środa, 29 stycznia 2014

Mój american dream.. cz.3 - Nowy Jork


c.d. mojej wielkiej, hamerykańskiej podróży ;) czyli tym razem "Pat w wielkim mieście" ;)

cz. 1 tu: Mój american dream... cz.1 Miami, Floryda
cz. 2 tu: Mój american dream.. cz.2 - NASA, Universal Studios i Disneyland / Orlando



   

     Post miał się zacząć od następnego akapitu, ale muszę dopisać jeszcze jedno ważne dla mnie spostrzeżenie, które miałam będąc w parkach w USA. Inwalidzi. Chorzy, niepełnosprawni - dzieci, dorośli, którzy zostali przywiezieni tylko po to chociaż by zobaczyć radość swoich dzieci z wizyty w takim miejscu... U nas - nie uświadczysz ich na ulicach, bynajmniej nie dlatego, że ich nie ma, albo że nie warto wychodzić. To tak straszna myśl, że porażająca. Nie mają siły, by wyjść, nie mają pomocy, by wyjść, nie mają pieniędzy, by wyjść.. nawet do lepszego lekarza, po lepszy sprzęt do rehabilitacji, po lepszy los.. gdzie tu mówić o wydawaniu 100 i więcej dolarów na bilet na jednorazowe wejście do Disneylandu! Taki zbytek! Tak niepotrzebny wydatek! A jeszcze samolot, a nocleg.. po co, nie ma sensu, i tak co on z tego będzie miał.. Przysięgam - serce mi się krajało na myśl o tej różnicy w podejściu do chorych ludzi w Polsce - i tam. Różnicy w ich możliwościach. Roześmiane, choć chore, pewnie nawet nie kontaktujące do końca dzieci, uczepione kurczowo wózków inwalidzkich, zasypane ogromem zabawek, w koszulkach Myszki Miki, z uszami Minnie i z wielką kokardą.. niepełnosprawni - pełnoprawni korzystający z życia, choćby w takim stopniu, jakie to możliwe. Bardziej niż pełnoprawni - uprzywilejowani! W każdym miejscu mogli skorzystać z dodatkowej pomocy personelu, podchodzili wszędzie bez kolejki, nikt się nie burzył, nie marudził, choć podchodzili czasem w towarzystwie rodziny, teoretycznie nieupoważnionej - należy się przecież, za tyle trudu, który muszą sobie zadać na codzień - należy się, jak psu buda, jak pięść do nosa! Co więcej - ludzie nie odwracali od nich wzroku, nie udawali, że ich nie ma, albo że nie są chorzy - ale pytali, uśmiechali się, żartowali, jak nie mogli z osobą na wózku, to chociaż z ich rodziną... niesamowite... łzy miałam w oczach, serio i mam teraz też... Mam taką chorą osobę w rodzinie i wiem, że to absurdalny dla nich pomysł, jechać z dzieckiem do Disneylandu - brak funduszy, brak możliwości, pieniędzy też, ale nawet - jak to zrobić??? Jechać z tak chorą osobą choćby na łąkę nieopodal - jest wyprawą gigantyczną, a jeszcze tak daleko? Na takim wózku, jaki mają? Z takim sprzętem, który niemalże czyni z chorego niewolnika jednego łóżka, bo nie można go przenieść dosłownie nigdzie???

...

To się wygadałam na jeden temat ;)

     Hmmmm.... na czym ostatnio skończyłam? :D Na upychaniu ciuchów w walizce, prawda? ;) A wspominałam, czemu? Otóż, ostatniego, ostatniuśkiego dnia w Orlando pojechaliśmy na "małe" zakupy do pobliskiej galerii typu outlet - wydawała się malutka z drogi, którą jechaliśmy. Jak wszystko w Stanach, okazała się być... gigantyczna... a ceny - gigantycznie niskie ;) tam naprawdę wszystko (nawet marki luksusowe, jak Burberry czy Chanel) były w świetnej promocji.. cóż, nie kupiłam sobie wyprawki Chanel, co tu udawać, na nią jeszcze mnie nie stać, ale naprawdę rozkosznie było przynajmniej wejść do sklepu bez poczucia skrępowania. Tęsknię za tym uczuciem :P Bo teraz to już długo nie poszaleję, wyzerowałam kredytówkę i będę ciułać jeszcze trochę :P
Oczywiście, najbardziej obłowił się mój mąż, bo okazało się, że tam nagle znaleźliśmy te sklepy, których nie mogliśmy znaleźć wcześniej, mocniej sportowo - skate'owe, jak DC, Etnies, Vans, w tym stylu bowiem lubuje się mój luby, i ja też, przyznać muszę ;) Dżizas, u nas to występuje w pojedynczych egzemplarzach i mega cenach, a tam... za grosze dosłownie. Dzieciom kupiłam 4 pary Vansów za niecałe 50 dolarów - za wszystkie pary... Bluzy męskie - po 12 dol.. heh.. Przewartościowałam też sobie niektóre marki - US Polo Assn i Hilfiger np to marki takie, jak u nas Reserved ;) cenowo.. żadne wow.. nie wiem, skąd w Klifie bluzka Hilfigera ma cenę 300zł - z kosmosu chyba!
Łatwo wyobrazicie sobie, że musieliśmy nabyć wielką torbę, by to wszystko zmieścić ;) tym bardziej, przeczuwając, że zakupów jeszcze nie koniec :D

Aha, a propos zakupów jeszcze coś - finanse. Nie muszę mówić, że ten nasz wyjazd pochłonął niemal wszystkie nasze oszczędności i więcej, kredytówkę wyczerpałam :/ Będę pewnie rok spłacać, ale wiecie co... warto było... wiedziałam, że szybko tam nie wrócę, a miałam tyle planów i tyle marzeń, a każde chciałam zrealizować! Prawda na temat wydawania w Stanach jest taka: ile masz, tyle wydasz... Jak pojedziesz z okrojonymi środkami, da się bardzo dużo zobaczyć, zjeść, w wielu cudownych miejscach być bez kupowania biletów wstępu. Cudowne wrażenia da się przywieźć bez bycia w Disneylandzie. Ale mając gdziekolwiek jakąkolwiek kasę - nie ma opcji się powstrzymać!!! Nie dość, że pełno pokus, bo tanio, to jeszcze jest tyle rzeczy, tyle rozrywek, tyle nowości, których nie próbowałaś nigdy - że nie ma opcji, byś zaoszczędził! Nie wierzę, że jest ktoś, kto powstrzymałby się tam od wydawania, jeśliby takową miał i po prostu nie chciał wydać... ja bym nie umiała i mój mąż nawet nie próbował mnie powstrzymać, bo czuł to samo ;) Nachapaliśmy się wszystkim i byliśmy jak piajne zające - za nic bym tego nie wymieniła...

