czwartek, 28 lutego 2013

Wiosna w Kazimierzu Dolnym


     No proszę. Dopiero miesiąc minął od mojego wyczekiwanego wyjazdu do Norymbergi, a tu, znienacka, zdarzył się kolejny. Targi pewnej zaprzyjaźnionej firmy, których nie mogliśmy opuścić, odbywały się wczoraj w Warszawie, a jutro - największe polskie targi branży dziecięcej "Matka i dziecko" będą odbywać się w Kielcach. Sami przyznacie, że nie byłoby większego sensu wracać do Trójmiasta, więc zdecydowaliśmy się - nie bez pomocy kochanej teściowej, która zaproponowała, że zaopiekuje się moją kochaną trójką - że zatrzymamy się nie byle gdzie... a w Kazimierzu Dolnym! Zawsze marzyłam, żeby tu przyjechać, tyle się nasłuchałam od bardziej mobilnych, bo niedzieciatych ;) znajomych, ale było mi to zawsze nie po drodze.
     Wczoraj, oczywiście, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wstąpić do warszawskiej Arkadii i zobaczyć na żywo wiosennych kolekcji jednych z moich ulubionych marek - American Eagle Outfitters, GAP i LTB - (w Arkadii jest jedyny sklep w Polsce, czego zupełnie nie rozumiem, bo mają gatunkowo rewelacyjne spodnie  i nie tylko!). Trafiłam na ostatnie dni wyprzedaży, więc zaopatrzyłam swoją szafę w nowe piękne dresy (tak, kocham dresy, szczególnie te piękne! Nie ma nic wygodniejszego do noszenia w domu) bluzę, buty i parę innych fajnych szmatek :D Co poradzę, że kocham zakupy? Niewiele rzeczy sprawia mi taką przyjemność! No, może poza wygrywaniem w konkursach :D Ale o tej mojej pasji kiedy indziej.
Wyjechaliśmy z Warszawy późnym wieczorem, dotarliśmy do Kazimierza w nocy i już wtedy byłam zachwycona. Mijaliśmy po drodze wiele miast i miasteczek, ale żadne nie było tak urzekające! Stare, brukowane ulice, urocze, odrestaurowane kamieniczki i pomiędzy nimi - rozpadające się ze starości domeczki, jak z innego czasu... Aż zdziwiona jestem, że taki skarb posiadamy; ja już dawno nie widziałam tak starego i względnie dużego miasteczka, w tak dobrym stanie! Przywodzi mi na myśl francuskie Carcassonne, gdzie wielokrotnie byłam, spacerowałam, smakowałam... po prostu kocham taki klimat i już wiem, że do Kazimierza będę wielokrotnie wracać. Ale co ja piszę, dopiero za chwilę wybieramy się na spacer, dopiero zdążyliśmy zjeść fantastyczne śniadanie w naszym pensjonacie (polecam - Pensjonat Agharta), załatwić sprawy firmowe i dopiero za chwilę wyruszamy w miasto. Coś czuję, że będzie dużo zdjęć, duuużo, dużo zdjęć! A na razie jedno, na zachętę! Wyskoczyłam na sekundkę, żeby móc Wam pokazać to, co zobaczyłam z okna...


Czy widzicie to co ja!??? Czyżby faktycznie do Kazimierza już zawitała wiosna??? Odpowiedź znajdziecie w kolejnym moim poście - jak tylko wrócę :)))

 Pozdrowienia z Kazimierza!


niedziela, 24 lutego 2013

Brand new. Moja własna. Spódnica! Vol. 2


 Jeszcze nie tak dawno temu okres ciąży wiązał się z totalnym wyłączeniem z tematu bycia modną. Nasze mamy doskonale pamiętają czasy, kiedy musiały zakładać przepastne, workowate sukienki i nieśmiertelne ogrodniczki. Na szczęście w tym temacie nastąpiła rewolucja. Obecnie kobiety w "stanie błogosławionym" mogą swobodnie korzystać z trendów. Dla mnie to niezwykle ważne, bo  mam wrażenie, że ostatnie dwa lata to okres permanentnej ciąży.
Gdy na zajęciach szycia padł temat SPÓDNICA, długo się zastanawiałam, jaki model wybrać. Bardzo istotne było dla mnie po pierwsze, żebym sobie poradziła z zadaniem, po drugie, żebym chciała nosić to, co uszyję. Pamiętając swoje zwyczaje z pierwszej ciąży, wiedziałam, że spódnica z jednej strony musi być obcisła, a jednocześnie nie ograniczająca ruchów. Niezbędny był także elastyczny pas na powiększający się brzuszek. Jednak, co najważniejsze, nie mogła sprawiać, że będę wyglądała na większą, niż w rzeczywistości!
Nie pozostawało mi nic innego, jak uszyć maxi spódnicę. Pomysł tym bardziej wydawał mi się trafiony, że w ubiegłe wakacje nabyłam podobną, nie ciążową, i wprost nie mogłam się od niej oderwać.
Jestem bardzo zadowolona, bo wiosną i latem założę spódnicę niejeden raz, a to mój pierwszy poważny projekt! W przyszłości na pewno zdecyduję się na akcent kolorystyczny, jednak zimowy krajobraz za oknem tym razem zdeterminował mój wybór.











