czwartek, 9 lipca 2015
Podróże z dziećmi vol. 2, czyli Elegancja Francja!
Podróże kształcą. Nic nie rozwija tak, jak one, nic tak nie poszerza horyzontów, nic nie jest tak bogate w rozmaite wrażenia… Dlatego - to chyba dla wszystkich oczywiste - warto podróżować z dziećmi, uczyć ich otaczającego świata... A jednak - często potencjalne problemy zniechęcają już na starcie. Podróżowanie z dziećmi może się wydawać trudne i z pozoru - nastręczające wielu nieprzyjemnych wrażeń. Dzieci szybko się nudzą, jeszcze szybciej męczą, a zainteresowanie pięknym krajobrazem czy zabytkami jest, a jakże, zerowe. Do tego wieczne "kupa, siku, głodny, piciu", a i najgorsze ze wszystkiego, doprowadzające do szału pytania: "kiedy wreszcie będziemy" i "ale ja chcę do domu!".
NIC BARDZIEJ MYLNEGO! Chcę dzisiaj obalić ten mit. Podróżowanie z dziećmi to wielka frajda. I mówię wam to ja - mama (póki co ;) ) trzech BARDZO żywiołowych chłopców! Da się ich "ujarzmić", a nawet więcej - zainteresować na tyle, by zachwyceni łapali tysiące wrażeń, nowych zapachów, smaków, widoków… by wychować małych, ciekawych wszystkiego turystów, a nawet - mądrych obywateli świata.
środa, 1 lipca 2015
Wprawki do wyprawki cz. I
Przyznam Wam szczerze, że post wyprawkowy tworzyłam chyba z miesiąc non stop, nazbierałam tyle materiału, że zrobią się z tego trzy wpisy. Przynajmniej nie zabraknie nas Wam w wakacje ;-)
Generalnie rzecz ujmując, wpadam powoli w lekką panikę, mimo że wszystko w zasadzie mam zorganizowane. Torba szpitalna stoi niemal spakowana, większość najbardziej potrzebnych rzeczy kupiona, wypadałoby więc tylko siedzieć i czekać ;-) No ale tak się nie da. Mamy wiedzą, o czym mówię ;-)
Jak tylko usiądę bezczynnie, w głowie niczym klatki filmu pojawiają mi się kolejne scenariusze porodowe. Co może pójść nie tak. Jaka wersja będzie najmniej, jaka najbardziej optymistyczna. Czy zdążę dojechać z Gdyni do Gdańska. Czy badania dalej będą w porządku. Czy nie odeślą mnie z kwitkiem. Czy i tym razem obejdzie się bez komplikacji.
Do tego w nocy dręczą mnie koszmary, a to tylko pod warunkiem, że już zasnę. Bo że od jakichś trzech tygodni spać nie mogę, to już chyba wiele razy Wam mówiłam. Ekscytacja miesza się ze strachem, ciekawością i niepewnością. Chciałabym tak bardzo już, ale jednak może jeszcze nie. Wszystko odbywa się wbrew logice ;D Kolejne nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie. I w zasadzie Bogu dzięki, że mam jeszcze małą dwójkę Drombo pod ręką, inaczej tak bardzo skupiłabym się na sobie, że bym zwariowała. Nie bez powodu w dwóch poprzednich ciążach jeździłam kilka razy do porodu. Tak bardzo wsłuchiwałam się w bodźce wszelakie, że mocniejszy podmuch wiatru wydawał mi się nadchodzącym skurczem porodowym. Nie wspominając o burczącym pustym żołądku w nocy.
Nie jest to najprostszy czas dla kobiety. Domyślam się, że dla jej otoczenia też nie ;-) Szczególnie w tych upałach rzecz się komplikuje. Obecnie przed zachodem słońca nie wychodzę za drzwi. W przeciwnym razie czuję się jak wielbłąd, który obładowany próbuje przemierzyć pustynię. Tylko że ja nie mam wielbłądzich zapasów wody uwalnianych w miarę wędrówki. Za to brzuch, który nie dość, że nie oddaje, to jeszcze ściąga wszystko, co cenne. Przytyłam całe 15 kilogramów. Niektórzy powiedzą, że niedużo, jednak biorąc pod uwagę fakt, że wszystko poszło w brzuch, jest co dźwigać na co dzień. Ale nie myślcie, że się nad sobą umartwiam. Jestem jak najdalsza od tego. To zwyczajne nieszkodliwe marudzenie. Jestem szczęśliwa, że to już trzecia ciąża bez komplikacji, sytuacji prawdziwie stresowych, że malutka się dobrze rozwija, rośnie, że ciąża już w zasadzie niemal donoszona. To wszystko cieszy jak nic innego.
