczuciach podziwiałam go niezwykle, ciesząc się właściwie, bo cokolwiek z ulubionym bohaterem dostarczało mu niezwykle dużo radości - potrafił się nawet popłakać ze szczęścia na widok "simbowej" kolorowanki (SERIO!).
Ostatnio jednak przyszedł czas na zmianę - i oto od jakiegoś pół roku mamy nową obsesję, zwaną... PANDOZĄ!

sobota, 7 marca 2015

Bakszysz, bakszysz...



     Egipt, jak większość zresztą afrykańskich krajów, to kraj wielu kontrastów. Ogromnych kontrastów. I tajemnic! Już drugiego dnia, po pobieżnym, pierwszym oglądzie, przeciętny turysta zadaje sobie pytanie: no jak to jest, do cholery, możliwe, że ten kraj kilka tysięcy lat temu był tak rozwiniętą cywilizacją!? Wytworzyli skomplikowany alfabet, infrastrukturę i ukształtowali skomplikowaną strukturę społeczną, a także kult i obrzędowość godną podziwu; do licha, budowali piramidy, technologią dla nas niepojętą do dzisiaj!
Dzisiaj - praktycznie nic z tego nie zostało. Oprócz marzeń, a nawet pewnym niezrozumiałym przekonaniu o własnej potędze..


środa, 12 listopada 2014

Pozwolić dziecku latać...


     W ciągłym, codziennym pędzie nie tyle zapominamy, co jest najważniejsze, bo to jakby i w sercu, i z tyłu głowy, mamy zawsze; ale jednak ciężko wygospodarować kilka godzin wolnych od obowiązków w pracy i w domu. Od sprzątania, gotowania, odrabiania lekcji i te pe. Każdy z nas zna te wszystkie składniki codzienności, która nieraz przytłacza, a najbardziej - jesienią...
Tuż przed naszym ostatnim wyjazdem służbowym do Manchesteru odnaleźliśmy właśnie takie "utracone chwile" z naszymi dziećmi. Niby tylko na spacer chcieliśmy iść, niby tylko do Gdyni, naszego ukochanego miejsca spacerowego - Polanki Redłowskiej i na Bulwar. Niby tylko na rower i deski, a i może, jak starczy czasu - i na lody do "Mariolki"...
Kto by przypuszczał, że ten niewinny spacer stanie się dla mnie źródłem tak wielkich wzruszeń, tak mocnych przeżyć? I przy tym wszystkim - tak wielkiego zdziwienia, że oto moje dzieci, które niczym kwoka próbowałam zagarniać pod skrzydła, chronić, bronić przed złem wszelkim, a nawet i przed ryzykiem całkiem niewielkim - tak zdolne są już do samodzielnej przygody, tak cudownie sprytne, tak mądre już podrosły i tak zwinne, i tak zupełnie, zupełnie odważne?!




środa, 15 października 2014

Koła olimpijskie


     Bywa tak, że wszystko układa się pięknie i z górki. Moje życie właściwie tak wygląda, na każdym kroku doceniam to, co mam. Z wdzięczności wręcz paruję, oddając dookoła to, co uważam za cenne - swój optymizm, pogodę ducha, wiarę w siebie i w ludzi. Chcę dziękować tym, co są dookoła mnie radością życia i zarażać ich tym, co piękne. Za prymarne uważam dobro, miłość, poczucie humoru, nigdy i w niczym nie szukam czarnych stron i u innych też nie znoszę czarnowidztwa!
Jednak bywają chwile - zdarzają się każdemu, także mnie - gdy mam ochotę rzucić wszystko w diabły. Gdy mam wrażenie, że zapętliłam się sama ze sobą, gdy wewnętrzny głos drugiej strony argumentuje - to wszystko ułuda, nieprawda, zrzuć różowe okulary...



sobota, 28 czerwca 2014

Czas wielkich zmian...






     Niemal rok temu pisałam, jak mocno przeżywam to, że mój Filip, pierworodny, idzie do pierwszej klasy. Hasło: Szkoła. Uczeń. Mój syn. WTF?.. (link do wpisu http://boginieprzymaszynie.blogspot.com/2013/08/najcenniejsze-chwile-sierpnia-czyli.html i - http://boginieprzymaszynie.blogspot.com/2013/09/trudne-dobrego-poczatki-czyli-pierwsze.html )
Minął prawie rok jego edukacji i jestem z niego dumna - tak pięknie sobie radzi.



niedziela, 23 lutego 2014

Jak wytrzymać z marudą, czyli dwa tygodnie z choruszkiem



     Chorujące dziecię w domu to zwykle sajgon... wizja spędzająca sen z powiek każdej mamie. Gdy nie możemy posłać dziecięcia do chwalebnej instytucji, zwanej żłobkiem lub przedszkolem, a w zamian za chorobowe nieprzespane nocki - w ciągu dnia musimy uruchomić pokłady kreatywności, by marudne dziecię czymś zająć w ciągu dnia... mamy często ochotę strzelić sobie wiadomo, gdzie ;)


wtorek, 11 lutego 2014

Komplet od Tatusia :)



     Jeszcze jak byłam w Stanach przyszedł do nas wzruszający list. Nie pytałam o zgodę na publikację, więc z grubsza tylko opowiem. Pewien do szczętu zakochany w swojej nowonarodzonej córce, Matylce, oraz w jej mamie ;) Tatuś, postanowił spełnić skrywane marzenie swojej żony.




niedziela, 25 sierpnia 2013

Najcenniejsze chwile sierpnia... czyli zatrzymać czas.



