niedziela, 17 marca 2013

Mama potrójna, mama szyjąca, mama blogująca...


     Gdy niespełna dwa miesiące temu zdecydowałyśmy z Martą o założeniu bloga, nie spodziewałam się, że stanie się on dla mnie prawdziwą rewolucją. Niespodziewanie - wywrócił moje życie do góry nogami. Blog, a razem z nim kurs szycia, na który się zapisałyśmy, niemalże zdominował mój rozkład dnia. Nasz blog to nie tylko słowa pisane - główną treścią są nasze umiejętności, a żeby je pokazać - potrzeba czasu i zaangażowania. Najpierw do wymyślenia i przygotowania wykroju, do samego szycia, a wreszcie do zrobienia im zdjęć, obrobienia ich i zaprezentowania naszych "uszytków" na blogu. Czas, czas, czas... i chociaż przyjemność mam z tego ogromną, to - niestety! - jako potrójnej mamie wieczne mi go brakuje... staram się nagiąć dobę do maximum, ale nie jest to łatwe. Obiad musi być zrobiony, ciuszki wyprane i przygotowane do założenia, mieszkanko ogarnięte i czyste. A w tym szycie, robienie zdjęć, pisanie, a jeszcze kurs...
    Przyznaję się, że odkąd piszemy bloga ciągle zmagam się z wyrzutami sumienia... Najbardziej na moim zaangażowaniu w bloga ucierpiały moje dzieci, które kocham przecież ponad wszystko. Nie mam dla nich tyle czasu co wcześniej, nie pamiętam, kiedy ostatnio graliśmy w jakąś grę, bardzo rzadko razem rysujemy, malujemy, pieczemy, co wcześniej było niemal codziennością. Na okrogło powtarzam: "za chwilę", "zaraz", "jutro"... Czuję się z tym bardzo źle... Ale z drugiej strony - od sześciu ponad lat jestem mamą i dopiero teraz zaczęłam się realizować w nieco innej roli niż zwykle. I chyba mam prawo, by oprócz bycia mamą na pełen etat, robić coś, co sprawia, że czuję się szczęśliwa i spełniona? Tak się cieszę, że moje dzieci są ze mnie bardzo dumne, że każdemu gościowi pokazują to, co "mama uszyła", chwalą się w przedszkolu, że "mama umie szyć" - to stanowi dla mnie przeogromne wsparcie!
     Wczoraj znowu szykowałam zamówione poduszki i zajęłam moje dzieci nowo nagraną bajką. Aż tu dzieciaki mnie obsiadły i zaczęły prosić: " mamo, uszyj i mi poduszkę! I mi, i mi!". Zaczęły pokazywać na moje materiały i ścinki różne, co by chciały, co ma gdzie być na poduszkach. Znalazłam stary, polarowy koc i trzy niepotrzebne zamki, i tak zaczęliśmy wspólnie tworzyć. Każdy z chłopców wybrał sobie wzór, narysował na kartce, jak to ma wyglądać. Maksio wybrał miecz, Filip chciał piorun (aha ;) ), a nawet Feluś, zapytany, co ma być na podusi, powiedział: "iś! iś!" (czyli miś w wolnym tłumaczeniu ;) ). Postanowiłam z drugiej strony naszyć im literki z imionami. Tak powstały, wspólnymi siłami, niejako z resztek i znienacka - trzy poduchy, które niesamowicie uszczęśliwiły moje dzieci. Służą już jako przytulanki, jaśki do spania, pocieszyciela, gdy wybuchnie jakaś mała afera ;) A najbardziej zadowolony z niej jest Filipek, który choruje mi troszkę, ma gorączkę, źle się czuje i ciągle łazi ze swoją "ukochaną", jak to mówi, podusią...

I tak sobie myślę... gdybym nie umiała ich uszyć, to co my byśmy robili wczoraj...? Filip chory, Felek zagilany, tylko patrzeć, jak Maksio złapie wirusisko. Nigdzie byśmy nie poszli, siedzielibyśmy w domu, oglądali bajki, może w coś zagrali... a tak bawiliśmy się razem i zrobiliśmy coś fajnego i innego niż wszyscy wokół :)))

Popatrzcie, jak fajnie poduchy prezentują się w dziecięcym pokoju :) Radochę widać gołym okiem :D A dla mnie taki widok jak miód na serce!