Generalnie rzecz ujmując, wpadam powoli w lekką panikę, mimo że wszystko w zasadzie mam zorganizowane. Torba szpitalna stoi niemal spakowana, większość najbardziej potrzebnych rzeczy kupiona, wypadałoby więc tylko siedzieć i czekać ;-) No ale tak się nie da. Mamy wiedzą, o czym mówię ;-)
Jak tylko usiądę bezczynnie, w głowie niczym klatki filmu pojawiają mi się kolejne scenariusze porodowe. Co może pójść nie tak. Jaka wersja będzie najmniej, jaka najbardziej optymistyczna. Czy zdążę dojechać z Gdyni do Gdańska. Czy badania dalej będą w porządku. Czy nie odeślą mnie z kwitkiem. Czy i tym razem obejdzie się bez komplikacji.
Do tego w nocy dręczą mnie koszmary, a to tylko pod warunkiem, że już zasnę. Bo że od jakichś trzech tygodni spać nie mogę, to już chyba wiele razy Wam mówiłam. Ekscytacja miesza się ze strachem, ciekawością i niepewnością. Chciałabym tak bardzo już, ale jednak może jeszcze nie. Wszystko odbywa się wbrew logice ;D Kolejne nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie. I w zasadzie Bogu dzięki, że mam jeszcze małą dwójkę Drombo pod ręką, inaczej tak bardzo skupiłabym się na sobie, że bym zwariowała. Nie bez powodu w dwóch poprzednich ciążach jeździłam kilka razy do porodu. Tak bardzo wsłuchiwałam się w bodźce wszelakie, że mocniejszy podmuch wiatru wydawał mi się nadchodzącym skurczem porodowym. Nie wspominając o burczącym pustym żołądku w nocy.
Nie jest to najprostszy czas dla kobiety. Domyślam się, że dla jej otoczenia też nie ;-) Szczególnie w tych upałach rzecz się komplikuje. Obecnie przed zachodem słońca nie wychodzę za drzwi. W przeciwnym razie czuję się jak wielbłąd, który obładowany próbuje przemierzyć pustynię. Tylko że ja nie mam wielbłądzich zapasów wody uwalnianych w miarę wędrówki. Za to brzuch, który nie dość, że nie oddaje, to jeszcze ściąga wszystko, co cenne. Przytyłam całe 15 kilogramów. Niektórzy powiedzą, że niedużo, jednak biorąc pod uwagę fakt, że wszystko poszło w brzuch, jest co dźwigać na co dzień. Ale nie myślcie, że się nad sobą umartwiam. Jestem jak najdalsza od tego. To zwyczajne nieszkodliwe marudzenie. Jestem szczęśliwa, że to już trzecia ciąża bez komplikacji, sytuacji prawdziwie stresowych, że malutka się dobrze rozwija, rośnie, że ciąża już w zasadzie niemal donoszona. To wszystko cieszy jak nic innego.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Podróże z dziećmi vol. 1: Bracia Be w Disneylandzie
Jeśli ktoś czytał mój zeszłoroczny wpis dotyczący wyprawy do Disneylandu w Orlando (tutaj) nie mógł być zdziwiony, że marzyliśmy z D. o tym, by móc zabrać tam nasze dzieci. Niekoniecznie do Stanów, ale choćby do Paryża. W końcu - wystarczy jeden krótki lot samolotem…
Wizja parku stawała się coraz bardziej kusząca, im bardziej Felek stawał się samodzielny, aż któregoś dnia stwierdziłam: teraz albo nigdy! Pod wpływem impulsu zaczęłam szukać biletów do Paryża dla całej naszej piątki. Kilka kliknięć wystarczyło, by znaleźć wyjątkową promocję w Wizzair… jedyny wolny - w tak niskich cenach - termin wypadał idealnie w moje urodziny! Czy to nie idealne zrządzenie losu? Nie wahałam się ani chwili dłużej i po kilku minutach już wiedziałam: JEDZIEMY!!!
czwartek, 18 czerwca 2015
Podwójna niespodzianka, czyli ratunku… to bliźniaki!
Do niedawna myślałam, że moje życie jest już nieźle ustabilizowane. Trzej odchowani chłopcy, satysfakcjonująca praca, kochany mąż i własne mieszkanie - dość małe, ale jeszcze się tu mieściliśmy. Nawet remont w dziecięcym pokoju zrobiłam, myśląc, że dzięki temu łatwiej będzie nam tu mieszkać przez następne dwa - trzy lata, zanim zaczniemy budować swój Wymarzony Dom. A tu nagle… zaskoczyła nas wieść zupełnie niesamowita!
Zdecydowanie wiem już, że nie da się w życiu niczego zaplanować… jak to się mówi - nie znasz dnia ani godziny. Ale kto przy zdrowych zmysłach uznałby, że po trójce chłopców należy mi się jeszcze PODWÓJNA WYGRANA?!