     Nienawidzę, gdy coś się kończy, a ja się tym nie nasyciłam... Jest mi strasznie przykro, jestem rozżalona, zła i chce mi się autentycznie płakać. Dobra książka, film, spotkania z przyjaciółmi, podróże, zawsze to samo - niedosyt, żal i taka melancholia, a może już tęsknota...
   
     Dzisiaj ostatnia niedziela sierpnia, przede mną już tylko tydzień wakacji w Borucinie... co z tego, że byłam tu dwa miesiące - nie wiem, kiedy to zleciało!.. W lipcu działo się dużo, zrelaksowana byłam bardzo i pielęgnowałam w sobie dziką radość - jeszcze miesiąc mam tej beztroski!... A tu od końca lipca czas uległ gwałtownemu przyspieszeniu, czasoprzestrzeń się zagięła, zapominając jednak o mnie - stałam bezradnie i patrzyłam na szybko przelatujące dni, jakby bez mojego udziału. Nie wiem, jak to się stało, ale mam wrażenie, że w ogóle nie odpoczęłam, w ogóle się nie nacieszyłam lasem, świeżością lasu, smakiem malin, zapachem grzybów, chociaż spacerowałam, spotykałam się z przyjaciółmi, odbyliśmy wiele wycieczek. A jednak - żal i melancholijny nastrój końca lata...
     Być może trochę ta końcówka lata mnie przeraża - zaraz wrzesień i mój maleńki, pierworodny synuś idzie do pierwszej klasy. Taki duży chłopak z niego... kiedy urósł? Nie zauważyłam...
I te ostatnie dni lata są jakby dla mnie na wyłączność. Dobrze wiem, co teraz będzie... szkoła, koledzy, zadania domowe, codzienny pęd, mniejsza lub większa rutyna. Czasu mało, bardzo mało, na spacery, rozmowy, wspólne, nieśpieszne bycie razem. Nie wiem, jak ja to przeżyję... na razie przeżywam bardzo, płakać mi się chce na myśl o powrocie do domu, a raczej do naszej rzeczywistości zabieganej - i nowej, którą dopiero będę musiała ogarnąć i nauczyć się w niej żyć. Kanapki do szkoły, odbiory o różnych godzinach, konsekwencja i pilność w sprawdzaniu zadań domowych, itp, itd... wydaje mi się to przerażające. Już sam wybór plecaka jest dla mnie traumatyczny, chciałabym, by Filip miał wszystko, co najlepsze, co ułatwi mu ten start w szkolne życie, a z drugiej strony nie wiem, co to miałoby być. Nie znam się na tym, czuję się bezradna, a nie znoszę tego.  I ostateczny zakup tornistra, który nadal nie nastąpił, to jak moje przyzwolenie na to, co się ma wydarzyć niedługo. Nie chcę, nie chcę go puszczać TAM, w ten gąszcz obcych ludzi, w tę nową przestrzeń, w te obowiązki, zalecenia i zakazy... Chcę, by był dalej moim chłopczykiem, którego mogę w każdej chwili przytulić, wrażliwym, cudownym chłopcem, roztrzepanym, beztroskim, który potrzebuje mnie na każdym kroku. I wiem, że nie mogę go zatrzymać, że to, co się wydarzy, jest dobre i potrzebne, i niedługo się do tego przyzwyczaję - a jednak ryczeć mi się chce, a właściwie to właśnie teraz ryczę.
     Cóż. Serce matki. Kto tego nie przeżył, nie zrozumie, jak trudne są wszystkie zmiany. I nic na to nie możemy poradzić, że czas pędzi, że dzieci rosną, że wakacje kiedyś się kończą... i to jest takie smutne, takie przykre..!!! Tysiące zdjęć, filmów, zachowane głęboko w sercu wspomnienia cudnych wspólnych chwil - na co to, w takiej chwili jak ta potrzebuję tylko fizycznego doświadczenia tego, co mam, muszę dotknąć, wziąć głęboki wdech i poczuć wodę, las, zapach malin i grzybów... i ten zapach głowy dziecka - rozgrzanej w słońcu, owianej wiatrem.
A jestem chwilowo w Piotrkowie, u Dawida babci, i jeszcze cały dzień muszę na to poczekać. Te cenne chwile, ostatnie dni sierpnia, ostatnie dni przed szkołą Filipka - spędzam z dala od nich, już czwarty dzień. Praca, targi, wesele przyjaciela D. tak się złożyło pechowo, że w sierpniu. Załamka :(

