wtorek, 29 października 2013

Projekt: wyprawka! Dla Małej Księżniczki, więc wysokie progi...


     Daaawno nic nie publikowałam. Laptop był w naprawie ponad tydzień, w zastępstwie korzystałam z mocno wysłużonego, służbowego notebooka kolegi. Oczywiście, na bezrybiu i rak ryba, więc dobrze, że przynajmniej z Wami miałam kontakt ;) Bo chyba uschłabym całkiem. Na wiór.
Natomiast notebook absolutnie nie nadawał się do edytowania zdjęć, jakikolwiek program do edycji fot zawieszał go, wyobrażacie sobie, ile trwało zgrywanie każdej 5mb  fotki z aparatu...? Dramat. Dlatego odpuściłam i teraz przez kilka dni będę was zalewała zaległościami szyciowymi - bo każdy uszytek ma, oczywiście, swoją sesję :D

Do rzeczy. W wakacje dostałam cudowne zlecenie. Aż mnie ciarki przeszły - bo to taka nobilitacja dla mnie, która do sierpnia uszyła raptem kilka sztuk kocyków! - bo miałam uszyć CAŁĄ WYPRAWKĘ. CAŁĄ. Pościel, kołderka minky, kocyk letni, dwie podusie, ba - nawet organizer na przybory, ochraniacz na łóżeczko, bambam, metka, AAA! I becik!!!! To wszystko dla maleńkiej królewny, która miała urodzić się na początku listopada :)) Jej mama wybrała przecudne tkaniny Bardzo Wyszukane, bardzo drogie ;) więc stresowałam się STRASZNIE. Że zepsuję, że źle wyliczę ilość tkaniny, że ogólnie nie podołam. Na szycie umówiłyśmy się na wrzesień - październik, na spokojnie. Mama Kasia na szczęście była - a raczej JEST - cudownie cierpliwą i wyrozumiałą osobą, najwyraźniej nie ogarnięta, tak jak ja bywałam, szałem wicia gniazda... bo ja to już we wrześniu cisnęłabym osobę, która miała mi szyć te cuda. A ja na spokojnie, co kilka dni wypieszczałam kolejne COŚ z tej wyprawki, pokazywałam Kasi, i szłyśmy razem, wolno, do celu. Delektowałam się tym szyciem różowo-szarych cudów ponad miesiąc. Dobra.. nie będę ukrywać.. spełniłam swoje najskrytsze marzenia. Dokładnie tak wyglądałby pokój małej mojej księżniczki, gdybym tylko kiedyś taką miała... :) Nie piszcie, proszę, że kiedyś będę - ja naprawdę chcę czwarte dziecko, ale WIEM, że to będzie syn. Mój mąż ma zdecydowanie same Ygreki ;)

Ok, już kończę swój wywód. EFEKT PRZESZEDŁ MOJE NAJŚMIELSZE OCZEKIWANIA. Czekałam z publikacją moich uszytków nie tylko na laptopa, ale na fotki tych uszytków już na miejscu, czyli w pokoiku Królewny. Kasia obiecała zrobić prawdziwą sesję, ale muszę przyznać, że NIE SPODZIEWAŁAM SIĘ takich fot. Takiego efektu. TAKIEGO POKOIKU... ze snów dosłownie. Kocham go i najchętniej bym się tam wprowadziła, mogłabym z tym kotem w koszyku spać ;) I DUMNA JESTEM TAK BARDZO, że chyba pęknę, i aż z tej dumy mam łzy w oczach, motyle w brzuchu i w ogóle... ACH! Totalna, TOTALNA satysfakcja!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Jakbym miała powiedzieć, czemu piszę tego bloga, i czemu szyję - to właśnie dla takich cudownych chwil spełnienia, jak TA. Dzięki, Kasia, za zaufanie, za cierpliwość, a najbardziej za cudowny pomysł i przecudne zdjęcia. :***

Koniec gadania, obejrzyjcie sami. :D



Ochraniacz na łóżeczko, 50x70x50cm szer 45cm :)


 I bambamek :)


Letni kocyk i kołderka z minky


Becik


Ha - nawet kokardki do dekoracji :D


Pościel


Z kokardką :)


A tu już w pokoiku...