F M F - to mój dream team :))) 





 Chyba nie jest tak źle ze mną jeszcze, skoro radość moich dzieci jest dla mnie nadal najważniejsza :) Jestem w swoim żywiole, robię coś, co kocham, dzielę się tym z innymi, a powoli staje się też to moją pracą. Snuję więc cudowne plany, stawiam zamki na piasku, może z czasem staną się one rzeczywistością... Kto wie. Ale na pewno próbuję znaleźć jakąś swoją przestrzeń w domu zdominowanym przez dzieci, mężczyzn ;), a w dniu - konstruktywny czas dla siebie i swojej pasji. MUSI mi się udać jakoś to wszystko połączyć. Może, gdy kurs się skończy, będzie mi łatwiej? A z drugiej strony boję się, że zabraknie mi mobilizacji... Dużo będzie zależało wtedy tylko ode mnie, co z tym zrobię... Mam nadzieję, że za parę lat dzieci będą ze mnie dumne :)
~PaT

piątek, 15 marca 2013

Bluza - kosmiczno - klasyczna wariacja wiosenna by PaT


     Temat - bluzka, najlepiej koszulowa, ale Patrycja, jak zwykle, musiała temat zmodyfikować. Nie noszę koszul, a obserwując zmagania koleżanek z kołnierzykami, totalnie straciłam ochotę, by takową szyć. Po co, skoro pewnie (z powodu mojego roztrzepania) wyszedłby krzywy i nie chciałabym bluzki w ogóle nosić, nawet od święta ;) Kocham bluzy, po domu, na spacer.. ale polaru generalnie nie znoszę. Rzadko kiedy widzę z tego materiału coś ładnego, kojarzy mi się z absolutnie niekobiecymi bluzami sportowymi, rozciągniętymi i zmechaconymi ;) Ale ponieważ ceny dzianin dresowych mnie zniechęciły (37zł metr, potrzebowałam dwa), uznałam, że przyda mi się, w ostateczności, polarowa bluza do lasu ;) I tak oto kupiłam polar w naszej ulubionej hurtowni Textil Mar - 20zł za metr. Ale gdy zobaczyłam srebrny zamek... po prostu musiałam go mieć ;) Jak to jest, że nieraz zobaczysz coś, jakiś mały, nieznaczący z pozoru element i rozmyta, nijaka wizja nagle krystalizuje się w Twojej głowie? Po prostu, jeden zamek i bluza powstała dosłownie przed moimi oczami. Od razu ją zobaczyłam, jasno i wyraźnie. A na zajęciach spróbowałam się z nią zmierzyć. Lekko nie było, ale byłam mocno zdeterminowana i postanowiłam uszyć ją najlepiej jak umiem, najbardziej perfekcyjnie, jak na to pozwolą moje nienawykłe do perfekcji palce :)

     I oto jest. Bluza. Ma kaptur (bluza bez kaptura to jakaś pomyłka ;) ), srebrne akcenty i jest ściągana w pasie, a jednocześnie przedłużana na pupie. Odrobinę kosmiczna, trochę klasyczna, mocno wiosenna i ciepła.. Już ją uwielbiam :) A jak Wam się podoba?




Ubrałam ją na wiosenny spacerek z moim malutkim siostrzeńcem :)


















A tu już w domu, zdaję relację tacie przez telefon ;)



   
WIOSNO! PRZYBYWAJ! Mam już dość zimy, ale teraz mam przynajmniej coś, co mnie mocno ogrzeje, gdy męża nie ma w domu ;)))) Miłego dnia!

~PaT

niedziela, 10 marca 2013

Weekend, czas błogiego relaksu... CO!????


     Gdy zostajesz mamą, wszystko się zmienia. Począwszy od ciebie samej, przez twoje plany, aż do podejścia do życia. Jedną z tych rzeczy, których zmiany niemal natychmiast i boleśnie doświadczasz jest WEEKEND. To, co kiedyś było czasem, który mogłaś poświęcić na malowanie paznokci, oglądanie ulubionych seriali i wylegiwanie się w łóżku, okazuje się być czasem najbardziej wytężonej pracy.
     Pobudka o 6.30. Pierwsze śniadanie, rozlane mleko, wysypane płatki, ewentualnie parówka, którą znalazłaś rozciapaną pod nogą od krzesła. Kupa. Albo trzy kupy, z czego jedna rozsmarowana na pupie twojego najsłodszego brzdąca. Drugie śniadanie z mężem, który przecież ciężko pracuje cały tydzień i należy mu się wyspanie przynajmniej raz w tygodniu. Jak się wyśpi, to może nawet posprząta po śniadaniu? Kto wie?
Potem wyjście na spacerek, albo usypianie małego bąbla i organizowanie czasu starszakom. Potem obiad, który sam się nie zrobi i potem sam się nie uprzątnie. No i nie zapominajmy, że sam się też nie zje, nieraz podstępem i zachętą trzeba mu w tym pomóc, szczególnie, że zaplanowałaś bogatą w żelazo wątróbkę lub inne zdrowe specjały. No, bo jeśli frytki i paluszki rybne to masz problem z głowy, no ale i duszę na ramieniu. I tak dalej, i tak dalej... I naprawdę czasem wręcz marzysz o tym, by już był poniedziałek, ósma rano, kiedy dzieciarnia wychodzi do przedszkola, a ty możesz się szykować do pracy. Albo, jak ja, pracujesz w domu i gdy drzwi zamykają się za hałastrą, oddychasz z ulgą... i zabierasz się do ogarniania chałupy po tym Armageddonie :D
     Ale jakoś nie narzekam. Choć nie wiem, co to nuda i zdecydowanie nie wiem, za co mam się zabrać najpierw, bo ZAWSZE mam całą masę spraw ważnych i przeterminowanych, albo co najmniej palących, to czasem, gdy dzieci idą na noc do babci, ja nie umiem sobie miejsca znaleźć... Gdyby tej całej nieznośnej roboty nie było, co ja bym robiła całymi dniami? Co ja robiłam, gdy nie musiałam ciągle pokrzykiwać, wycierać, zamiatać, myć, przebierać, wrzeszczeć, chichrać się i gilgotać tałatajstwa? Naprawdę nie pamiętam.
     Ale ten weekend, być może dlatego, że przypadał tuż po milutkim święcie Dnia Kobiet, był też wyjątkowo miły. Krzyczałam, niestety, ale tylko trochę ;) Za to rysowaliśmy stópkami, lepiliśmy z ciastoliny, zrobiliśmy dyskotekę przy Fasolkach i nawet upiekliśmy babeczki. I chociaż zgadnijcie, kto musiał posprzątać, to był naprawdę fantastyczny czas! Nawet udało mi się skończyć poduszki, które szyłam na zamówienie. Popatrzcie sobie :D

