piątek, 7 marca 2014

Bardzo poważnie... o byciu środkowym bratem. I o pewnym leniwcu, co uleczy zbolałe serduszko



     Posiadanie trójki dzieci ma ogromne plusy. Właściwie dla mnie nie ma żadnych minusów. I mówię to z pełnym przekonaniem! Wiadomo, że bywają dni, kiedy miałabym ich po prostu ochotę wystrzelić w kosmos, a dwutygodniowe wakacje bez dzieci wydawały mi się ósmym cudem świata.. a jednak za nic nie wymieniłabym trójki na dwójkę, albo na jedno dziecko. Never. Mam poczucie idealnej pełni.

Trójka - tworzy grupę. Grupę zjednoczoną przeciw rodzicom i wspierającą siebie nawzajem. Czasami to okropne, bo nie mogę ich ujarzmić np w trakcie posiłku, jak dostaną głupawki. Na nic moje nerwowe pokrzykiwania, wystarczy, że spojrzą na siebie i znowu wybuchają śmiechem... Tak samo często, jak się bawią razem, tak samo często się kłócą. Ich wrzaski rodem z piekła mieszają się z odgłosem syreny, gdy któryś zaczyna wyć (moje dzieci bardzo rzadko płaczą, niestety!). A z drugiej strony...
Nie ma piękniejszego widoku, jak ten, gdy Filip czyta książkę Felkowi, jak ten, gdy Maksio z Filipem układają klocki. Jak ten, gdy razem kąpią się w basenie, szalejąc i chichrając się do rozpuku. Albo gdy grają w piłkę, lub w memo... Mogłabym tak patrzeć na nich godzinami - i duma mnie rozpiera.

Ale nie o tym ma być dzisiejszy post.

Troje dzieci to ogromne wyzwanie. Wcale nie dlatego, że trudno jest je ujarzmić. Nakarmić, ubrać, rozsądzić, zająć, wpiąć w foteliki, uśpić. Z tym nie mam żadnego problemu, chłopcy są już niemal samowystarczalni, zajmują się sobą. Ale jest jedna sprawa... z którą, mam wrażenie, zawodzę na całej linii. Od lat. Mój największy wyrzut sumienia.

Maksio.

Maksio jest synkiem "środkowym". Tylko półtora roku młodszym od Filipa i aż o trzy lata starszym od Felka. Jak Maksio się rodził, Filip był w najgorszym (dla mnie ;) ) okresie życia, kiedy nie umiał się jeszcze z nami porozumieć, a wiele chciał. Wszędzie właził i siał spustoszenie. Trzeba go było non stop pilnować, pouczać, a także - wszystkiego uczyć (jako pierwsze dziecko - Filip musiał być niemal książkowo: karmiony, przewijany, usypiany, a nawet rozrywki typu czytanie, uczenie wierszyków, codziennie, jak w totalitarnym reżimie itp, itd... potem mi już przeszło, na szczęście). Maksio był super grzeczny, pogodny, mało wymagający, godził się na wszystko. I troszkę go zaniechałam, eufemistycznie mówiąc... oczywiście, szybciej niż brat chłonął wszystko, pięknie sam jadł, angażował się szybko w zabawy, motorycznie rozwijał się niesamowicie szybko (miał raptem 3,5 miesiąca, jak zaczął czworakować - nie przesadzam, mam dowody ;) ). Rozwijał się samoistnie, "przy Filipie". Oczywiście, przy dwójce nie miałam już czasu planować dnia z zegarkiem w ręku i sporo chaosu wdarło się w naszą uporządkowaną dotychczas rzeczywistość, ale dużo też nowych spraw się pojawiało, wiadomo, jak to w życiu. KRótko mówiąc: decydowanie muszę powiedzieć - poświęciłam Maksiowi DUŻO mniej czasu niż Filipowi.