W przeddzień naszego wylotu do NY nastąpiło totalne załamanie pogody, temperatura spadła w NY aż do -20st,do tego śnieżyce po drodze, wichury... spodziewaliśmy się, że nie wylecimy, a ja po cichu na to liczyłam - nienawidzę zimy, zimna i jakbym mogła z tego zrezygnować na rzecz kilku dni w Miami, to byłabym szczęśliwa ;) Ale lot opóźnił się o dwie godziny tylko, bo zapodział się gdzieś... pilot... hehe ;) pierwszy raz taka sytuacja... Lot był okropny, pierwszy raz było mi na pokładzie samolotu niedobrze, tak telepało, ciągle turbulencje z powodu silnego wiatru. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Gdyby nie to, że w Nowym Jorku temperatura odczuwalna była dla mnie grubo poniżej 30st na minus!!! :P FREEZE!!! Dramatycznie zimno, powietrze przejrzyste, rześkie, słońce wysoko, ale taka zimnica, że czułam, jak mi skóra na twarzy odmarza :/ Niestety, pierwsze dwa dni w takim mrozie spędziliśmy, więc nasze zaznajmianie się z tym wspaniałym miastem było mocno utrudnione. Polegało na tym, że próbowaliśmy nawzajem przed sobą udawać, że wytrzymamy na dworze jeszcze trochę, a potem w myślach głęboko dziękowaliśmy temu, kto pierwszy się wyłamał ;) i wchodziliśmy w jakieś ciepłe miejsce. Oczywiście, najczęściej tym "miejscem" był .. sklep ;) Ale zobaczyliśmy w ten sposób chociaż Bibliotekę Narodową i kilka fajnych knajpek i kawiarni ;) I tak co 20min musieliśmy się chronić gdzieś, a i tak wieczorem czułam, że mam na policzkach odmrożenia, o stopach nie chciałam nawet wspominać, bo niestety w Miami nie udało mi się nabyć żadnych UGGsów, EMU i nic w ten deseń..! Na szczęście na drugi dzień upolowałam moje ukochane buty BEARPAW (polecam wszystkim - mocno niedoceniana, a niedroga - czyt. dużo tańsza od wspomnianych wcześniej - marka tego typu obuwia. Moim zdaniem skóra zewnętrzna jest dużo grubsza, podeszwa sztywniejsza i zdecydowanie mocniej perforowana, a wnętrze jest z wełny naturalnej, dużo, dużo grubszej niż w EMU. Mam jedną parę już 4ty sezon i dalej się nie ubiło, w EMU - ubija się po jednym sezonie i but mam grubości grubszej skarpety :/ Ja moje BP nabyłam za ... 40 dolarów ;) Jest różnica, co? to tak btw ;) )
I Bogu dziękowałam, że ostatniego dnia w Orlando upolowałam płaszcz w DKNY, bo chyba płakałabym na łzy z zimna i modliłabym się o szybką śmierć w tym mrozie, gdyby nie ten płaszcz :/ A wahałam się grubo, czy brać, nie do końca mi pasował, choć teraz myślę, że jest idealny :DDD Ach, ta przewrotna babska natura ;)
Do kompletu dorzuciłam jeszcze klasyczną nowojorską czapkę, bo moja efemeryczna i ażurowa ;) żółta nie wystarczyła na ten mróz - będę prekursorką noszenia dwóch czap naraz ;)

---

     Dobra, tyle napisałam o pierdołach, a w sumie miałam pisać o NY... cóż... może dlatego tak wyszło, że nie oszalałam, może dlatego, że zimno, może dlatego, że krótko - miałam CZTERY dni by ogarnąć to gigantyczne miasto. Może dlatego, że nigdy nie pokochałam NY w filmach... nie kocham wielkich miast, nie czuję się w nich jak u siebie, wręcz odwrotnie, czuję się wyobcowana. Nie znoszę pędu na ulicach, potrzebuję przestrzeni wokół siebie, a tam cię ciągle ktoś trąca... Nie znoszę nawet nahalnych neonów, nie pozwalających na niczym skupić uwagi. Choć oczywiście, neony w NY robią MEGA wrażenie - foty wychodziły mi lepsze wieczorem, niż w dzień, to możecie sobie wyobrazić, jaką moc mają te nocne światła...
Przede wszystkim jednak, nie znoszę tłumów. Lubię mieć poczucie, że oto ja jedna coś fajnego odkryłam, a tu na każdym kroku - turyści, aparaty w dłoń i cykamy ustawki, albo selfiki; tu z Empire, tu z Macy's. Potrzebowałabym może kogoś, kto mocno kocha NY i pokazałby mi, gdzie mam patrzeć, by się zachwycić...
W zasadzie, dopóki nie spojrzałam na to miasto z dystansu, powoli uznawałam za miasto koszmarne. Im dłużej myślę o NY, tym bardziej jawi mi się trochę jak - narkotyk... z jednej strony pociągający, tętniący życiem, na swój sposób piękny, ale mający drugie, brzydkie oblicze: głośny, zatłoczony, przejaskrawiony i brudny... tak samo jak wszystkie wielkie metropolie. Miałam uczucie, jakby non stop ktoś i coś wchodziło mi w kadr i psuło obraz przed moimi oczami... coś, co nie pasowało do scenerii. Może właśnie trzeba się z tym pogodzić, żeby pokochać NY? Nie wiem...
Serio: zero zieleni (Central Park jest piękny, ale nie zastąpi zieleni w całym mieście :/), brudne - tony śmieci zalegające na ulicach, bo tam śmieci się wyrzuca właśnie na ulice, nie do kontenerów, i leżą potem takie sterty worków przy ulicy! Do kompletu z brudem - smród, raz z barów (co krok - bary rozmaitej maści), dwa - wyziewy ze studzienek - koszmar! Bardzo dużo miejsc zrobionych wyłącznie pod turystów, mówię głównie o jedzeniu i "gift-shopach". Pomieszanie z poplątaniem, co krok to samo, w prawie każdym barze full serwis: kanapki, hamburgery, gofry, pancake, hot dogi, panini, chińszczyzna, frytki, mięsa, ryby z frytury... wszystko naraz. Brrrr. Idąc ulicami, miałam wrażenie: żarcie, sklep, żarcie, sklep, żarcie, sklep... plus tłum, tłum, tłum. Angielskiego prawie nie słyszałam, wszystkie języki świata owszem, a angielskiego najmniej. Tak było właśnie na Times Square i w okolicach, głównie tam własnie byłam.
A jednak... Nowy Jork ma nieodparty urok. To miasto, które tętni życiem, w którym spotykają się wszystkie etniczności, narodowości; które jest wielokulturowym tyglem, z którego możesz czerpać każdy rodzaj  inspiracji...