Przygnieciony słodkim ciężarem, nie mógł odmówić komarkowi... szkoda, że mi się tak zdarzyć nie może :P Znacie to? :D



Mieszamy sobie:





No pycha... że palce lizać!


Aż Wanilia się zakradła, by spróbować :D


Pewne rzeczy natomiast się nie zmieniają... jak np odwieczna walka o wylizywanie miski...


Czy to możliwe??? Zgoda przy misce???





Felutek nie chciał pomagać, ale konsumować - oj, bardzo chętnie ;)


No boki zrywać ;)))


Nic już nie zostało, ale może nabierzecie ochoty na własne :D Smacznego!


A oto poduszki na zamówienie, które jeszcze wczoraj kończyłam, bo w końcu w weekend nie lubię się nudzić ;) Kto by lubił. Możnaby z wprawy wyjść. ;)


Miłej końcóweczki weekendu... A już jutro... Haha :D



~PaT

piątek, 8 marca 2013

Trochę koloru na początek wiosny

Nie wiem jak Wam, ale mi wiosna kojarzy się przede wszystkim z soczystymi, wyrazistymi kolorami. Nie znoszę okresu od stycznia do marca głównie dlatego, że wszędzie jest szaro, buro i ponuro. Na chodnikach leżą resztki zbitego śniegu, drzewa straszą swoimi chudymi sięgającymi w naszą stronę bezliściastymi gałęziami i jeszcze to mroźne powietrze. Nie, zdecydowanie nie lubię schyłku zimy. Na szczęście z początkiem marca coraz częściej temperatura przekracza magiczną granicę zera stopni Celsjusza, a powietrze ma charakterystyczny świeży zapach. To dla mnie co roku pierwszy sygnał, że zaczyna się piękne polskie przedwiośnie.
Zawsze mam wtedy ochotę porzucić smutne czerń i szarość i przybrać trochę koloru. Tym bardziej, że z wystaw sklepowych kuszą piękne, sorbetowe barwy. Dlatego też postanowiłam, że spodnie, które uszyję na kursie będą żywe, w sam raz na wiosnę i lato.
A zaczęło się tak:


Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że pomiary, przygotowanie konstrukcji spodni na podstawie wzorów, wycięcie modelu z papieru połpergaminowego i ułożenie go odpowiednio na materiale tak, by potem nogawki się nie skręcały, za pierwszym razem może zająć kilka godzin!
Samo szycie to już przy tym wszystkim pestka! Kurs naprawdę zmienił moje spojrzenie na wiele spraw. Okazało się, że tak naprawdę staranne przygotowanie wykroju to już większość sukcesu.

Materiał na spodnie to dzianina, tym razem poliestrowa. Zadecydowały względy ekonomiczne: bałam się wydawać pieniądze na dzianinę bawełnianą, bo jest dość kosztowna, a przy pierwszym podejściu do spodni miałam wiele wątpliwości. Kieszonki wykonałam ze ścinków materiału, z którego Patrycja szyła spódnicę (bawełna z elastanem, o ile dobrze pamiętam):

http://www.boginieprzymaszynie.blogspot.com/2013/02/brand-new-moja-wasna-spodnica-vol1.html

Oczywiście projekt moich pierwszych spodni odbiega od pierwotnego wzoru . Wynika to głównie z tego, że coś przeoczyłam właśnie na etapie pomiarów i krojenia materiału. Na szczęście wszelkie pożary udało się ugasić, a efekt prezentuję poniżej.
I jak Wam się podoba?