Gdy urodził się Felek, Maks miał trzy lata. Obaj z Filipem cudownie zareagowali na brata, nie byli zazdrośni nawet przez moment. I znowu, przez to, że oni się nie domagali wiele ode mnie - skupiłam się na tym najmłodszym. Wstyd się przyznać, ale pamiętam sytuacje, gdy przychodzili i ciągnęli mnie do grania w gry, a ja mówiłam "nie, bo teraz muszę Felka nakarmić / przewinąć / uśpić", albo "nie, bo Felek płacze", "bawcie się sami, w końcu macie siebie nawzajem do zabawy". Wstyd. Przyzwyczaiłam ich szybko do tego, że mama się z nimi nie bawi, organizuje wyjścia, spacery, ale w domu jest tylko dla domu i dla Felka. I po raz pierwszy zobaczyłam jak zły odnosi to skutek...
Filip zaczął mieć problemy z zachowaniem w przedszkolu, a Maks ciągle marudził, narzekał, bardzo dużo płakał, wymuszając na nas różne rzeczy. Okropność, doprowadzało mnie to do szału, ale niestety nie od razu zauważyłam, skąd to się wzięło.. dopiero po jakimś czasie, po kolejnej przegadanej z mężem nocy doszłam do wniosku, że to nasza wina. Za mało uwagi im poświęcamy. Maksiowi szczególnie. Filip ciągle chwalony, bo starszy, naprawdę mega mądry, szybko łapie "w lot", a Felek najsłodszy, najmniejszy, a zobacz, jak chodzi już, a zobacz, jak śpiewa...
A Maksio - samopas trochę... bo nie miał jak dorównać starszemu bratu, i nie miał jak zniżyć się do Felka.

Dramat, ryczę jak to piszę, bo to 100% prawdy. Uświadomiłam to sobie wtedy, poczyniliśmy z mężem zdecydowane kroki i po jakimś czasie znowu sytuacja wróciła do normy. A raczej - było lepiej. Zapisaliśmy chłopaków na piłkę (zajęcia SOCATOTS), gdzie chodziliśmy razem z nimi - bez Felka, umówiliśmy się, że co najmniej raz w miesiącu wychodzimy gdzieś sami, np ja z Maksiem, D z Filipem. Na zmianę, żeby im pokazać, że nie zawsze wszystko razem, że oni, jako rodzeństwo, nie są zespolonym tworem, ale że każdy z nich osobno jest dla nas najważniejszy na świecie.
I udało się. Filipowi jak ręką odjął zniknęły problemy z agresją (złe słowo - ale miał jakieś głupie zachowania w przedszkolu), a Maksio znowu wyglądał na szczęśliwego i zadowolonego.

W międzyczasie... Felek urósł, poszedł do żłobka, ja założyłam bloga... i znowu zniknęłam. Tym razem czuję, że zostawiłam niejako samopas całą trójkę już. Wsiąkłam w nowe obowiązki - szycie traktuję tak samo poważnie jak blogowanie, nawiązywanie kontaktów, itp, itd - i naprawdę robię to kosztem dzieci. Staram się wychodzić z nimi, ale zimą pogoda nie sprzyja, a w domu zawsze milion rzeczy do zrobienia... Oczywiście, znowu zdałam sobie z tego sprawę .... za późno. Kolejny raz.

Niedawno zauważyliśmy z mężem, że Maksio znowu ma swój "trudny okres". Często płacze, tuli się, budzi się w nocy z płaczem. Mówi, że boi się czarownic, potworów, no ok, taki wiek, wyobraźnia hula... ale... czuję, po prostu czuję i serce mi pęka, że Maksio czuje się znowu opuszczony przeze mnie. Chociaż niby pamiętam o tym, żeby na równo ich chwalić, każdego za coś innego, w swojej dziedzinie, żeby każdy był w czymś najlepszy. Maksio już trzeci rok chodzi na piłkę, nie jest mistrzem, a nawet ciężko mu idzie ;) bo zbyt roztrzepany jest, ale widząc, jaką ma radość z tego, nie odebrałabym mu tego za nic. Maksio pięknie rysuje, ma śliczny głos - naprawdę, dużo ładniejszy od Filipa. Świetnie idzie mu na basenie! A jednak, mimo naszego "wzmacniania" znowu płacze, obraża się, szantażuje, wymusza, drażni (zwracając na siebie uwagę)...
Chociaż mówię im sto razy dziennie, jak ich kocham, codziennie daję tysiąc buziaków każdemu, na dzień dobry, dobranoc, na miły dzień... chociaż jakbym była w stanie, podarowałabym im każdą gwiazdkę z nieba! To jednak to znowu za mało...