Pokochałam Broadway, tzn nie samą ulicę ;) ale to, co tam można zobaczyć. DECH ZAPIERA - to mało powiedziane. Poszliśmy raptem na jeden spektakl, "Matyldę". To, jak ta sztuka jest przygotowana, perfekcyjnie w każdym calu; to, że występują tam małe dzieci, które przez półtorej godziny IDEALNIE grają, tańczą i śpiewają swoje role - to jest aż niewiarygodne (vs dzieci z Klanu.. ech)! Przez cały spektakl miałam wrażenie, ba, wręcz pewność, że śpiewają z playbacku, nie widziałam żadnych mikrofonów, a całość była tak perfekcyjnie zsynchronizowana, że na sam koniec musiałam zapytać bileterki, czy to prawda, że to playback... Okazało się, że nie, mi było strasznie głupio i totalnie odpadłam z wrażenia. Mikrofony mieli we włosach i na scenie... Niemożliwe, że to są tacy sami ludzie jak my, to na bank są cyborgi jakieś, ukształtowane na dziecko 9 letnie :)
Następnym razem pójdę zobaczyć co najmniej kilka sztuk, bo to jest naprawdę sztuka najwyższej klasy!!! Tym bardziej, że grają tam aktorzy z pierwszych stron gazet, np Ethan Hawke ;)

Ogromne wrażenie robią też, oczywiście, drapacze chmur, zarówno, gdy pod nimi stoisz (łeb do góry i wytężasz wzrok, by zobaczyć szczyt), jak i gdy widzisz je z daleka, w towarzystwie innych drapaczy :) Wspaniały skyline, który dane nam było podziwiać z wycieczki stateczkiem wokół Manhattanu.
Polecam taką wycieczkę, bo przynajmniej z daleka można zobaczyć miasto w szerszej perspektywie. Idąc ulicami, ciężko zrozumieć, jak ogromne, jak piękne jest... z daleka jest o niebo inaczej. Ginie ten tłum i ten pęd, i nagle dokładnie widzisz niesamowite dzieło milionów ludzi, którzy budowali swoje miasto przez stulecia, cegiełka po cegiełce.. Dobrze widać to także z budynków takich jak Empire State Building - panorama miasta, które się nie kończy. Światła sięgają po horyzont; jak pomyślisz, że za każdym światełkiem jest przynajmniej jeden człowiek... to zapiera dech, totalnie. Miałam łzy w oczach i przypomniały mi się słowa z piosenki Jaya Z - "... eight million stories..." . Naprawdę, to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Poczułam to, co każdy chce poczuć, jadąc do NY - tę jego moc, przyciąganie jak magnes, energię miasta, które nigdy nie śpi! To wrażenie zwala z nóg :) A jednocześnie poczułam się taka tycia, taka malutka i nic nie znacząca :) Tam się przebić... serio... "If I can make it there... I can do it everywhere!" - słoewa Franka Sinatry chodziły mi po głowie przez cały czas...

Jak już tak wspomniałam o negatywach, to może powiem w skrócie, co ogółem w Stanach mi nie leżało, jest tego mało, więc krótko :D

1. Telewizja - do duuuuupyyyyy, po prostu co 3 minuty reklama, i to jeszcze najczęściej taka w stylu "Mango telezakupy"! Załamka! Programy śniadaniowe to skandal ;) U nas każda rozmowa, jakiś blok tematyczny w DDTVN np trwa dłuższą chwilę, na tyle, że wsłuchasz się w temat, możesz mieć jakieś przemyślenia, cokolwiek, jest rozmowa, w której pytana osoba może coś wytłumaczyć.. Tam - zero - po prostu minuta, dwie na cały temat, w tym filmik, rozmowa (2 pytania max, głównie gada prowadzący), i reklama. Nie dziwię się, że tam VOD jest tak na topie, bo normalnie się nie da nic obejrzeć bez skrętu kiszek! Szok przeżyłam :D