Cóż… na pewno nie ja…
piątek, 12 czerwca 2015
Chłopięcy świat… Boyhood Bedroom vol.3
Wiem, że wypatrujecie paryskiego wpisu i opisu wrażeń z Disneylandu, skąd ostatnio wróciliśmy, ale na to będziecie musieli jeszcze trochę poczekać ;) Mam tak wiele zdjęć, że ich obrobienie zajmie mi co najmniej kilka dni, a wrażeń do opisania jeszcze więcej. Natomiast dzisiaj chciałabym Was zaprosić raz jeszcze do królestwa moich chłopców, bo ostatnio bardziej skupiłam się na wystroju wnętrz niż samych lokatorach tej nowej, boskiej przestrzeni :) A muszę przyznać, że są oni bardzo zadowolonymi odbiorcami i jestem wręcz zachwycona, jak genialnie ta przestrzeń umożliwiła im swobodną zabawę, a co za tym idzie, i rozwój - szczególnie więzi braterskiej ;)
środa, 10 czerwca 2015
KONKURS NA BOSKĄ STYLÓWECZKĘ! WYNIKI
Wielkimi krokami zbliża się oszałamiająca i okrągła liczba DZIESIĘCIU TYSIĘCY boskich fanów na FB… Dlatego BPM już przebiera nóżkami ;) Niby nic takiego, a jednak strasznie to miłe, że jest Was tylu, coraz więcej, mimo tego, że czasem dajemy ciała i żyjemy własnym - acz boskim ;) - życiem… na blogu nas ostatnio mało, ale już niedługo powiemy, czemu. Powodów jest kilka :) Ale o tym kiedy indziej ;)
Dzisiaj chciałybyśmy podziękować Wam za każdy dzień i za każdy zakup <3 Wiele tych paczuszek już było i za każdym razem bardzo się cieszymy, że komuś sprawi przyjemność boski produkt.. Naprawdę to doceniamy! I dlatego wymyśliłyśmy: chcemy Was zaprosić do konkursu! Zabawy! Dla wszystkich naszych fanów i wszystkich naszych klientów, dzięki którym serce roście każdego dnia, po każdym miłym słowie od Was do nas… :)
Wiemy, że już wielu z Was ma w swojej szafie coś boskiego. Apaszkę, czapeczkę, ubranko, kocyk, bambama… Cokolwiek! Prosimy Was dzisiaj, byście w dniach od 10 do 24 czerwca nadesłali nam zdjęcie swoje lub swojego dziecka z boskim ciuszkiem lub dodatkiem. Słowem -
OGŁASZAMY KONKURS NA BOSKĄ STYLÓWECZKĘ!
czwartek, 21 maja 2015
PANDA GANG! Czyli zestawy dla mam i dzieci!
Od trzech tygodni trwa u nas blogowy post (nie post, tylko post ;) haha), bo tyle się u nas dzieje, że słowami ciężko to opisać. Boska rewolucja to mało powiedziane! Już niedługo podzielę się z Wami prawdziwą bombą, a uwierzcie, jest na co czekać ;) Ale ten projekt jeszcze trochę czasu potrzebuje, dlatego póki co możemy w tajemnicy zacierać rączki. Jednak przyznaję - ciężko mi się teraz skupić na codzienności ;)
Uświadomiłyśmy sobie z Martą, że nie pokazałyśmy Wam wielu pięknych fot z naszej ostatniej sesji - a szkoda, a szkoda! Na pierwszy ogień zatem idzie seria, która - już widzimy - podbiła Wasze serca! Tak samo jak i nasze… PANDA GANG <3
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Boyhood bedroom / Królestwo Braci Be vol. 2 - EFEKTY!
Jakiś czas temu, wobec rozpadających się mebli i wrażenia bycia zalaną przez monstrualną ilość dziecięcych RZECZY (zabawek, ubrań, poduszek, ręczników, bielizny itp, itd), z których ani jedna nie pasowała do drugiej, powiedziałam sobie DOŚĆ! Nie zniesę dłużej skarpet wychodzących z pojemnika na klocki, ani kart do gry wymieszanych z Felkowymi maskotkami. Za mało miejsca, niefunkcjonalne pojemniki na zabawki, źle rozplanowana przestrzeń, dzieci skaczące po głowie, bo nie mieli nawet gdzie się podziać w swoim własnym pokoju… Koniec! Basta! Nadeszła era nowego porządku!!!