Jak widać, nie tylko ja wpadłam na to, że podobna spódnica w trakcie ciąży będzie niezmiernie komfortowa ;-)



 A tu jeszcze "moda wysoka":




sobota, 23 lutego 2013

Brand new. Moja własna. Spódnica! vol.1


     O kursie szycia marzyłam od lat. Nie tylko dlatego, że staram się być kreatywna we wszystkim, co robię, ale z ubieraniem się problem miałam od dziecka! Nie pasowało mi nic, co było dostępne w sklepach (jeszcze w czasach, kiedy H&M i ZARA w Polsce nie istniały, chociaż do dziś mam z tym problem :P), dosłownie w każdej rzeczy "coś" bym zmieniła. Tu dodała zamek, tu skróciła, tu wydłużyła, tam zwężyła...  Poza tym, zawsze lubiłam wyglądać inaczej niż wszyscy, nienawidziłam, gdy ktoś z mojego otoczenia miał taką samą rzecz na sobie. W ciucholandach zatem spędzałam długie godziny, wyszukując unikatowe przedmioty. Tak właśnie, powolutku, moja miłość do ubrań, do mody, zmieniała się w prawdziwą pasję. Z czasem przestało mi wystarczać przerabianie ubrań, dodawanie dodatków do gotowych, tworzenie nowych stylizacji. MUSIAŁAM spróbować spełniać swoje ubraniowe zachcianki. I chociaż kurs nie jest tani, a ja mam troje dzieci i od wydawania sporych sum na własne przyjemności jestem jak najdalsza, to czułam, że szycie, kreatywne szycie, może być moją drogą, której od dawna poszukuję.
I tak oto kurs trwa już jakiś czas, coraz więcej szyję, coraz więcej "nowych" rzeczy, a ja uszyłam... spódnicę. Od dawna zapowiadałam jej sesję i oto jest! Moja pierwsza spódnica, uszyta według własnego projektu :))) I choć wiem, że "neony" powoli odchodzą w siną dal, to ja za nimi przepadam - szczególnie w taką zimę, szarą, burą i ponurą, gdy każdy kolor cieszy oko i przypomina o wakacjach nad ciepłym morzem! Uważam, że neonowe akcenty są absolutnie rewelacyjne, szczególnie w połączeniu z szarością, czernią, granatem.
















I jak Wam się podoba? Przyznam, że jestem perfekcjonistką i znalazłabym w niej parę detali, które bym zmieniła, ale ogólny efekt jest satysfakcjonujący :)) Szczególnie, że to mój pierwszy projekt, wykonany od początku do końca własnoręcznie! Powiedzcie, co o tym myślicie? Słusznie zdecydowałam się na kurs?

A już jutro obejrzycie spódnicę Marty :)



~PaT

piątek, 22 lutego 2013

Kolejny urwis w drodze!



Nie wiem, czy wiecie, ale uważamy z Patrycją, że padł na nas, nazwijmy to, urodzaj na chłopców.  Najpierw Patrycja urodziła trzech synów. Moja pierwsza ciąża była więc nadzieją na upragnioną dziewczynkę. Nic z tego! Poza tym w zasadzie każda kolejna ciąża w naszym najbliższym kręgu kończy się przyjściem na świat kolejnego urwisa. Dziewczynek brak ;-) Śmiejemy się, że jak tak dalej będzie, stworzymy prywatną drużynę piłkarską.
Jako że nadeszła już połowa ciąży i lekarz bez problemu mógł określić płeć malucha, potwierdziły się nasze przypuszczenia. Do drużyny dołączy oczywiście chłopiec. Statystyka wygląda na razie dość imponująco: dwie mamy i pięciu synów ;) Dodam, że próbowałam zaklinać rzeczywistość i kupiłam nawet różowy kocyk, ale jak widać, nie zadziałał. Jedno jest pewne: Kuba z bratem młodszym o jedyne 17 miesięcy na pewno świetnie się dogada.