2. Jedzenie. Nie lubię fastfoodów, a już najmniej lubię hamburgery i hotdogi ;) Dobrze trafiłam, co? :DDD Na szczęście w większych miastach jest kuchnia całego świata, wystarczy wybrać; a poza tym są złote standardy, jak fish & chips czy skrzydełka w panierce ;) Ale najbardziej mnie przerażają gotowce, które możesz kupić w sklepie. Chipsy, ciastka, cukierki - przysięgam, takich barwników to nie widać  u nas na półkach ;) I ja uwielbiam słodycze, np kawę słodzę dwiema łyżeczkami cukru, ale tam wszystko jest TAK słodkie, że brrr! Nawet dla mnie! Tak niezdrowej żywności, w takich ilościach, u nas nie uświadczymy, naprawdę nie ma na co narzekać - obyśmy tylko nie szli w tym kierunku! Mnie aż niedobrze było od patrzenia na to wszystko, jakbym tak miała to jeść na codzień, wyglądałabym jak słoń. I taki mały wybór warzyw, owoców w sklepach! Padłabym, bo uzależniona jestem od "zieleniny" :) Jezu, nie dziwię się, że tam ludzie strzelają do siebie w biały dzień :P Nabuzowani kwasem karminowym i ilością cukru, przekraczającą najśmielsze wyobrażenia... :P

3. Właśnie. Shooting to chyba najczęściej używane słowo w wiadomościach :/ Myślałam, że to rozdmuchany temat, ale codziennie rano włączaliśmy wiadomości i/lub śniadaniówki i po prostu CODZIENNIE był temat jednego lub kilku morderstw :( Straszne.. w sumie nie wiem, czy chciałabym tam wychowywać dzieci.. w strachu!

Dobra, mogłabym tak godzinami opowiadać, to może jakieś foty i w miarę fot dodatkowy komentarz, bo nie ogarnę tego posta ;)

Hotel - i zaraz na wejściu sala dla uzależnionych.. znamię naszych czasów, heh ;) Swoją drogą polecam hotel Milford na Times Square, ceny przystępne bardzo i samo centrum, z okna widok na T.S.
Fajny, nowoczesny wystrój, tylko jak umieszczą was przy szybie od klimatyzacji, to można umrzeć na migrenę jak barokowe piękności. Na szczęście bez problemu zmienili pokój na bardzo zaciszny w trybie natychmiastowym.


Pokój :)



Good night :)


Widok na TS - z okna :) Dzielił nas jeden budynek :)


Pierwsze foto na T.S.



D i drapacze <3



Pierwszego dnia już taką maszynę wypatrzyłam :DDD Wypasiona! Wyszywała co się chciało na czapeczkach bejsbolówkach - mega czad! Takie hamerykańskie BPM ;)




My kupiliśmy obowiązkową, gotową ;)


A to ja - i mróz. Bez kitu, pierwsze zderzenie z NY dosłownie bolało... z zimna :( Nie wrzuciłam foto w kolorach, bo jestem półsina i półbordowa na tym zdjęciu, nos mam jak menel wieloletni..


Trochę o neonach.. Broadway i Disney Forever ;) Jakoś tak znamiennie dla mnie :P



I kolejny wzmacniający tekst, który kocham :D To w gigantycznym Toys'R'us :)


Broadway :)


TS


Taka tam sobie policja...



Lizaczki w Starbucksie ;)



Jakoś tak idiotyczne pozy czasem wydają mi się atrakcyjne :D A potem żal d.. ściska, gdy oglądam (a jeszcze większy, jak publikuję :DDD)


albo tu ;) z nowym znajomym ;) swoją drogą, w NY naprawdę są rozrywki wszelkiej maści, dla mniej lub bardziej, hm, zboczonych umysłów :DDD Mój, niesamowicie zboczony na punkcie horrorów (już nieraz wspominałam, jestem totalną fanką), uszczęśliwiony był barami w stylu "Dom strachów". Najlepsza historia wiązała się z tym miejscem - było zamknięte z pozoru od ulicy, mimo tego weszliśmy do środka, bo chcieliśmy sprawdzić, jak będzie otwarte następnego dnia... ciemno, głucho.. takie kościotrupy, mózgi w słoikach i inne poodbne eksponaty dookoła... cisza i czerń dookoła porażająca - tylko nasze oddechy, bo ucichliśmy nagle... weszłam, chojraczka, razem z R. na górę schodów, świecąc latarkami z telefonów, a znienacka, w tej ciszy i ciemności rozległ się huk porażający i ze ściany wyskoczyła - GŁOWA...!!!!!!!!!!!!
Nie był to żaden trik - po prostu pracownica tego miejsca otworzyła zwykłe okienko z boku, chyba do oddawania talerzy czy bileterka, pojęcia nie mam, było ciemno i nic nie widziałam - i kulturalnie chciała nam powiedzieć, że dziś już nieczynne... nie zdążyła - z takim wrzaskiem spieprzaliśmy stamtąd, że ja miałam łzy w oczach i myślałam, że serce mi padnie, i mało nóg na schodach nie połamałam, R. to samo, wrzeszczeliśmy jak opętani!!! Wróciliśmy po chwili padając ze śmiechu tym razem, a ona się też śmiała, mówiąc, że za darmo wystraszyła nas lepiej, niż wystraszylibyśmy się za słoną kasę :DDD
Foto przed akcją :DD 




Moi Friendsi ;)


I koniecznie H&M ;) Spory cosik. ;) 



Do kolekcji - duże - straż pożarna ;)




Lodowisko przy Bibliotece Narodowej



I korytarze BN




Flagi :)




I jeden Upadły wśród Aniołów - czyli Victoria's Secret







Legendarne kino Paramount, zmienione w Hard Rock Cafe - smut trochę :(



A tu Władza ;)



I ja :D


I nasze klasyczne żarcie. Nie mogliśmy już jeść chińszczyzny na obiad i kolację, więc w końcu wróciliśmy do starych przyzwyczajeń - jajko, bekon i ziemniaki :P Najssss ;)


Everyday life, czyli metro


I Wall Street :)


Świeże owocki, w takiej formie wszędzie do kupienia ;)


A tu cmentarz na Wall Street, przy kościele Świętej Trójcy bodajże.
Niesamowicie urokliwe miejsce, mały kościółek z bardzo starym cmentarzem - pośród drapaczy chmur. Czad.