Od postanowienia do czynów nie minęło wiele czasu: w dwa tygodnie mieliśmy wspaniałą szafę, kolejny tydzień później dzięki życzliwym duszom z boskiego FB i DPD Gdańśk, mieliśmy nasze wymarzone łóżko. Malowanie zajęło przysłowiowe pięć minut, ale… wtedy przyszła pora na Telesfora - czyli na mnie i moje skomplikowane pomysły na dekoracje i ich realizacje :D
Dzisiaj, chociaż zajęło mi to tradycyjnie dużo dłużej niż planowałam, mogę stwierdzić: EFEKT JEST OSZAŁAMIAJĄCY! Chcecie się przekonać? :D
środa, 22 kwietnia 2015
środa, 25 marca 2015
Boyhood bedroom / Królestwo Braci Be vol. 1
Dziś zapraszam na post bardzo spontaniczny! Garść wnętrzarskich inspiracji i - tak, frustracji. Otóż tradycyjnie... nie mogę się zdecydować! A czasu mało i coraz mniej - bo uparłam się, by nowy pokój moich trzech budrysów gotowy był jeszcze przed Wielkanocą. Przynajmniej w większości, bo nie mam złudzeń, dopieszczać go będę jeszcze bardzo długo.
(fot. Pinterest)
czwartek, 12 marca 2015
Mała Panda, wielka radość!
Moje najmłodsze dziecię, Felek, od małego był niezwykle stałym w uczuciach chłopcem. Gdy miał ledwo ponad rok i był, jakby się wydawało, dziecięciem totalnie nieświadomym ;) oglądał ze starszymi braćmi "Króla Lwa". Raz się zakochawszy - przez następne dwa lata katował nas w kółko tą jedną bajką. Mufasa, Pumba, Timon, Nala, ale najbardziej - Simba, doszczętnie zdominowały jego gust i poczucie estetyki. Wszystko z Simbą było fajne, wszystko bez - o wiele gorsze ;) Za tę stałość w uczuciach podziwiałam go niezwykle, ciesząc się właściwie, bo cokolwiek z ulubionym bohaterem dostarczało mu niezwykle dużo radości - potrafił się nawet popłakać ze szczęścia na widok "simbowej" kolorowanki (SERIO!).
Ostatnio jednak przyszedł czas na zmianę - i oto od jakiegoś pół roku mamy nową obsesję, zwaną... PANDOZĄ!
sobota, 7 marca 2015
Bakszysz, bakszysz...
Egipt, jak większość zresztą afrykańskich krajów, to kraj wielu kontrastów. Ogromnych kontrastów. I tajemnic! Już drugiego dnia, po pobieżnym, pierwszym oglądzie, przeciętny turysta zadaje sobie pytanie: no jak to jest, do cholery, możliwe, że ten kraj kilka tysięcy lat temu był tak rozwiniętą cywilizacją!? Wytworzyli skomplikowany alfabet, infrastrukturę i ukształtowali skomplikowaną strukturę społeczną, a także kult i obrzędowość godną podziwu; do licha, budowali piramidy, technologią dla nas niepojętą do dzisiaj!
Dzisiaj - praktycznie nic z tego nie zostało. Oprócz marzeń, a nawet pewnym niezrozumiałym przekonaniu o własnej potędze..
wtorek, 3 marca 2015
Rajskie wakacje w Marsa Alam
Pewnie spora część tych z Was, którzy czytali moje zeszłoroczne, mega entuzjastyczne wpisy z upojnego wyjazdu do "Hameryki" (tu:) była zdziwiona, widząc w tym roku tylko Martę w Nowym Jorku. Ba! Sama byłam zdziwiona i zaskoczona swoją decyzją ;) Opcja tak tanich biletów, świetne towarzystwo (sami najlepsi przyjaciele), i w końcu - Nowy Jork była przecież nie do odpuszczenia... gdyby nie jedna, niefortunna okoliczność: wyjazd wypadał idealnie w trakcie zimowych ferii moich starszaków. A obiecaliśmy dzieciom już dawno, że zabieramy je na ferie do Egiptu... A przecież słowa danego dzieciom nie można złamać!
Na początku lutego wyruszyliśmy zatem do Afryki, skąd przywieźliśmy mnóstwo wrażeń... i jeszcze więcej zdjęć :D Na pewno nie skończy się na jednym wpisie! Dzisiaj pokażę Wam, dlaczego Egipt nazywany jest turystycznym rajem, a właściwie, czemu jest rajem dla mnie. Ale już w następnej relacji pokażę Wam mniej kolorowy obraz tego kraju nad Nilem.. bo gorzkich stron ma więcej niż tych słodkich. Ale dzisiaj - tylko jasna strona księżyca!