Wpadłyśmy ostatnio na całkiem oryginalny sposób "podesłania" młodszego brata. Na pewno wykorzystamy go w lipcu!


No cóż, na dziewczynkę przyjdzie nam jeszcze poczekać. Ale głęboko wierzę, że w końcu zasili to męskie towarzystwo ;-)
A co nowego na boginiowym blogu? Ostatni tydzień minął nam pod znakiem jaśków szytych na akcję: http://uszyjjasia.blogspot.com/ 
Patrycja informowała już o naszych działaniach ostatnio: http://www.boginieprzymaszynie.blogspot.com/2013/02/nie-badz-gupim-jasiem-uszyj-z-nami.html

Kolejna partia poduszeczek czeka na wysłanie!




Poza tym nie możemy się nie pochwalić! Boginiowe porady "Zrób to sam" trafiły do Poradnika domowego! Kolejne wpisy będą pojawiały się co tydzień. Jako że ramki okazały się szalenie popularne, postanowiłyśmy je wykorzystać za pierwszym razem. A tutaj link do materiału: http://poradnikdomowy.pl/poradnikdomowy/1,116283,13438123,Zrob_to_sama__Ramki_na_kazda_okazje.html 
Może jest jakaś rzecz, której instrukcję chcielibyście zobaczyć? Oczywiście mamy mnóstwo pomysłów na cykl, ale chętnie wyjdziemy naprzeciw Waszym potrzebom!


Tyle od nas na dziś. W przyszłym tygodniu ruszamy z kolejnymi projektami, będziemy szyły spodnie i pokażemy wykończone w końcu spódnice ;-) Do usłyszenia!

wtorek, 19 lutego 2013

Nie bądź głupim jasiem! Uszyj z nami Wesołe Jaśki!


     Wiem, wiem, wiem. Już o tym było i na blogu, i na facebooku. Ale powiem Wam - i co z tego? O pomaganiu trzeba mówić dużo, dużo, bo ciągle dużo i jeszcze więcej (niestety) jest do zrobienia!
Akcja "Uszyj jasia!" jest jednakowoż tak prosta, że nie ma zbyt wiele do opowiadania. Są chorujące dzieci, jest szpitalna szara rzeczywistość i cięcia kosztów, smutek i łzy. Słówko "jaś" na oddziałach dziecięcych (i nie tylko) absolutnie nie kojarzy się miło. Zabieg, operacja, utrata świadomości... to okrutne, że znają to słówko już małe dzieciaki... Czy możemy zrobić coś, COKOLWIEK, by choć odrobinę poprawić humorek maluchom?
     Owszem! Możemy uszyć kolorowe poszewki na podusie, na których chore maluszki będą śnić o tym, co zrobią, gdy tylko opuszczą szpital. Które dzieci będą mogły tulić do siebie wtedy, gdy będą tego potrzebować, a także uderzać zezłoszczoną piąstką w chwili słabości... choć z opowiadań innych, na szczęście, wiem, że mali pacjenci są bardzo dzielni. Bardziej, niż dorośli. Ale dzieci potrzebują też kolorów, fantazji, pola do wyobraźni, by uciec z dala od tej szpitalnej rzeczywistości, stamtąd czerpać energię, siłę, niezbędną do powrotu do zdrowia! Dlatego szyjemy kolorowe Wesołe Jaśki, by słowo "jaś" ocieplić. By kojarzyło się nie tylko z wenflonem i strzykawką, ale z ukochaną, miłą podusią, która będzie pocieszała maluchy zawsze wtedy, gdy dzieci będą tego pocieszenia potrzebować.
     Na stronie http://www.uszyjjasia.blogspot.com/ przekonacie się, jak wiele osób włączyło się już w tą akcję. Ile jest fantastycznych ludzi, którzy chcą trochę pokolorować ten smutny, szpitalny świat. Ale ciągle jest za mało. Niemal każdy szpital w Polsce potrzebuje takich poduszek. POMÓŻ I TY!

My uszyłyśmy na razie 6 poduszek 40x50cm i 4 poduszki 40x40cm, ale nadal szyjemy. Pierwsza "porcja" czeka na wysyłkę do organizatorek :) Pozdrawiamy!!!