PRzerażające... dla chętnych - poczytajcie, ile dzieci straciła ta rodzina :/ 


 A tu już jeden z Mostów (nigdy się nie nauczę, który jest który, choć D tłukł mi nieraz)



A tak kończą choinki :( Na ulicy, z innymi odpadkami :/


Kra na rzece Hudson


A tu już jakaś 1/100 tego, co cyknęłam w trakcie wycieczki :) Polecam jeszcze raz, wycieczka darmowa, jeśli kupisz  bilet na Empire State Building, a rewelacyjny widok na cały Manhattan :)



I my :)


Zachód słońca :)


I Ona!..


Symbol USA i JA :)






Lubię takie rozmycia... a wy?


Foto melanż ;)


I jeszcze raz ;)



To samo wyraźniej:





A tu już w drodze na Empire State Building - końcówka na 84 piętrze!


I widok z ESB - Flatiron Building, czyli budynek żelazko ;) pierwszy drapacz chmur


Czujecie tę moc..?





I koniec zapierania tchu w piersiach ;)

Piąta aleja nocą :)


A tu już - klasyk, wieczorny widok na ulicach NY - sterty śmieci :/ Buszujący w nich bezdomni i biegające szczury..
Szok i niedowierzanie!


I dworzec Grand Central - absolutnie najpiękniejszy dworzec, na jakim byłam, uratowany przed zburzeniem przez Jackie Onassis :)


A to mega zajebista wystawa... H&M :D upiorna, ghoulowata... poplątane kable i ekrany tv, długowłose postaci niczym z horroru "Krąg" ;)


Pęd na ulicach ;)



I Central Park :) dla mnie coś wspaniałego, z tym, że ja bym musiała mieszkać dosłownie obok niego :P i mieć na niego widok, jak Sarah Jessica Parker w filmowym "Seksie.." ;) czyli jednym słowem, by tam zamieszkać, musiałabym być Rockefellerką. Ceny mieszkań w okolicy parku są niebotyczne ;) 
Kiedyś wstęp do parku tylko dla najbogatszych, dzisiaj na szczęście nawet ja mogłam tam pospacerować (z wyzerowaną kartą! ach!).
Cisza, spokój, ażbije po uszach po zgiełku miasta...



Wiewióreczka :)






Pan pięknie grał bluesa...


Ujmuje za serce :) Wszystkie aleje w parku są obstawione ławkami, a każda z nich ma tabliczkę. Wciąga na maxa!!!


Jak kogoś jednak nie stać na wyznania na ławce, może użyć śniegu. Za free :)


A tu już legendarne lodowisko w Central Parku :)


I uroczy mostek :)




I zwieńczenie wycieczki - Tiffany & CO. Od dziecka miałam przeświadczenie, że prawdziwa biżuteria.. tylko stamtąd! I mam swoje maleńkie cudo na pamiątkę - na pewno, obok Dumba, jedna z najpiękniejszych pamiątek z wszystkich moich podróży!


Aż mi włosy rozwiało z nadmiaru emocji w tym sklepie ;)
Co fajne.. znowu wyszło, że tam naprawdę nikt nikogo nie ocenia. Dawid, nieświadomy tego, że to, co wziął za srebro, srebrem nie było ;) zapytał o cenę jednego naszyjnika. 2,800,000 ;) i pan już mi chciał na szyi zaprezentować. Aż wypieków dostałam i pięknie podziękowałam :P Ech ;)) Głupia byłam ;) Ale mówią, że diamenty uzależniają, po co mi kolejne uzależnienie... :





I kolejne WOW, o czym nie wspomniałam!!!! Mąż wyciągnął mnie na mecz NBA, kolejny. Nie kręci mnie to i 100dol wydanych na bilet wydało mi się głupie, skoro mnie to nie interesuje. Ale jako że całą czwórką się wybieraliśmy, to dobra, pal sześć. I powiem Wam.. WOW!!!! Koszykówka jak koszykówka, ale! Cały stadion PEŁEN - dorośli, nastolatkowie, dzieci, nawet niemowlęta - wszyscy wiwatują, szaleją na trybunach; pełna kultura, zabawa.. roznoszą hotdogi, piwo, napoje; pokazują na telebimach, kto znany siedzi na trybunach.. dosłownie wśród ludzi - same sławy :D Na naszym meczu była... uwaga :D RIHANNA! Tutaj znajdziecie potwierdzenie moich słów. http://rihannadaily.com/2014/01/11/rihanna-at-miami-heat-vs-brooklyn-nets-game/ 
To niesamowite, że tamtejsze gwiazdy są takie normalne, nie mają nosa powyżej d.., idą na mecz jak wszyscy i tak samo mają z tego frajdę, jak zwykły Kowalski ;) niesamowite, gwiazda na wyciągnięcie ręki! Ale nieważne ;)
Zajefajne było też to, że ciągle pokazywali na telebimach widzów - jak się bawią, cieszą grą :) Strasznie fajny widok :)  Szalejące dzieci, tańczące dziewczyny.. wszyscy, obowiązkowo, w klubowych koszulkach, z gadżetami. Właśnie - wszędzie w USA widać totalny konsumpcjonizm. Tym razem w dobrym sensie. Przykład: jest mecz (ten, na którym byliśmy), na którym mają wyjątkowo inne koszulki, ze swoimi nickami, ksywkami zamiast nazwisk. I już idzie cała seria koszulek nowych do kupienia- i każdy chce je mieć! Nieważne, że dał za bilet na mecz min. 100 dolców, za koszulkę da 70, kupi 3 hotdogi i dwa piwa, koszt na osobę - ponad 200 dolarów... Nieważne, kto i skąd ma kasę, ale tam po prostu kasa leci szerokim strumieniem, na wszystko. Tak jak w Universal Studios z butiku Harryego Pottera co drugi wychodził z pełną siatą gadżetów.. na zdrowy rozsądek - sweter z malutkim emblematem Hogwartu za 130dol? Nie bzdura trochę? Ale tam nikt w takich kategoriach chyba nie myśli. To samo z jedzeniem na mieście - totalnie inna kultura! Tam chyba nikt nie gotuje i dlatego tyle jest knajp! Ruch wszędzie cholerny, stolika dostać nie można w porze obiadowej. Po prostu zarabiają więcej niż my i wydają - i chyba dlatego tak to się kręci u nich wszystko.. nie wiem, ale to było mega uderzające dla mnie ;)