wtorek, 24 lutego 2015
Zdążyć do Nowego Jorku przed trzydziestką
Siedzę, pisząc ten post, pod kocem, na swojej wysłużonej sofie i jak tylko uzmysłowię sobie, że długo wyczekiwana, wymarzona i planowana od wielu lat podróż do Nowego Jorku jest już za mną, trudno mi w to uwierzyć. Szybko przypominam sobie najważniejsze kadry z wyjazdu, jakby sprawdzając, czy historia naprawdę miała miejsce. To tak jak wtedy, gdy boimy się, że zgubimy jakąś cenną rzecz i sprawdzamy tysiąc razy, czy na pewno leży tam, gdzie ją odłożyliśmy. Wydawało mi się nierealne, że zdążę odbyć podróż życia przed trzydziestką. Rzutem na taśmę udało się ;-)
środa, 4 lutego 2015
Ferie w boskiej pracowni, czyli panda w 5 minut! :D
poniedziałek, 2 lutego 2015
Łódzka przygoda BPM
Nigdy, naprawdę, nigdy nie przypuszczałam, że dojdę kiedyś do momentu, kiedy przestanę zauważać kolejne dni... że będą się one zlepiać ze sobą i będę dzielić je na okresy od Jednego Ważnego Wydarzenia do Drugiego Ważnego Wydarzenia. Tak, kiedyś wspominała mi o tym mama, babcia, tata, dziadek... "Po trzydziestce to zanim się zorientujesz, już będziesz przechodzić na emeryturę", mówili. No mówili, ale nie chciałam im wierzyć. Chciałam doceniać każdy dzień i cieszyć się z małych rzeczy. I naprawdę walczę o to, by tak było, buntuję się całą sobą, by nie ulec temu strasznemu pędowi, jednak powoli dochodzę do wniosku, że to niemożliwe... Czas ucieka mi przez palce. Z przerażeniem patrzę w kalendarz - już jest luty. LUTY! A co, do cholery, stało się z całym trzydziestojednodniowym styczniem!?
Ale jakby się tak zastanowić... to w styczniu odbyło się kilka ważnych dla BPM wydarzeń. Niektóre przeraźliwie smutne i tak prywatne, że pisząc o nich tutaj czułabym się jak obnażona wśród tłumu... a inne zupełnie około-firmowe i około-blogowe, o których na pewno chcielibyście przeczytać. Działo się tak wiele, że relacja zajęłaby kilkanaście stron, dlatego podzielę ją na trzy części. Dzisiaj opowiem Wam o pewnym wyjeździe do Łodzi, który mocno zaważył na naszej firmowej przyszłości. Nasze podniecenie sięga zenitu! W kolejnym wpisie - opowiem o naprawdę dobrym wydarzeniu w światku blogerskim, czyli o SeeBloggers, który miał miejsce w Gdyni w dniach 24-25 stycznia. A już w następnym wpisie, coby odpowiedzieć na Wasze liczne zapytania, opowiem, jak było w Norymberdze na corocznych i absolutnie doskonałych Targach Zabawek :) Tak, to wszystko wydarzyło się w styczniu ;-)))

Łódź, ranek na ulicy Piotrkowskiej
sobota, 10 stycznia 2015
Minuta ciszy...
Rok 2014 na końcówce tak przyspieszył, że ledwo wiedziałam, jak się nazywam.. dlatego gdy nadeszła świąteczna śpiączka, oddałam się jej bez granic. Nie pamiętam, jak długo żyję chyba, tak długiej przerwy od pracy, obowiązków, szkoły, tak długiego i obfitego obżarstwa i lenistwa ;) Być może doceniałam to wszystko podwójnie z tego względu, że dzieciaczki mam już naprawdę podrośnięte - ośmiolatek, sześciolatek i "mam cy latka, cy i pu", to już nie to samo co niemowlę, trzylatek i pięciolatek, oj nie ;) Różnica jest OGROMNA! Dzieci same z rana zrobią sobie nawet proste śniadanie (płatki z mlekiem, sok do picia ;) ), i same zorganizują sobie zabawę! Można spać do południa - a przez to siedzieć do nocy, katując po kilka filmów jednego wieczoru, albo cały serialowy sezon... ach! Czy to nie wspaniałe?! Ale za to wyobraźcie sobie, jak ciężko jest wrócić do codziennego kieratu - zamiast o 11, wstawać o 6:30, o zgrozo.. robić kanapki, napełniać bidony, pakować plecaki, ścielić łóżka i samemu zbierać się do pracy.. auć. Chyba dlatego dopiero dziesięć dni po Nowym Roku zabieram się za post ;) Z lenistwa po prostu mi się nie chciało :P A CO! Kto mi każe ;)
Oczywiście, że powinnam wam podesłać fotki świąteczne, postanowienia noworoczne, ale się przeterminowały już. I brrr. wiem, że macie dość, na każdym blogu przewinął się już ten temat ;) No ale jak to, BPM bez zdjęcia choinki... no kiddin.. To chociaż tyci, tyci, jak spędzaliśmy Święta - te kilka fot pokaże wam, jak było super, domowo, sielsko, spokojnie!
wtorek, 30 grudnia 2014
O tym, że podróże (z dziećmi) naprawdę kształcą ;-)
Wpis miał być przedświąteczny. Zdjęcia dawno dodane, treść obmyślona, nic tylko pisać i publikować. Ale byłoby za pięknie ;-) Sto milionów spraw do załatwienia w naszym sklepie w przedświątecznym szale skutecznie zablokowało wszelkie inne akcje BPM ;) Było naprawdę gorąco! Jęzory miałyśmy wywalone do samiuśkiej ziemi i chyba nie bardzo kontrolowałyśmy sytuację. Do tego sypiące się jak z rękawa choroby dzieci i nasze sprawiły, że w zasadzie wpadłyśmy w obłęd. Wraz z nastaniem Wigilii wyłączyłyśmy się na dobre. Taka przerwa była nam bardzo potrzebna. Co za dużo,to nie zdrowo ;) Na szczęście święta w tym roku trwały (i w zasadzie jeszcze trwają) wieczność, więc nic tylko korzystać.