Organizer:



Pościel na swoim miejscu :)


Kołderka minky z przepikowanym sercem :)





Cóż mogę powiedzieć więcej - trzymam za Kasię kciuki, by malutka urodziła się cała i zdrowa :))) I już się nie mogę doczekać fotek z maleńką w tych wszystkich różowych cudach :D

Miłego wieczorka!

~PaT

poniedziałek, 28 października 2013

Potwory i spółka

Ostatnie dni mnie nie oszczędzały. Wypadek motocyklowy męża pociągnął szereg konsekwencji, na szczęście wszystko wraca do normalności.
W. czuje się coraz lepiej, za to ja z tego stresu się pochorowałam. Przeziębienie z każdą chwilą się nasila, ale dam sobie radę ;) Piszę tu do Was, więc jeszcze nie jest tak źle ;) Pomimo tylu przeciwności zawiozłam dzieci na bal halloweenowy. Sama nigdy nie celebrowałam tego typu okazji, chyba nawet nigdy nie byłam na balu przebierańców (może w podstawówce, ale nie pamiętam). Dlatego z siostrą cioteczną już teraz postanowiłyśmy dzieciom wyprawić zabawę z prawdziwego zdarzenia. Aż trudno w to uwierzyć, że takie szkraby (Kuba 21 miesięcy, Leyla 13 miesięcy, Maks 4 miesiące) wczuły się w klimat zabawy ;) Najpierw rzeźbienie w dyni, potem przebieranki. Wprawdzie Kuba miał szereg obiekcji w kwestii stroju, jednak w końcu dał się "ugłaskać". Już się nie mogę doczekać, co będzie za rok ;) Miałam nadzieję sama uszyć dzieciakom stroje, ale oczywiście nie wyrobiłam się. Łudzę się, że za rok będzie inaczej ;))
A co w uszytkowym świecie? Muszę mocno przyspieszyć produkcję, bo nie dość, że sporo zamówień czeka w kolejce, to jeszcze już w tę niedzielę otwarcie show roomu Crazy J&Z. Spora partia naszych produktów czeka na dokończenie i wysłanie do Poznania. Dzieje się ;-) Bardzo nas to cieszy.
Do usłyszenia:)
m.













czwartek, 24 października 2013

Zapięte na ostatni guzik

Patrząc za okno, przecieram oczy ze zdziwienia. Pogoda absolutnie nie zamierza się poddać pukającemu do drzwi listopadowi. I dobrze, 20 stopni na termometrze miejskim tchnęło we mnie nowe życie. Nie pamiętam, żebym o tej porze roku chodziła w samej bluzie i w balerinach na gołe stopy. Bosko! Postanowiłam, że wyjątkowe warunki atmosferyczne wymagają specjalnej oprawy. A że czasu niewiele (wiem, wiem, w każdym poście o tym biadolę), to musiało być coś ekspresowego. Czarny jersey, leżący od kilku dni na stole w salonie, nie mógł dłużej czekać. Skroiłam i uszyłam sobie z niego czapkę. Doszłam do wniosku, że w zasadzie czarna czapka to tak trochę zwyczajnie, bez polotu. No i gdzie minky? Ostatnio ustaliłyśmy z Patrycją, że wszystko, co szyjemy, powinno mieć choć mikro kawałek minky. Eureka! Z pomocą przyszedł mi starter do obciągania guzików. Zakupiony dawno dawno temu, leżał i się kurzył. Jego chwila wreszcie nastała. Wzięłam więc mój ukochany kolor minky (blush) i do dzieła. Oczywiście miałam problem z instrukcją. Nienawidzę ich czytać, wolę zawsze wszystko sama, metodą prób i błędów.  Tu poszło błyskawicznie. Niecała minuta i po sprawie. Guzik gotowy ;) Czapa też ;)
I jak? ;-) Mi było w niej baaaaardzo wygodnie. Zadowolona jestem.  W przyszłości tylko guzik trochę wyżej przesunę. I będzie perfekcyjnie.
Jeszcze może słówko, co u nas. Dzieje się. Coraz więcej możliwości, sporo nowych propozycji. Jeszcze nie zdradzę tajemnicy, ale jeśli otwarte projekty wypalą, będzie nas dużo dużo więcej. I to nie tylko w sieci ;) Trzeba jeszcze tylko zapiąć wszystko na ostatni guzik ;)







Chwila relaksu trwała jakąś minutę. Dzidziole śpią, można się napić kawy.