Powiem wam tak: nie wierzę, że istnieje ktoś, kto bardziej miał w nosie ten mecz niż ja - przed. O Miami Heat nie wiedziałam nic aż do wyjazdu do Miami, kiedy to R. starał się  nas podkręcić przed meczami i opowiadał o nowym królu NBA - Lebronie Jamesie. Brooklyn natomiast kojarzył mi się wyłącznie z czarną dzielnicą NY, finito.
Ale na meczu były takie emocje, takie zwroty akcji; tak zajebista, podkręcająca muza, co chwilę ktoś gadał coś mega motywującego z głośników - że po prostu pod koniec szalałam ;) mieliśmy mega, mega fart, bo tak zaciekłe mecze jak tamten (dwie dogrywki aż!) zdarzają się raz do roku!!! Wygrało Brooklyn Nets :D Niesamowite emocje! Następnym razem na pewno nie dam się namawiać :D


Cheerleaderki :) Brooklynettes:


Emocje...


I pożegnanie z NY... nagle tak ciepło się zrobiło, że nie do wyrobienia w płaszczu!!!


Bye, bye, Broadway...


I come back home... chyba nigdy nie wracałam smutniejsza do domu, serio...


Powitanie na lotnisku jednak ukoiło moje zszargane serce :) Fotki ruszone, ale nie o jakość chodzi w końcu...






No... 

Łezka się mi kręci w oku, zarówno, jak patrzę na te ostatnie zdjęcia, jak i wtedy, gdy choćby wspomnę nasz wyjazd. Dzieci bardzo za nami tęskniły.. a jednak bawiliśmy się tam fantastycznie i nie chciało nam się wcale wracać.. 
Minęły dwa tygodnie od powrotu, a jakbym ciągle jedną nogą była - TAM. Wszystko mi się kojarzy. 

Dwa odległe światy, skrajnie, skrajnie różne...
Gdy słyszę jeden z kawałków, których tam słuchałam, mam autentyczne łzy w oczach (np - ten http://www.youtube.com/watch?v=8HYXw1vADFQ ), to samo, gdy jem hamburgera czy pancake (tak, polubiłam :D )..!

Nigdy, nigdzie nie czułam się dobrze tak, jak tam - poza Polską. Francja, w której mieszkałam, Anglia, w której już parę razy byłam, których kultura teoretycznie bliższa do naszej - niestety - nigdzie i nigdy nie czułam się tak swobodnie i tak bardzo nie chciałam być częścią..
Zajebiście było i będę robić wszystko, by móc tam jeździć kilka razy w roku. 
Nie wyprowadzę się tam za nic - nie chciałabym nigdy mieć poczucia, że nie jestem u siebie - ale tak strasznie fajnie by było, jakby te Stany nie były tak daleko, jakby bilety nie były tak drogie, jakbyśmy tak mogli sobie po prostu wsiąść w samolot i po dwóch tygodniach dniach wrócić... 

Gdybym wygrała w totka, kupiłabym sobie willę z basenem w Kalifornii i latała tam co jakiś czas na odstresa. Właśnie na odstresa. Bo właśnie.. jest jedna rzecz właśnie, związana z USA, której brakuje mi totalnie, która uderzyła mnie najmocniej w tej podróży. Różnica kulturowa kolosalna... to uśmiech. Gościnność. Mówi się, że Polacy są gościnni... gdzie? Wiecznie mamy ze wszystkim problem, nie lubimy swojej pracy i wszystkim dajemy to odczuć; jesteśmy dla siebie agresywni, niemili... ba, ktoś zagada nas na ulicy, przyklejamy łatkę "dziwak!". A tam ludzie są otwarci, bezpośredni, mili dla siebie nawzajem, uśmiechają się z byle powodu, zagadują.. ba! Nie tylko zagadują i odchodzą - zagadują i wdają się  w rozmowę! Na początku to było nieco dziwaczne i dla mnie, ale po kilku dniach, jak ktoś do mnie nie zagadał, czułam się dziwnie i sama zagadywałam :D No i druga rzecz - można się tam naprawdę swobodnie czuć, nieważne, jak jesteś ubrany, skąd jesteś, jak wyglądasz, zdrowy, chory, młody, stary... To jest strasznie, strasznie fajne uczucie, totalny luz, totalny spokój duszy - robisz co chcesz, i dajesz robić co chcą też innym. 
Taki przykład. Bramki do Universal Studios, koleś podchodzi do bramki z rodziną, trzyma w ręce puszkę z piwem. Bramkarz podchodzi do niego, z uśmiechem, przepraszającym tonem informuje go, że nie może z tym piwem wejść do parku, że, jeśli chce, może wypić i wtedy wejść. Delikwent się śmieje, otwiera piwo, obaj klepią się po ramieniu i gadają o czymś niezwiązanym, a po chwili bramkarz mówi - dobra, może pan już przejść, wyrzuci pan tą puszkę tu niedaleko, dobrze?
Taki sposób załatwienia sprawy - wyobrażacie sobie u nas!? Sami służbiści, jeden ponad drugim, każdy próbujący udowodnić drugiemu, że jest mądrzejszy, silniejszy, ma większą władzę... absurd... Strasznie mi tego brakuje u nas! Bo sama mam zasadę, żyj i daj żyć innym, jak chcą! Każdy ma prawo mieć własne zdanie i naprawdę nikogo nie osądzam; niech robi co chce nawet, jak mi się to nie podoba. Dopóki nikogo nie krzywdzi - luz! Czy to takie trudne? Nie czepiać się, nie krytykować, nie wyśmiewać, nie szydzić? Albo - czy to trudne uśmiechać się do każdego człowieka? Uprzejmie kogoś obsłużyć, pomóc komuś? Nie rozumiem, jak można być wiecznie zniechęconym i zniesmaczonym życiem.. a odkąd przyjechałam, na każdym kroku tego dowody mam :/ Ech.. Ale jako że nie lubię narzekać, to już przestanę, bo uważam, że Polska to wspaniały kraj - kraj wielu możliwości - i tylko od nas zależy, jaką ją zbudujemy dla naszych dzieci. Otwartą, uśmiechniętą i kolorową, czy smutną, zgorzkniałą i szarą? Koniec z zasadą człowiek człowiekowi wilkiem... zmieńmy to!.. Zacznijmy od samych siebie, metodą małych kroków. Co rano - dobra kawa, nie bylejaka, taka co zawsze... troszkę się postarajmy, będzie lepsza! A do kawy - uśmiech dla każdego napotkanego przechodnia :) Sami poczujemy się lepiej od tego, bo to w obie strony działa i zaraża energią! Sprawiajmy sami sobie przyjemności, chociaż tycie i więcej powodów do tych uśmiechów będzie :)
I nie zrażajmy się porażką - droga do sukcesu jest wyboista i kręta, ale każda droga na końcu ma CEL.. Mój już mam: prężna manufaktura BPM, dom z ogródkiem na obrzeżach mojej ukochanej Gdyni, mały berbeć w różowej sukience w tym ogródku.. wakacyjny dom w L.A. i konto pełne możliwości :) I za 10 lat... będę tam! A co! "Anything is possible..." :)))