Tak więc proszę. Zaległy wpis. Ale już nie świąteczny. Będzie trochę inaczej. Mianowicie o pewnej podróży. Z dziećmi, a jakże! Jakiś czas temu wpadliśmy z W. na pomysł, że na Mikołajki zabierzemy dzieci na wycieczkę. Taką niezwykłą, magiczną, pełną świątecznych światełek, dekoracji i niezwykłości. Jako pierwszy do głowy przyszedł nam Londyn. Opowieść Wigilijna, Ebenezer Scrooge łypiący oczami zza rogów, kolędnicy na ulicach. Nie mogło być inaczej. Poza tym znamy to miasto bardzo dobrze, mogliśmy sprawnie zorganizować wyprawę i uniknąć niespodzianek. Wszystko przygotowaliśmy koło dwóch miesięcy wcześniej, ale im bliżej terminu, tym bardziej byliśmy zestresowani. Jedna choroba za drugą, mało sprzyjająca pogoda, zbliżający się huragan Aleksandra (nieźle mi zamieszał w głowie i spowodował gonitwę myśli w stylu: Po co ja w ogóle pakuję się w taką pogodę z dziećmi do tego samolotu?). Ale udało się! Wsiedliśmy w TAKĄ pogodę do TEGO samolotu i polecieliśmy z naszymi dziećmi na wycieczkę pełną przygód i odkryć. Wnioski? Całe mnóstwo!
1. NOCNE I RANNE LOTY NIE DLA DZIECI
Przyznaję, bilety lotnicze kupiliśmy dość spontanicznie. Dopiero tuż przed wyjazdem zreflektowałam się, że wylot jest o 6.15!! Czyli z domu musieliśmy wyjść o 4.30! Pobudka dzieci w środku nocy (bo wstać musiały jeszcze przed 4), w dodatku zimą naprawdę mnie przerażała. Do tego stopnia, że sama tej nocy nie zmrużyłam oka. Okazało się, że zupełnie niesłusznie. Chlopcy zupełnie nie widzieli problemu, żeby zostać obudzonym jeszcze jak było ciemno i zimno. Szybko wskoczyli w ubrania i byli gotowi do wyjścia. No zuch chłopaki ;-) Po prostu drzemka przesunęła się na kilka godzin wcześniej. Żadnych innych pertrurbacji wynikających z tego faktu nie było. Dlatego jeśli czasem zastanawiacie się, czy dziecko da radę, odpowiedź jest twierdząca. Większy problem ze wstaniem w nocy prawdopodobnie będziecie mieli Wy, rodzice ;)
2. PODRÓŻE ZIMOWĄ PORĄ SA BARDZO UCIĄŻLIWE
Ile razy słyszałam: Po co jedziecie z dziećmi. Bez sensu. Tylko się umęczycie. Do tego zimą. Będziecie musieli ich ubierać i rozbierać co chwilę, na zewnątrz będzie zimno, nie będziecie mogli tak naprawdę nic zobaczyć i będziecie zmuszeni siedzieć w hotelu. Strasznie się najeżyłam i mocno zaparłam, żeby tak nie było. Plan podróży opracowaliśmy bardzo dokładnie, wiedzieliśmy, którego dnia gdzie jedziemy, kiedy i jak się tam dostaniemy. I faktycznie, o ile ubieranie i rozbieranie chłopców, a potem chodzenie z toną ubranek było trochę uciążliwe, jednak zupełnie nas nie zniechęciło. Chłopaki wyjątkowo współpracowali. Nie było sytuacji typu nie założę, nie chcę się ubierać, robię, co chcę. Nowe otoczenie i mnóstwo atrakcji sprawiły, że zapomnieli o swojej standardowej niechęci do ubierania ;-) A w hotelu w zasadzie nie bywaliśmy ;-) Rano i wieczorem, czyli na tak zwane spanie ;-) Chłopcy swoje drzemki odbywali w wózkach (dla Kuby musieliśmy pożyczyć. Całe szczęście, że Patrycja miała jeszcze spacerówkę po Felku).