PS Z naszego tutoriala dowiesz się, jak uszyć jaśka, nawet, jeśli nie wiesz, jak się do tego zabrać. Dasz radę!  Kliknij w link, by go zobaczyć. 

niedziela, 17 lutego 2013

Muffinka z bitą śmietaną i truskawkami

Ktoś by mógł pomyśleć, że to przecież zwykły kocyk, a jednak... Tyle przy nim pracy! Począwszy od wyboru materiału, a skończywszy na ostatecznym kształcie i kolorze "metek". Ale zacznijmy od początku.
Wybierając się na kurs szycia, wiedziałam, że kocyki będą jedną z tych rzeczy, które będę próbowała zrobić sama, w różnych konfiguracjach. Kocham koce: jeśli tylko spędzam wieczór w domu, są jego nieodzowną częścią.  Nic więc dziwnego, że moje dziecko ma już całkiem pokaźną kolekcję kocyków. Pękam więc z dumy, że mogę sama tworzyć elementy wystroju, które sprawiają mi tyle przyjemności.
Wracając do bohatera tego postu: gdy wybierałam się do sklepu po materiał, kocyk miał wyglądać zupełnie inaczej, a przede wszystkim miał być okryciem dla chłopca. Oczywiście, jak to bywa w sklepach z tkaninami, nie mogłam wybrać sobie tego co chciałam, tylko spośród tego, co oferuje dany punkt. A dodam jeszcze, że oferta nie jest zachwycająca. Więc jedyną rzeczą, która zgadza się z pierwotnym projektem, jest jego dwuwarstwowość i metki. Reszta to już czysta improwizacja. Cieszę się, że udało mi się dostać naturalne tkaniny, co często też graniczy z cudem. Niestety, w większości przypadków na półkach sklepowych rządzi poliester, a przynajmniej wkrada się sprytnie jako domieszka do tkaniny, która bez tego towarzystwa mogłaby być całkiem przyzwoita. Tak więc zdecydowałam się na bawełnianą flanelę, która nie dość, że się nie mechaci, to jeszcze jest przyjemna i miła w dotyku i, co najważniejsze, ogrzewa. Jako spodnią warstwę wybrałam materiał pierwotnie przeznaczony na szlafroki, ale jako że był bawełniany i niezbyt gruby, postanowiłam spróbować go połączyć z flanelą. Dodam jeszcze, że chciałam uszyć kocyk letni (w lipcu spodziewam się narodzin drugiego dziecka) i koniecznie z metkami! Niestety, tak jak mówiłam, musiałam zmierzyć się z ofertą sklepu i zdecydować na wzory, w mojej ocenie, bardziej dziewczęce.

Mimo tych niedogodności jestem ogromnie zadowolona z końcowego efektu. Kocyk jest ciepły, miły w dotyku i, co najważniejsze, przewiewny. A do tego, kojarzy mi się z wielką muffinką z bitą śmietaną i truskawkami! Po prostu idealny na prezent dla małej księżniczki ;)

Wkrótce obiecuję także wersję chłopięcą ;-)

PS. Osoby zainteresowane muffinką proszę o zgłaszanie się na boginieprzymaszynie@gmail.com









Ktoś też odziedziczył pasję do chowania się pod kocem ;-)