~PaT


32 komentarze:

  1. wow nie mogę się naczytać i napatrzeć :) NY to moje marzenie od wielu wielu lat :) z resztą jak całe USA :),0

    OdpowiedzUsuń
  2. s u p e r ! c u d n i e ! świetnie to opisałaś, a na ostatnich zdjęciach (tych z dziećmi) miałam gule w gardle i łzy w oczach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Teraz tylko przeleciałam, wieczorkiem na spokojnie się zaczytam.... :) zazdroszczę tej wycieczki :) piękne zdjęcia!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Super mega, zajefajny opis i post i zdjęcia i całość. Przeczytałam i marzy mi się teraz taki wyjazd. REWELACJA :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! Cieszę się, że Wam się podoba :)

      Usuń
  5. BĘDZIE CZĘŚĆ 4?!?!?!?! Plis, plis, plis, plis!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Jakieś foty itede itepe?

    Te posty usańskie BARDZO poprawiają mi ostatnio humor, pierwszą i drugą część czytałam już TRZY razy, nie mogę się napatrzeć na zdjęcia! Twoja euforia jest taka zaraźliwa, że to wszystko od razu się udziela, cała ta frajda, cała ta fascynacja Stanami, to jest po prostu niewyobrażalne!!!!!!!!!! Zdjęcia z ESB - łzy w oczach! OGLĄDASZ "SUITS"?! Albo "White collar"? Cokolwiek, co dzieje się w NY? Pokochałam NY totalnie i w dupie mam te szczury na ulicach i smród, choćbym się miała na miętowo obsrać po same pachy, kiedyś pojadę i wchłonę tę atmosferę do każdej komórki mojego ciała :D
    I nawet nie wiem jak skomentować to, co napisałaś pod moim postem, a rozpisałaś się bardzo i gdybym tylko mogła, wsiadłabym od razu w SKM i pędziłabym do Gdyni z kawą i gigantycznym tortem! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, to wpadaj! Z tortem szczególnie! Byle nie z marchewki - błagam ;) i bez cynamonu!

      Seriali tych nie oglądam, za Twoją namową spróbowałam z American Horror Story czy jakoś tak, ale te części co teraz lecą - Sabat. Muszę przyznać. nie najgorszy ;) musiałaby od początku przyhaczyć.
      A posty Twoje serialnie mnie zabolały (dziś naraz 3 łyknęłam) i musiałam z siebie wylać to wszystko - wybacz :D

      A że fascynacją zarażam.. wiesz, mam wrażenie czasem, że skacze we mnie jakaś piłka i jak jej nie wypuszczę, to odbije mi po porstu ;) więc wylewam tą całą energię jakkolwiek, chociaż w słowach :D Zawsze to lepiej niż sprzątać ;) (choć są tacy, co próbowaliby argumentować, ale... nie :P)

      Usuń
    2. Ej, to nie ja namawiałam na American Horror Story! Ja dziada porzuciłam na początku drugiego sezonu, bo się za bardzo bałam :D Ale może Sabat lepszy i mniej straszny? Wczoraj zaczęliśmy Helix, o stacji badawczej na Arktyce, którą opanował groźny i śmiertelny wirus. Przez trzy odcinki trzymałam chłopa za rękę, takie napięcie :D

      Czemu nie bez marchewki i bez cynamonu? :( Toć ciasto marchewkowe pycha, a cynamon już w ogóle :D

      Z piłką - MAMTOSAMO!!!!!!!!!!!!

      Usuń
    3. Nie znoszę cynamonu!!! Ciasto marchewkowe ok, ale tylko oblane suto białą czekoladą :DDD
      A właśnie pamiętam, że mówiłaś, że AHS jest straszny - uznałam to za polecenie ;) Bo ja uwwwwwwielbiam takie klimaty.
      Helix mówisz.. gdzie to leci? Albo skąd brać? Brzmi dobrze :D

      Usuń
    4. Noooo wziąć można z piratebay,se :)
      Wyszły dopiero 4 odcinki, więc można być na bieżąco. Jak znajdziesz kiedyś chwilę, to zerknij. Nie ma jak dotąd w PL jakichś wspaniałych ocen, bo dopiero 6,6 na Filmwebie, ale mnie baaaaaaardzo się podoba. Możesz zaryzykować, nic nie tracisz ;)

      Usuń
    5. Na pewno spróbuję :)) uwielbiam takie klimaty. już szukam. Ale nie wiedziałam w ogóle, że z Ciebie taka fanka seriali!! A może coś fajnego w stylu "Gotowych na wszystko" mi polecisz? :D (nie, ich nic nie przebije, zmieniam pytanie..). Albo Dr'a House'a?