 Na koniec zdjęć zrobiło się niestety bardzo zimowo, kurtka puchowa była niezbędna!


poniedziałek, 4 marca 2013

Kocyki - dla Małej Księżniczki i dla Małego Księcia - PaT



     Dobra. Mamy XXI wiek, mamy sieciówki i niemalże wszystko, o czym moglibyśmy zamarzyć - jest na wyciągnięcie ręki. Czasem tylko trzeba głęboko do portfela sięgnąć, ale jakby się uparł - to jest. A jednak doskonale jest mi znane uczucie, że "jeszcze nie znalazłam tego, czego szukam"... a najlepiej poznałam je wtedy, kiedy oczekiwałam narodzin Felutka. Ponieważ absolutnie nie zakładałam, że będę mieć trzecie dziecko, to gdy tylko Maksio podrósł, od razu wydałam wszystkie dziecięce akcesoria. Tym bardziej, że - umówmy się - za trzecim razem to już naprawdę powinna być dziewczynka i na pewno obkupiłabym ją w słodki róż! I tak pościel, kocyki, ciuszki, wózek, zabawki dla malucha, dosłownie WSZYSTKO zostało rozdane, bądź sprzedane. A tu nie minęły trzy lata i znowu spodziewałam się synka... :) I wtedy zaczął się szał. Wiedziałam, że to już ostatnie nasze maleństwo i zaczęłam spełniać swoje marzenia w kwestii wyboru ciuszków i akcesoriów. Wszystko musiało być idealne, prześliczne, jedyne, wyjątkowe i niepowtarzalne; każda para skarpetek, każde prześcieradło zostało przeze mnie tak wyselekcjonowane, jakby od mojego wyboru zależał co najmniej los Afryki. Ale - wtedy nie szyłam... nawet do głowy mi nie przyszło, że mogłam spróbować...! (I jak ja tego żałuję! Uwierzcie mi, że odkąd szyję dopuszczam nawet myśli o czwartym dziecku, żywej reklamie moich własnoręcznie wykonanych niemowlęcych pierdółek! :))) ) Bo czy jest coś przyjemniejszego, niż widok naszego wyczekanego maleństwa, otulonego jedynym w swoim rodzaju, unikatowym, przygotowanym z miłością kocykiem, pieluszką, podusią, ciuszkiem, czapeczką, śpiworkiem itp..?

Ale póki ten błogi stan nie nastąpi (a na pewno nie nastąpi w ciągu najbliższych lat, a może jednak w ogóle, zależy od tego, czy i kiedy wygramy w tego totka ;) ), to muszę szyć te drobiazgi urocze dla innych cudownych dzieci. Muszę - nie dlatego, że ktoś tego ode mnie wymaga, ale po prostu MUSZĘ, bo bardzo, bardzo chcę. Jest coś niesamowitego w maleństwie - człowiek chciałby otoczyć je absolutną opieką, ochronić przed wszelkim złem, zawinąć w kokonik bezpieczeństwa, gdzie jest miękko, przyjemnie, delikatnie i ciepło... Czy jest coś, co lepiej spełni tę rolę niż kocyk?
I cudowna się nadarzyła okazja - moja przyjaciółka już za trzy tygodnie rodzi swoje dwa upragnione maluszki (tak, bliżniaki! I to wyjątkowe - chłopiec i dziewczynka! Prawda, jak to się pięknie czasem plecie? Najpierw długi czas starań, a zaraz potem spełnienie najskrytszych marzeń - razy dwa!). W sobotę odbył się Gosiowy baby shower i zaniosłam tam dwa kocysie, w które włożyłam całe swoje serce.

Kocyki są cienkie, bo taki był zamiar - mogą służyć i latem, i zimą, a nawet jako pled na łóżko. Rozmiar 75x100cm, wykonane z bawełnianego weluru, podbite bawełnianą pikówką (a co, maluszki też muszą być trendy :D). Czyli 100% bawełny, mięciuteńkiej jak kokonik. No i label label :D Czyli najmodniejsze w tym sezonie ;) metkowe szaleństwo! Potrójnie zabezpieczone przed wyrwaniem :)))

KOCYK MAŁEGO KSIĘCIA









KOCYK MAŁEJ KSIĘŻNICZKI












A jak Wam się podobają? Jeśli chcielibyście takie cudeńko - z wypełnieniem lub bez, piszcie na boginieprzymaszynie@gmail.com
Cena do ustalenia, zależnie od wymiarów, materiałów, aplikacji i innych Waszych zachcianek :) 

PaT