3. MUZEA DLA MALUTKICH DZIECI SĄ MAŁO ATRAKCYJNĄ WYPRAWĄ
Do zadania podeszliśmy ambitnie. Muzeum Historii Naturalnej, Muzeum Nauki i Akwarium Londyńskie i Winter Wonderland w Hyde Parku. Te cztery miejsca chcieliśmy koniecznie zobaczyć. Dwa na dzień. Bez spinania się, na spokojnie. Jedna atrakcja, posiłek, druga atrakcja, posiłek. Drzemki tak wyliczone, żeby odbywały się w trakcie transferów z jednego miejsca do drugiego. Trochę się obawiałam, czy chłopcy będą zainteresowani muzeami. To jednak już trochę wyższa szkoła jazdy dla szkrabów. Kuba wydawał mi się bardziej prawdopodobny do czerpania jakiejkolwiek przyjemności z oglądania eksponatów, za chwilę kończy trzy lata i jest już całkiem rozumnym małym chłopcem. Ale półtroraroczny Maks był dla mnie ogromną zagadką. Tym bardziej, że trudno mu jeszcze skupić uwagę na krótkiej bajce. Co dopiero tak duży kaliber. Okazało się, że chłopaki byli zachwyceni! Trudno powiedzieć, czy bardziej spodobało im się Akwarium, czy Muzeum Historii Naturalnej (Muzeum Nauki ostatecznie odpuściliśmy). Oczywiście, że wycieczki odbywały się w trybie bardziej błyskawicznym niż ten, który zaserwowalibyśmy sobie podczas podróży we dwójkę. Ale i tak w Akwarium udało nam się spędzić dwie godziny, a w Muzeum Historii Naturalnej dwie i pół. Kuba do dzisiaj wspomina wielkiego T.Rexa albo rekina pływającego pod nogami. Chłonął tę podróż jak gąbka. Dla niego była to pierwsza podróż samolotem, pociągiem i autobusem. Dla małego chłopca to naprawdę nie lada atrakcje. I taksówki, gdzie siedziało się bez fotelika, naprzeciwko mamy i taty. Do tego chłopcy uwielbiają hotele. Zawsze są zachwyceni, gdy nocujemy poza domem. A że już trochę wypraw po Polsce mamy za sobą, zawsze, gdy słyszą jedziemy do hotelu są w siódmym niebie.
Przyznam, że trochę do tej pory byłam zdania, że podróże z małymi dziećmi to jednak trochę droga przez mękę. U nas sytuacja się dublowała, bo między chłopcami jest niecałe półtora roku różnicy. Więc sytuacja zazwyczaj wygląda tak, że robimy to samo, co w domu (przewijanie, karmienie, przebieranie), tylko, że gdzie indziej, czytaj w trudniejszych warunkach. Pamiętam, jak z półrocznym Kubą byliśmy w Berlinie. To naprawdę była ciężka wyprawa. Żar lał się z nieba, Kuba akurat zaczął ząbkować, więc większość wycieczki nam przepłakał, do tego zepsuło nam się auto i z Niemiec wracaliśmy na lawecie. Ta pełna fatalnych zwrotów akcji wycieczka skutecznie mnie zniechęciła do podróżowania z dzieckiem. Było naprawdę ciężko, pamiętam do dziś miny ułożonych i bezgłośnych Niemców, kiedy schodziliśmy na śniadanie, a Kuba włączał swój ryk ekstremalny, bo akurat swędziały go dziąsła. Jak zazwyczaj potrafimy siedzieć na śniadaniu wyjazdowym dwie godziny, tak tym razem zajmowało nam to raczej dwie minuty. Choć przyznaję, że jak dziś oglądam zdjęcia, cieszę się, że tam byliśmy. Mamy piękną pamiątkę, a z licznych perturbacji naprawdę ciągle się smiejemy. Na szczęście podróż do Londynu przebiegła dosłownie jak po maśle. Z jednym małym wypadkiem... Powiem tylko, że prawie nie zdążyliśmy na samolot powrotny. Wszystko przez to, że zamiast do autobusu 414, wsiedliśmy do autobusu 14 i wywiózł nas na drugi koniec miasta. A potem powrót do punktu docelowego, w szczycie, był prawie niemożliwy. Wszystkie taksówki zajęte, autobusy stojące w korku, ogromne tłumy ludzi. Wpadliśmy na lotnisko dwie minuty przed zamknięciem bramek. Z totalną histerią. Ale to już nie wina dzieci, a naszego gapiostwa. Oni tę gonitwę przez miasto znieśli dzielnie ;-) Poza tym czym byłaby podróż bez jednej wielkiej historii ;-)
Naprawdę dużo wynieśliśmy z tego krótkiego wypadu. Ja sama pokonałam wiele strachów. Że mojemu dziecku może być niekomfortowo, że wcale nie będzie zadowolone z podróży, że dla niego to żadna różnica, czy pojedzie na Kaszuby, czy za granicę. Wiele się nauczyłam o sobie i o dzieciach. Jednak podróże kształcą i to wielowymiarowo. Szczególnie te z dziećmi ;-)
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Bosko na święta!