Dlatego mam znowu zadanie: postanawiam od zaraz zakończyć z laptopem między 17 a 20. KONIEC, choćby się waliło i paliło. Codziennie PRZYNAJMNIEJ jedna gra lub jedna przeczytana książka, albo jedna wspólna zabawa w rysowanie, malowanie. I nie ma opcji innej, proszę mnie kopać w d... jak będę w tych godzinach na fb :P Taka dygresja ;)

Wracając do tematu.. Trudno jest być środkowym bratem... zawsze na przegranej pozycji. I jeszcze trudniej jest być mądrym rodzicem. Takim, który ma oczy i uszy na wszystko otwarte... Módlmy się, by ten Ktoś u góry nie poskąpił mi wrażliwości, wytrwałości, cierpliwości i tej matczynej intuicji, która pozwala zażegnać wszystkie kryzysy - zawczasu, zanim dojdzie do dramatu. Zdusić iskrę, zanim wybuchnie pożar. Uleczyć zbolałe serduszko, zanim całkiem pęknie - i zamknie się w sobie...


--------------------

Zupełnie nie chciałam aż tak się rozpisać, ale cóż, już się chyba przyzwyczailiście! BTW - cudowne komentarze pod wczorajszym postem - wszystkim obiecujemy uprawiać wolną amerykankę w dalszym ciągu. Chyba zresztą nie umiemy inaczej ;) Miło, że chcecie to czytać :)

Chcę wam koniecznie pokazać, jaki pomysł zrodził się mi w głowie, gdy Maksio po raz kolejny przyszedł z płaczem, że boi się czarownicy. Wczoraj wieczorem się zrodził, a dzisiaj, przy pomocy Filipa, narysowaliśmy go i uszyliśmy. A w mojej głowie natychmiast powstał "boski projekt" i podekscytowana byłam do głębi, aż spać nie mogłam - zawsze po tym poznaję, że to będzie dobre ;)

Projekt małego leniwca. Leniuszka. Maksia często tak nazywamy, bo to leniuch nie z tej ziemi. Proszony o posprzątanie pokoju ogląda się na Filipa, samemu przez piętnaście minut miętoląc klocek lego. Jeden. Chodząc w kółko po pokoju i przestawiając pudełka na zabawki, tak o 3cm ;) Albo nagle ma swój napad czułości i chodzi z ulubionym misiem. "Nie mogę sprzątać, bo muszę go przytulać, mamo!"
Zatem Leniwiec. Chciałam, żeby możliwie przypominał tego prawdziwego, a jednocześnie był wesoły i bardzo kochany. Na pocieszkę i do kochania. Wymyśliłam, że musi mieć uśmiechniętą buzię, długie łapy i długie nogi, żeby objąć swojego Nosiciela. I zapięłam je na rzepy. Mój Maksio od teraz może mieć przyjaciela, który zawsze z nim będzie - i nawet nie będzie musiał go ze sobą nosić!

Spotkaliśmy go w parku przy przedszkolu, dzisiaj, gdy odbierałam dzieci :)










Od razu się Maksia uczepił :D







Można skakać, nie trzymając Leniwca!


A chłopakom, coby też mieli coś uszytego przez mamę - uszyłam czapki wiosenne, pozostając w temacie "czapek z uszami" :) Filipowi, oczywiście, z rogami ;)




A Felkowi... Wstyd się przyznać, inspirowałam się... SIMBĄ. Nie żyrafą ;))) I totalnie mi nie wyszło, dzieciaki od razu uznały, że to żyrafa i koniec... ech ;)






























To ostatnie zdjęcie, mamo! 


Tak z tyłu wygląda zapięcie Leniwca :)


Czy jeszcze jakiś leniwiec na drzewie mieszka?





Leniuszka można też zapiąć jak plecak, na krzyż z przodu :))






 Felek się dorwał na chwilę :)




 Też się zakochał..