Minuta później: 





niedziela, 20 października 2013

Co wydarzyło się 20 października 2012...?


Dzisiaj post trochę inny :) Zdecydowanie retrospektywny, ale po prostu muszę, bo zebrało mi się na wspomnienia :)

     20 października 2012 wydarzyło się w naszym życiu coś wspaniałego... wzięliśmy ślub. Ja i Dawid. Dzisiaj mija rok od tej cudownej chwili :) Z okazji naszej rocznicy dziadkowie wzięli wczoraj chłopców do siebie, mieliśmy czas na randkę :D I pierwszy raz od niepamiętnych czasów spałam do 11 - i mam czas wspominać sobie z wami tamten dzień...

Z Dawidem znamy się już prawie 14 lat. Nie zakochaliśmy się w sobie od razu, ale od razu staliśmy się przyjaciółmi. Wspólne wyjazdy, imprezy, wagary (częste :D) zbliżały nas do siebie, aż nagle, po 3 latach, uznaliśmy, że nie możemy bez siebie żyć. To było podczas wspólnego objazdu Francji i Hiszpanii na stopa. Podróżowaliśmy przez miesiąc z dwójką innych przyjaciół (Aśka, Haz - buźka!), przeżyliśmy niejedno, sprawdziliśmy się w różnych sytuacjach. Od 2002 staliśmy się nierozłączni. W 2004 pojechaliśmy na rok do Francji, tam studiowaliśmy i mieszkaliśmy razem.

Straszne te zdjęcia :DDD Ale wracam dzięki nim do cudownych czasów :D

Urządzamy nasze pierwsze francuskie mieszkanie :) Szmata, ściera i nie zabrakło kiszonych ogórków - od mamy D :D


Nad oceanem :)


Palavas :)



Wróciliśmy po roku studiów i od razu szukaliśmy mieszkania dla siebie tutaj. Zamieszkaliśmy razem, po niedługim czasie zaszłam w totalnie planowaną i wystaraną ciążę. Ja miałam 23 lata, Dawid 22. Byliśmy bardzo młodzi i bardzo szczęśliwi. Nie chciałam ślubu, nie chciałam iść do ołtarza z wielkim brzuchem... Z musu niejako zdecydowaliśmy się wziąć ślub cywilny, tak, żeby byl porządek w papierach, bo dziecko.
Jestem wierząca, ale nie praktykujemy. Bardzo wygodna postawa, powiedzą jedni, nie chcę w to wchodzić - ja bardzo mocno przeżywam moją wiarę, ale nie identyfikuję się z Kościołem. Staram się żyć w zgodzie z Dekalogiem i z własnym sumieniem. Dlatego ciągle brakowało mi ślubu kościelnego, dla mnie to było po prostu jak ostateczne zjednoczenie się z Dawidem, niepodzielne, na zawsze. Brakowało mi tego przez wszystkie lata, kiedy Filipek rósł, kiedy pojawił się na świecie Maksio, a wreszcie - Felek. Byliśmy dużą rodzinką, mieliśmy już pracę, mieszkanie, ale jedna sprawa ciągle była niezałatwiona. Ślub. Dawidowi wcale nie zależało na nim, ale mi BARDZO. Po prostu czułam, że ciągle czegoś brakuje, coś nade mną wisi, nieskończonego.
Planowaliśmy chrzest Felka i Bruna jednocześnie - Bruno to synek mojej siostry. Mamy dużą rodzinę (70os najbliższej rodziny), także podział kosztów na dwie rodziny był bardzo rozsądny. Planowaliśmy urodzystość na październik. I nagle coś mnie naszło... by wziąć ślub, tak przy okazji chrzcin chłopców - bez pompy, bez wesela, skromna i rodzinna uroczystość :) Siostra byla zachwycona, rodzice też, Dawid nie protestował, więc pozostała tylko realizacja. Uparłam się, by nie było wesela, po prostu rodzinny obiad, kolacja, 3 pieczenie przy jednym ogniu :D Cudownym trafem w oblężonym zwykle kościele 20 października było "wolne", tak samo w wybranej przez nas sali - para zrezygnowała z organizacji ślubu tego dnia.
Potem się okazało, że moja bardzo bliska koleżanka będzie mogła nam robić zdjęcia (jest fotografem), a inna koleżanka ze szkoły filmowej - nakręci nam krótki film ze ślubu - to było jak gwiazdka z nieba :)
Nawet historia z sukienką - marzyłam o białej, jak każda, ale nie chciałam wydawać dużo pieniędzy, bo wg mnie kupowanie sukienki za 4000 na raz jest bez sensu, szczególnie, że mamy ważniejsze wydatki i sporą rodzinę. Jednocześnie mój gust jest wysublimowany :D więc nie bylo to bez znaczenia, co na siebie włożę! Objeździwszy wszystkie salony nie byłam usatysfakcjonowana, musiałam - z racji krótkiego terminu - wybrać sukienkę już gotową, więc wybór był mały, a koszta i tak za duże. Trafiłam jednak na czas, gdy zamykał się jeden salon - i wyprzedawał asortyment!!! PRzeceny 80% - i za bezcen kupiłam sukienkę znanej, włoskiej marki, z prawdziwej koronki!!! SZOK! Jak ją zobaczyłam - a raczej siebie w niej - to się autentycznie na łzy popłakałam.. to była ONA. Nie jest biała, raczej srebrzysty beż.
Wszystko się idealnie składało i czułam, że to dlatego, że to była moja słuszna decyzja, by wziąć ślub :)