piątek, 15 lutego 2013

poWalentynkowe cudeńka, czyli dlaczego uwielbiam Walentynki


     Post miał być walentynkowy, ale cóż.. nie wyrobiłam się. Ale powód był dobry - miałam bardzo, bardzo fajne plany :) Kolacja przy świecach, spacer w blasku księżyca, kino... Nie mogę zrozumieć, jak ktoś może nie lubić Walentynek. Kicz kiczem, komercja - komercją, ale to nie znaczy, że idea Walentynek jest zła. Po pierwsze, to kolejny (oczywiście, nie jedyny) dzień w roku, kiedy możemy komuś powiedzieć bez skrępowania dwa magiczne słowa. Po drugie, przygotowujemy się, myślimy, czym sprawić drugiej osobie przyjemność - a to już połowa radości i dla nas, i dla tej drugiej osóbki, która wie, że o niej pamiętam. Po trzecie, najważniejsze - mam wyjątkową okazję (przy trójce dzieci to nie jest łatwe zadanie logistyczne) spędzić czas z moim mężem w sposób odświętny. Ulubiona restauracja, wspólnie wybrany film, spacer, wszelkie inne przyjemności  - to coś, dlaczego UWIELBIAM wszystkie tego rodzaju święta, rocznice :)
     A teraz o prezentach. Nie o nie chodzi, każdy to wie. A jednak zwykle darujemy jakiś romantyczny drobiazg kochanej osobie. Z czego wybrać, skoro w okolicach Walentynek sklepy zalewane są przez tysiące podobnych do siebie, oklepanych wzorów? Trzeba szukać! Nie wszystkie walentynkowe upominki są kiczowate. Można znaleźć wiele uroczych, ślicznych rzeczy, dosłownie wszędzie, i naprawdę niedrogo. Wystarczy się postarać. Ja na przykład z reguły nie kupuję niczego gotowego - w tym roku jednak złamałam tę regułę i kupiłam te śmieszne jabłka z napisami "Kocham cię!". Ale nie tylko, oczywiście. Postanowiłam wykorzystać zdobyte na kursie umiejętności i porwałam się na uszycie cudeniek. I wyszły! Zaraz się pochwalę :))
     I właśnie, chyba najważniejsze. Ja świętuję Walentynki nie tylko z mężem! To Święto Miłości, więc pamiętam o wszystkich, których kocham. O dzieciach, o rodzicach, o siostrze i innych.. Wystarczy drobny gest, by sprawić komuś przyjemność, a o to chodzi w tym święcie. Żeby dać coś od siebie.

W tym roku najbliższym zrobiłam takie niespodzianki :) Wszystkich nie pokażę, ale tymi wprost muszę się pochwalić :)



Uszyłam poduszki, osiągając mój pierwszy szczyt. Zawsze marzyłam o takich, chciałam kupować, a udało mi się to samej stworzyć. Moja satysfakcja i duma sięga zenitu! I czuję, jak rozpościerają się skrzydła..

A w zamian za wysiłek (niemały, bo ręce nie do końca "wprawne"), dostałam od najkochańszych moich dużo wyrazów miłości... Chyba najbardziej wzruszający od chrześniaczki mojego męża : "CIOĆU, KOCHAM CIĘ!", i słodki muffinek zrobiony - ponoć - rączką mojego synka (w zdobienie nie wierzę ;) ).
Czuję się bardzo kochana i bardzo szczęśliwa. I dla tych chwil warto, absolutnie WARTO, a nawet TRZEBA obchodzić takie święta jak Walentynki!!!



Jak to powiedziano dawno temu... idźcie i kochajcie się!


 PS Takie poduszki można zamawiać. Zaręczam, mają proste ściegi i są wykonane naprawdę profesjonalnie :) Koszt takiej jak na zdjęciach, z wypełnieniem, 40x40cm - 30zł. Inne wymiary, wzory, kolory, tkaniny - do uzgodnienia :) Zainteresowani - zgłaszajcie się na facebooku, albo na mail: aenye@tlen.pl 

~PaT

środa, 13 lutego 2013

Walentynkowe co nieco

Nigdy szczególnie nie przywiązywałam się do tego rodzaju świąt. Wprawdzie Walentynki to całkiem miła uroczystość, okazja do celebrowania na co dzień zaniedbywanych więzi, ale zupełnie nie rozumiem, czemu nie możemy świętować po słowiańsku. Niewiele osób wie, że 21 czerwca obchodzimy Noc Kupały, nasze własne święto miłości. Ile w nim magii i tajemniczości, zupełnie innych od zachodnich tradycji.
No cóż, nie wgłębiam się w temat, bo przyznaję, że ponownie uległam Walentynkowemu zawrotowi głowy i, mimo że w tym roku spędzę je samotnie, postanowiłam przygotować coś miłego dla męża. Jako że w noc poprzedzającą święto zakochanych udaje się w długą podróż, wymyśliłam, że musi być to coś, co będzie mógł zabrać ze sobą. Od początku idealnie nadawał się do tego kubek termalny: mały, poręczny, jak znalazł do samochodu. No tak, ale co to za filozofia kupić kubek i wręczyć go jako prezent. Musiałam więc wymyślić coś po swojemu. Postanowiłam, że uszyję Panu Kubkowi odświętne ubranko.
Ze skrawków materiału, który wykorzystałam na spódnicę został mi całkiem spory kawałek ściągacza na brzuch. Idealnie pasował na okrycie dla kubka. Wyrównałam więc brzegi, przyfastrygowałam, następnie zszyłam, rozprasowałam szwy i VOILA! Kubek z sieciówki wygląda całkiem oryginalnie. Jeszcze tylko doczepiłam serduszko na klamerce.
I jak Wam się podoba?