A tu wiosna :) W pełni!




 Nawet biedronka się ocknęła!



     Kurczę, cieszę się z tego Leniwca.. mam nadzieję, że spełni swoje zadanie. Jako przyjaciel, pocieszka i zabawka, która jest zawsze ze swoim właścicielem i nie krępuje ruchów. A sobie, jak mantrę muszę powtarzać - zakaz komputera, zakaz komputera, więcej uwagi... Trzymajcie kciuki, by się udało. I to nie na chwilę, ale już na zawsze. Najważniejsze moje zadanie w końcu to wychować synków tak, by byli pewni siebie, ufali drugiemu człowiekowi. Żeby byli szczęśliwi, uśmiechnięci, żeby czego jak czego - ale mogli być pewni mojego zainteresowania i bezkompromisowej miłości, w każdej sekundzie. By w chwili zwątpienia wiedzieli, że nie jest tak źle, bo jest ktoś, kto kocha mnie mimo wszystko, za wszystko... I by za trzydzieści lat, gdy będą mieli swoje dzieci, wiedzieli to samo co ja teraz - że nie ma na świecie nic ważniejszego, niż wychować szczęśliwe i dobre dzieci...


~ PaT

niedziela, 2 marca 2014

Kieleckie niespodzianki / targi "Czas dziecka"



    Ostatnie kilka dni spędziłam z mężem w Kielcach. Niejednokrotnie już tam byliśmy - rokrocznie organizowane są tam targi "Czas dziecka" - ale pierwszy raz nie byliśmy na chwilę, przejazdem, a zostaliśmy trzy dni. Byłam wielce zaskoczona... mega pozytywnie :) To miasto jest fantastyczne!


czwartek, 27 lutego 2014

Wiosna, ach to Ty ;)

Pogoda za oknem naprawdę zachęca do działania. Nie wiem jak Wy, ale ja, jak tylko poczuję pierwsze ciepłe promienie słońca, mam ochotę przeprowadzić małą rewolucję. Zrobić zmiany w mieszkaniu, kupić cięte kwiaty do wazonu, zmienić kolory ubrań. W tym roku zmieniam poszewki poduszek na soczyste. Trochę dość mam czarno-białych. W BPM-owych uszytkach też widać pierwsze mgnienie wiosny. Kolory bardziej radosne, wzory też. Pastele na kominkach jak pięknie wyglądają w jasnym otoczeniu. Wszystko to napawa mnie optymizmem.


niedziela, 23 lutego 2014

Jak wytrzymać z marudą, czyli dwa tygodnie z choruszkiem



     Chorujące dziecię w domu to zwykle sajgon... wizja spędzająca sen z powiek każdej mamie. Gdy nie możemy posłać dziecięcia do chwalebnej instytucji, zwanej żłobkiem lub przedszkolem, a w zamian za chorobowe nieprzespane nocki - w ciągu dnia musimy uruchomić pokłady kreatywności, by marudne dziecię czymś zająć w ciągu dnia... mamy często ochotę strzelić sobie wiadomo, gdzie ;)


sobota, 15 lutego 2014

Nadmorskie klimaty... czyli BPM z morza i marzeń



   
      Urodziłam się w Gdyni. Mój dziadek, odkąd skończył 17 lat, był marynarzem i zwiedził dosłownie cały świat... I opowiadał mi tysiące przygód, jakie spotkały go w podróży, pokazując pamiątki z najodleglejszych krajów. W czasach, gdy podróż do NRD była nie lada luksusem, ja słuchałam opowieści o Czarnym Lądzie i o dzikich, o słoniach, o australijskich kangurach (pal licho, czy dziadek naprawdę je widział :)) ). Jak byłam mała, dziadek był już na emeryturze i to on się mną zajmował, gdy rodzice szli do pracy. Codziennie prowadził mnie na spacer na gdyński bulwar, oprowadzał po statkach cumujących przy Skwerku Kościuszki, a ja nieświadomie wdychałam jod i po prostu wrastałam... w morze.