Nadszedł ten dzień -zdecydowanie najbardziej wzruszający dzień w moim życiu. Nigdy się tyle nie napłakałam! Łzom wzruszenia nia było końca, ryczałam oczywiście już w samochodzie, jadąc do Kościoła.. przypominały mi się wszystkie cudowne, wspólne chwile - a było ich mnóstwo... nasze pierwsze wspólne dni, pełne miłości, potem narodziny dzieci... wspólnie pokonywane różne przeszkody... słowem, rozpłakałam sobie makijaż ;)

Msza święta była zupełnie inna, niż się spodziewałam, zero pompy, ksiądz mówił wesołe kazanie inspirowane filmem "Ojciec chrzestny" :D Śmiali się wszyscy :)) Było wesoło też dzięki moim dzieciom - uparli się stać razem z nami przed ołtarzem :D Nie mogłam nawet się wzruszyć, bo ciągle pilnowałam, by byli cicho, grzeczni i nie robili zawieruchy ;) Natomiast gdy zaczął śpiewać na żywo brat mojej przyjaciółki kochanej, również Marty (mam szczęście do tego imienia ;) ) - Jacek Chwastniewski z młodego zespołu Koonst (mają przepiękne teksty), to znowu płakałam jak bóbr ;)

A potem już tradycyjnie, uroczysty obiad, kolacja, a na sam koniec - impreza w Sopocie :D Nie planowaliśmy tego, wynajęliśmy sobie na weekend apartament w takim malutkim hoteliku, bardzo klimatycznym, w Sopocie, i po całej uroczystości pojechaliśmy tam - z przyjaciółmi, którzy nie mogli odpuścić wesela :D Uparli się, że jedziemy na imprezę.. no i pojechaliśmy :D Ale to już zostawię bez komentarza :D

Zamiast więcej gadać, obejrzycie, proszę, film. Jest przepiękny. Muszę po raz setny podziękować Marcie Grabickiej  - robi przecudowne filmy i już jest wielka. A co będzie kiedyś...



I poniżej parę zdjęć z kilkuset prześlicznych :) autorstwa Julia Malinowska!!!





I chrzest :)


Nieodłączna asysta..



 Yes, yes, yes :D


Dużo, dużo dzieci...




Z przyjaciółmi - widzicie, kto stoi po lewej? :D A dla Marty 20 października to też wielki dzień... tego dnia dowiedziała się, że jest w ciąży z Maksiem :D


Mama i Mały Książę...


Moja kochana Marta i nasz wierny przyjaciel od lat stu - Piotr Hazubski, czyli wujek Haz :D



Z rodzicami :)



Jak kadr z "Przeminęło z wiatrem"...  :D



Mój ci on!

A tu Brunio - i dwie siostry :D




Chłopaki :)




 Jedno z moich ulubionych zdjęć.. królowa czy nie, mama przede wszystkim i zawsze :)


Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam :D Ot, takie wspomnienia prywatnej historii jednej bogini z duetu... :) Idę do męża, sobie popłakać ze wzruszenia znów ;)