      Usuń
    6. No kurna, jestem totalną serialówą! "Gotowych na wszystko" nie widziałam niestety, ALE zerknij na:
      - http://www.filmweb.pl/serial/S%C5%82odkie+k%C5%82amstewka-2010-556945 (to bardziej dla nastolatek, ale fajowe :D)
      - http://www.filmweb.pl/serial/W+garniturach-2011-585726 (doskonały, prawniczy :))
      - http://www.filmweb.pl/serial/Synowie+Anarchii-2008-479538

      Stawiam, że Ci się spodobają. Najbardziej polecam "Suits" :D

      PS. Mój chłop też czytał wszystkie Twoje posty amerykańskie :D

      Usuń
  6. patulku cudnie cudnie przy zdjeciach z powitania zuzylam troche chusteczek ta radosc dzieci -a wiem jak tesknily i bardzo liczyly dni aby was zobaczyc juz-po prostu niesamowita.juz chyba nie wiem ktory raz prosze cie oddaj sie bez reszty pisaniu!!!!!!!!! i wykorzystaj swoj talent kocham cie icia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Itka ,dzięki za komentarz!! Dawno Cię tu nie było :D
      Otóż książkę może i kiedyś popełnię, jak będę miała o czym ;) BUZIA!

      Usuń
  7. Och..Ach.. łał.. takie dźwięki , słowa wydawałam z siebie jak oglądałam/czytałam posta.. To , co napisałaś na początku to szczera prawda . Niestety w Polsce jeszcze tak się uważa , że chorych ludzi i niepełnosprawnych trzeba pozamykać w domach..to jest na prawdę straszne.. w innych krajach jakoś lepiej to wygląda..
    Jej..nie wiem co napisać , bo tyle mi tego przychodzi do głowy..
    Zdjęcia bardzo ładne , te rozmazane (nieostre) również mi się podobają , ja w ogóle lubię zdjęcia - każde !
    Szczególnie zdjęcia z góry , widok na większą cześć miasta..te kolory , światła..po prostu łał !
    Jestem ciekawa tych ubrań co kupiłaś jak również tego , co się znajduje w tym pudełeczku..coś z biżuterii , tylko co.. :) mecz NBA..łał.. Aa..dobrze , że wtedy co byliście to tak nie zasypało NY.. oglądałam w wiadomościach takie śnieżyce i myślałam..czy Wy jeszcze tam jesteście , czy już nie.. :)
    Pozdrawiam !
    PS. Też jestem "za" 4 częścią !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ten komentarz! Ja miałam to "ŁAŁ!" co chwilę tam, aż mi głupio było ;) wszystko łał..
      Ubrań tyle, że nie pokażę (nie tylko dla siebie kupowałam, ale dla połowy rodziny i dzieci ;) ), ale to z tiffany'ego widać na foto - malutkie dwa serduszka na łańcuszku :)))
      Śnieżyce nas ominęły, właściwie prawie w ogóle nie było śniegu :)

      Usuń
  8. Fajnie tak sobie czytać i wyobrażać... Ach będę dziś miała piękne sny :-) Dzięki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję i trzymam kciuki za te piękne sny! :*

      Usuń
  9. Post kolos, a przeczytany jednym tchem i po raz trzeci mam te same odczucia - uwielbiam Ciebie, Twoje podejscie do zycia, Twoją emocjonalność i Twój sposób pisania :) I mega zazdroszczę spełnienia swojego ogromnego marzenia, ba - masy marzeń! Rób to częściej i pisz o tym :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, kochana!!! Naprawdę :)) Bo wiem, że pewnie dla niektórych mój entuzjazm i bezpośredniość mogą być męczące i dziwne - dobrze, że są ludzie, którzy mnie nie klasyfikują do czubków :DDD
      Może też dlatego ja się tam czułam jak u siebie w domu - bo kurczę, tam wszyscy tacy, dużo gadają i gestykulują ;))) Buziak!

      Usuń
    2. Otóż to, amerykanie słyną ze swojej otwartości i pozytywnego podejścia do życia, do otoczenia, nawet do swojej tuszy ;)
      A czubkiem zdecydowanie nie jesteś, a pozytywnym freakiem, takim, do których inni podobni ludzie lgną :)

      Usuń
  10. Przeczytałam i co?! I na robocie się skupić nie mogę bo myślami to w NY jestem ... :D
    Ehhh :) poleciałby się oj poleciało :) ale dzięki tym fotkom i opisom to prawie jakbym tam była.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, cieszę się, że tak obrazowo to napisałam, wg Was :D fajne uczucie. Jak oglądam zdjęcia to uwierzyć nie mogę, że jak wyjdę na ulicę, to nie będę tam :/ wciąż nie wróciłam jeszcze :/

      Usuń
  11. ale czad! zdjecia niesamowite! taka wyprawa to marzenie!

    OdpowiedzUsuń
  12. Tylko pozazdrościć takiej podróży:)!!! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. Świetne zdjęcia :) Z przyjemnością przeczytałam i obejrzałam. Cały NY na kilkunastu zdjęciach ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Piękne wszystko, cała podróż. Widać z tych słów i zdjęć wielu, że było fantastycznie, że to jedna z podróży życia. Masakra, nawet nie wiesz jak zazdroszczę Ci tej odwagi do tych wszystkich spontanicznych decyzji (i nie o podróżowaniu mówię tylko). Matko są jeszcze jakies plebiscyty na kobietę roku, bo bym zagłosowała :))) Ps. Ameryka wielka, piękna i cała taka oh i ah ale i tak najpiękniejsze zdjęcia z lotniska :)

    OdpowiedzUsuń