czwartek, 13 lutego 2014

Walentynkowy konkurs i powolny powrót do normalności

No więc niechybnie zbliżamy się do tego dla niektórych pięknego, dla niektórych nieco tandetnego i wymuszonego dnia w roku, zwanego Walentynkami. Z tej okazji, razem z cudnymi dziewczynami z MaMo organizujemy konkurs! Trochę na przekór tym maruderom, którzy woleliby zaszyć się tego dnia w domu i przeczekać. Marta i Monika podarowały na konkurs dwie sukienki (link do strony MaMo). Nic prostszego, żeby je zdobyć. Wystarczy przysłać nam kartkę Walentynkową własnego projektu. Technika nieważna ;) Dwie najładniejsze kartki wygrywają ;D




wtorek, 11 lutego 2014

Komplet od Tatusia :)



     Jeszcze jak byłam w Stanach przyszedł do nas wzruszający list. Nie pytałam o zgodę na publikację, więc z grubsza tylko opowiem. Pewien do szczętu zakochany w swojej nowonarodzonej córce, Matylce, oraz w jej mamie ;) Tatuś, postanowił spełnić skrywane marzenie swojej żony.




niedziela, 9 lutego 2014

Trzy boskie zestawy dla trójki cudnych dzieci - tym razem, nie moich :D




     Sezon na choróbska w pełni.. Ledwo Marta powoli, powoli wygrzebuje się ze swoich chorobowych atrakcij, ja wpałam w swoje :( Felek ma szkarlatynę, na szczęście dziś biega już jak nowy; za to zaraził się nią mój mąż, a teraz chyba pora na mnie... Koszmarnie się czuję - temperatura, mdłości i takie tam, chociaż jeszcze o żadnym konkretnym rozpoznaniu nie ma mowy. Czekam na rozwój wypadków.
Chciałam Wam pokazać moje ostatnie uszytki, ale niestety, cały dzień nie dałam rady zwlec się z łóżka, by je obfotografować... ale przypomniała mi się jedna mini - sesja, którą zrobiłam zupełnie przypadkiem już jakiś czas temu.


wtorek, 4 lutego 2014

Gala finałowa "O matko, jesteś kobietą" / Rodzinne ferie w Wierchomli


        Gdy decydujesz się na posiadanie dzieci, możesz pożegnać się z beztroskimi podróżami :) Nawet, jak przy odrobinie szczęścia (i pomocy babć, dziadków, cioć i kuzynek) się gdzieś wyrwiesz, ścigany będziesz niejasnymi wyrzutami sumienia. Na zmianę będą przelatywały przez twoją głowę myśli: "Należy mi się!" i "Jestem wyrodną matką!" - przy czym ta druga myśl stopniowo będzie zakorzeniać się w twojej głowie - im dłużej będzie trwała podróż, tym mocniej. (Tym bardziej, jak pomyślisz o tych Bogu ducha winnych dziadkach i ciotkach, którzy zostali obarczeni twoją własną gromadką i pewnie wyrywają już sobie włosy z głowy ;) )




niedziela, 2 lutego 2014

Rozwiązanie Wielkiego Konkursu Urodzinowego BPM. Wasze Boskie Projekty

Kochani! Ten konkurs absolutnie przerósł nasze oczekiwania! Na Boginiową skrzynkę mailową przyszły aż 264 projekty. Wow!!! Za wszystkie serdecznie dziękujemy. Naprawdę, chciałybyśmy nagrodzić wszystkie prace konkursowe, jesteśmy pod wielkim wrażeniem, ile energii, zaangażowania i czasu Was to kosztowało. Jest wokół nas tyle kreatywnych osób, które chcą spełniać swoje marzenia o szyciu i zrobią wszystko, żeby dopiąć swego.


 

sobota, 1 lutego 2014

Uszate szaleństwo :D czyli Bluza z uszami na brzuszku i uszate komplety!!!



     Wiem, wiem, wszyscy blogerzy piszą o konkursie Blog Roku 2013 ;) Ale my mamy pewną wielką, istotną zaległość, zapowiadaną od grudnia. Opublikowałyśmy ją już na facebooku, totalnie zapominając o publikacji na blogu. A przecież nie wszyscy mają i kochają facebooka, i chwała im za to :D

Oto nasza nowość :D