     I tak, zupełnie przypadkiem, post wyszedł mi smutny. A miałam Wam pokazać, jak fajnie spędzaliśmy sobie czas razem, na wakacjach na Kaszubach. bo zdjęć mam masę :) Nie leniliśmy się, pływaliśmy na sprzęcie wodnym - rowerze i kanadyjce, z dziećmi w kapokach, byliśmy w naszym ulubionym skansenie ziemi kaszubskiej, oraz w ogrodzie botanicznym. Chodziliśmy na spacery do lasu, na grzyby (których bardzo mało w tym roku), na jagody i na maliny. I byliśmy razem. Mam nadzieję, że wakacje te zostaną nam na długo w pamięci, bo były cudowne, absolutnie cudowne.

Na początek - atrakcje nadwodne :D

Filip i Maks w szale wędkowania... połowy zerowe, ale radość ogromna :D I łabędzie gratis. 


Tylko Felek był zadowolony z połowu :D




Pływak mały:




A co robi mama, gdy chłopaki w wodzie? Czyta książkę na brzegu :))


A tu już na rowerze wodnym :)



Dopłynęliśmy do wyspy na jeziorze:


I szaleństwo :D


:)

A co to?? 



Filip :D On jest małym przyrodnikiem, całe dnie spędza na szukaniu nowych robaków, ślimaków, , jeszczurek, itp, itd, pająki nosi jak domowe zwierzątka... zgroza dla mnie czasem totalna :D A tu tropi ryby - właściwie nic innego nad jeziorem nie robi, tylko nurkuje w poszukiwaniu nowych roślin i żyjątek :)


Zamyślony Maksio w drodze powrotnej:



Krótki spacer po lesie i ulubione maliny:


"Simak, simak! Bes kojupki!"


Dla mamy :)



I kolejna wycieczka - tym razem kanadyjka. W jedną stronę z chłopakami, przystanek wyspa i powrotna droga pozmienialiśmy składy trochę :)





Zdobycz nowa:



Maksio i Amelka :)


Wspólne wiosłowanie :D



Tak szaleliśmy, że aż wpadłam do wody w ubraniu!!! A potem to już można było szaleć jeszcze bardziej :D


A Filip miał z tego radochę :D


A tu nasza ekipa wakacyjna - dzieci Dawida siostry, czyli Amelka i Nadia, oraz moi chłopcy :)


Maksio i Nadia, zgrana ekipa młodszych przeciw starszym :)


I kolejna zdobycz :D Filip nie próżnuje!


To potwory!? Czy dzieci!?



Pojechaliśmy także na zawody jeździeckie we Wdzydzach :) Świetna impreza, pierwszy raz byłam na takiej.


Zwyciężczyni :)


I musiałam to wstawić, choć zdjęcie nieostre - po prostu klasyk!!! Z tego pana :D Jeszcze tylko kapelusików jak z Ascot brakowało damom :D


A tu już sam wdzydzki skansen. Zdjęć nie wstawiam dużo, bo już tu jest ich masa, jest to cudowne miejsce, powołane do życia dzięki państwu Gulgowskim, którzy dzisiaj spoczywają na terenie tego swojego miejsca na ziemi. Wiele chat z regionu kaszubskiego i nie tylko, ożywione, wystawione na widok i zachwyt publiczny, atmosfera niesamowita...


Dzieci w szkole z początków XXwieku. Próba pisania piórem :)



I jazda na koniku :D




Piękne, oryginalne wnętrza:



I stylóweczka :D W mamy okularach:


Próba chodzenia na szczudłach :D W końcu się powiodła :


Felek też dał radę :D


Mama i ręczne robótki ;) Jak zwykle:


A tu już ogród botaniczny w Gołubiu:

Dzieci odbite w stawie.. kurczę, takie fajne mogło być to zdjęcie, a się prześwietliło :/



Na pagórku:


Zaczarowany ogród:



Dziw nad dziwy...


Felek miał cokolwiek niezadowoloną minę ;) Ale ja nie zauważyłam wówczas ;)


I tyle na razie :D Fot i tak za dużo, wiem, za rzadko posty wrzucam, nie na bieżąco i tak to się kończy. Ale wakacje są, mi ich żal bardzo i nie mogę spędzać przy kompie tyle czasu, ile być może powinnam. Są rzeczy ważne i ważniejsze :) Prawda? 
I jak możecie, to sprawcie, by ten tydzień, który nastąpi, nie zleciał mi tak szybko jak poprzednie. Chcę zatrzymać czas. MUSZĘ. A że przyjedzie Marta z rodzinką do nas, na Kaszuby, to na pewno będzie wesoło :D Doczekać się jutra nie mogę! 

~PaT