Kochani, okres świąteczny zbliża się nieubłaganie, a my jeszcze nie zaprezentowałyśmy Wam naszych specjalnych świątecznych wzorów. Poprawiamy się zatem i zapełniamy nasz sklep świąteczną ofertą. A tam zawieszki, które mogą służyć jako bombki albo girlandy. Świąteczne wzory poduś. Nawet BamBamy z elfimi uszkami. Spadł nam kamień z serca. Bo jak to tak święta bez odpowiedniej oprawy? Od razu poczułyśmy się jak część Mikołajowej ekipy, w pracowni zrobiło się strasznie nastrojowo. Światełka i te wszystkie świąteczne stwory i dodatki. Och i ach ;-)
Jeszcze tylko dziś generalne sprzątanie i będziemy zwarte i gotowe na święta. Przyznam, że ostatnio u nas trochę nerwowo. Przygotowujemy się na warszawski Yard Sale (Pałac Kultury i Nauki, 20/21 grudnia 12-19) i zgrzytamy zębami z niepokoju, czy wyrobimy się z przygotowaniem wszystkiego, co chciałyśmy przygotować. Zapału mamy dużo, ale doba niestety nie jest elastyczna, a spać czasem też trzeba ;-)
BamBamowe elfiki
Zawieszki/bombki/girlandy
I milusie podusie
Świątecznych inspiracji szukajcie tutaj: http://boginieprzymaszynie.shoplo.com/kategoria/bosko-na-swieta
I jeszcze o pięknej akcji, zapoczątkowanej przez Crazy J&Z, pod patronatem Caritas Polska. Dziewczyny nominowały polskie marki do wystawienia swoich produktów na aukcjach charytatywnych. Nominowana marka musi nominować kolejną i tworzy się łańcuszek. O ile nie jesteśmy zwolenniczkami łańcuszków i tym podobnych akcji, w tym wypadku nie wyobrażałyśmy sobie odmówić. Dziękujemy Rafinerii Cukru za nominację i tym samym puszczamy nowinę dalej w świat i prosimy Booso o dołączenie się do akcji. Jeżeli więc nie macie jeszcze prezentu pod choinkę, może warto przejrzeć szereg aukcji charytatywnych, np. na Allegro i przy okazji komuś pomóc. My prezentujemy naszą małą cegiełkę: Felę i sukienkę denim (w rozmiarze do wyboru). Wierzymy w Wasze szczodre serca!

I jeszcze kolejna akcja, o której nie mogłybyśmy nie napisać. Książka Zwierzaki Pocieszaki to dziesięć rymowanych wierszyków o zwierzakach, np. Lisku Hipisku czy Kotku Kłopotku, zwieńczonych morałem. Historia każdego zwierzaka to dzieło jednej blogerki. Każda sprzedana sztuka to 29,99zł przekazana na konto Fundacji "Kawałek Nieba" z Rumi (kwota jest minimum wymaganym do otrzymania książeczki, ale jest cegiełką, więc można wpłacać więcej).
czwartek, 11 grudnia 2014
Gorączka przedświąteczna, czyli jak oszalałam w grudniu
Kocham Święta. Kocham atmosferę, prezenty, wystrój, a nawet życzenia przy opłatku i te mokre całuski z rodziną. Wszystko mi się klei w jedną, piękną i wzruszającą całość. A już widok moich dzieci - co nieco wkurzających na codzień - w wersji "aniołek przy choince" jest niczym miód dla serca. I słodzę się nim się w chwilach zwątpienia przez - co najmniej - kilka następnych miesięcy. Ale także co roku, mniej więcej na dwa tygodnie przed Świętami, dostaję po prostu... świątecznej gorączki, przez mojego tatę, przez lata, zwanej KOCIOKWIKIEM. Ma ona objawy podobne do gorączki krwotocznej, z utratą przytomności (przynajmniej chwilowo), drgawkami (z nerwów), a nawet symptomami opętania (przy wybieraniu prezentów) - włącznie. Co więcej, jestem pewna, że i wy doskonale znacie ten stan ;)
Co roku mam też PLAN. Boskie święta, cudny (i czysty! Musi być BŁYSK!) dom, przemyślane, trafione prezenty, ale niekupowane na ostatnią chwilę. Co roku sobie obiecuję, że to ostatni raz, kiedy dałam się tak zmanipulować, że nie mam czasu naprawdę wzruszyć się tą świąteczną atmosferą i w spokoju przeżywać przygotowania. W końcu to one są już połową tego, co lubię najbardziej...
Co roku chcę celebrować ubieranie choinki, śpiewać z dziećmi świąteczne piosenki (polecam Christmas Station, moje ulubione teraz radio - na tune.in!), piec i dekorować pierniczki...
Co roku BARDZO się staram... i nic mi z tego nie wychodzi!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)