A tu już gotowe dzieło oczekuje na podróż ;-)

PS. Całkiem podoba mi się wizja tegorocznych Walentynek. Mam zamiar szybko położyć Kubę spać i nadrobić zaległości w szyciu, a potem oddać się przyjemności oglądania seriali. Jeszcze nie wiem, którą produkcję wybiorę, mam sporo zaległości w tym temacie. No i nie mogłabym zapomnieć o domowym SPA. Samotny wieczór to idealna okazja, by poświęcić się tylko sobie ;-)

~m

wtorek, 12 lutego 2013

DIY: Wesołe Jasie włączają się do akcji :D


     Kiedy kilka dni temu znalazłyśmy akcję "Uszyj jasia" (szczegóły na http://www.uszyjjasia.blogspot.com/), polegającą na szyciu jaśków do szpitalnych oddziałów dziecięcych i dla domów dziecka, wiedziałyśmy od razu, że musimy się w to włączyć. Może szycie spódnic jest dla nas nadal dużym wyzwaniem, tak jak kieszonki z wypustkami (choć mi się udało, udało, udało zrobić to samej w domu :D), to poszewki umiałyśmy szyć jeszcze przed kursem :)) 
Kupiłam materiał z dziecięcym wzorem i zabrałam się do roboty. Ale nie chodzi tylko o to, żebyśmy my je szyły - chcemy i Was, kochani, namówić. To naprawdę nic trudnego - wystarczy kawałek materiału, trochę czasu i co najważniejsze - dobre chęci. Już widzę te dziecięce buzie, które uśmiechają się na widok kolorowych poduszek. O to chodzi, prawda? Z uśmiechem łatwiej znieść każdy smutek. Mniejszy i większy. A tym dzieciaczkom potrzeba bardzo, bardzo dużo uśmiechu..

Poniżej przedstawiam krótki tutorial, jak uszyć takiego "wesołego jaśka" o rozmiarach 40x40cm. 
Potrzebne będą: 

- dwa kawałki materiału o rozmiarach: 43cm na 43cm (mniejszy - 3cm na szwy), oraz 43 x 53cm (większy o 10cm, które posłużą na zakładkę poszewki)
- maszyna do szycia, 
- szpilki, igły, nici :D

1. Przygotowujemy dwa kawałki materiału 



 2. Przykładamy do siebie dwa kawałki materiału, prawą stroną do prawej, w taki sposób, aby wzór na materiale układał się w tym samym kierunku (np do góry). Spinamy szpilkami, aby tkanina się nie przesuwała. Musimy obrębić te brzegi, które będą "na wierzchu" czyli: krótszy "górny" bok prostkątnego kawałka i "górny" bok kwadratowego kawałka. W tym celu zaprasowujemy najpierw 0,5cm zakładkę, a potem jeszcze raz ok 0,5cm i przeszywamy na maszynie ściegiem prostym.


2. Kiedy już obrębimy dwa boki, zaprasowujemy całość. 



3. Zaznaczamy sobie miejsca przeszycia - ok 1cm od brzegu materiału, odmierzając kwadrat o boku 40cm.




4. Kiedy już zaznaczymy sobie miejsca przeszycia, zabieramy się za zszywanie :) Zszywamy ze sobą trzy boki, zostawiamy zakładkę. Jak już złączymy ze sobą zasadniczą część naszej poszewki, doszywamy zakładkę. W tym celu najpierw przykładamy pozostałą część dłuższego kawałka materiału do zeszytej reszty, zaprasowujemy, spinamy szpilką wzdłuż miejsca przeszycia i dopiero wówczas zszywamy - całe to prasowanie służy do tego, aby zszyć wszystko idealnie równo.


5. Odcinamy nadmiar materiału i obrzucamy brzegi ściegiem zygzakowym :)



 6. Wywracamy na prawą stronę i voila :D Poszewka jest gotowa. Moja na tym zdjęciu wygląda niezbyt dobrze, a to dlatego, że miałam bardzo gruby wkład - przez to jest jakby niesymetryczna. Typowe jasie są dużo "chudsze" i mój Wesoły Jaś będzie się na nich lepiej prezentował, tak jak powinien - z jednej strony wesoło, a z drugiej całkiem porządnie :D



Prawda, że nic trudnego? Zatem do roboty, kochani! Ja też lecę, szyć Jaśkowi towarzystwo :) Dzieciaki czekają, a pamiętajcie - dzieci nie lubią czekać! :)))

Dobrej nocy, dobre duszki!