Gdy zostajesz mamą, wszystko się zmienia. Począwszy od ciebie samej, przez twoje plany, aż do podejścia do życia. Jedną z tych rzeczy, których zmiany niemal natychmiast i boleśnie doświadczasz jest WEEKEND. To, co kiedyś było czasem, który mogłaś poświęcić na malowanie paznokci, oglądanie ulubionych seriali i wylegiwanie się w łóżku, okazuje się być czasem najbardziej wytężonej pracy.
Pobudka o 6.30. Pierwsze śniadanie, rozlane mleko, wysypane płatki, ewentualnie parówka, którą znalazłaś rozciapaną pod nogą od krzesła. Kupa. Albo trzy kupy, z czego jedna rozsmarowana na pupie twojego najsłodszego brzdąca. Drugie śniadanie z mężem, który przecież ciężko pracuje cały tydzień i należy mu się wyspanie przynajmniej raz w tygodniu. Jak się wyśpi, to może nawet posprząta po śniadaniu? Kto wie?
Potem wyjście na spacerek, albo usypianie małego bąbla i organizowanie czasu starszakom. Potem obiad, który sam się nie zrobi i potem sam się nie uprzątnie. No i nie zapominajmy, że sam się też nie zje, nieraz podstępem i zachętą trzeba mu w tym pomóc, szczególnie, że zaplanowałaś bogatą w żelazo wątróbkę lub inne zdrowe specjały. No, bo jeśli frytki i paluszki rybne to masz problem z głowy, no ale i duszę na ramieniu. I tak dalej, i tak dalej... I naprawdę czasem wręcz marzysz o tym, by już był poniedziałek, ósma rano, kiedy dzieciarnia wychodzi do przedszkola, a ty możesz się szykować do pracy. Albo, jak ja, pracujesz w domu i gdy drzwi zamykają się za hałastrą, oddychasz z ulgą... i zabierasz się do ogarniania chałupy po tym Armageddonie :D
Ale jakoś nie narzekam. Choć nie wiem, co to nuda i zdecydowanie nie wiem, za co mam się zabrać najpierw, bo ZAWSZE mam całą masę spraw ważnych i przeterminowanych, albo co najmniej palących, to czasem, gdy dzieci idą na noc do babci, ja nie umiem sobie miejsca znaleźć... Gdyby tej całej nieznośnej roboty nie było, co ja bym robiła całymi dniami? Co ja robiłam, gdy nie musiałam ciągle pokrzykiwać, wycierać, zamiatać, myć, przebierać, wrzeszczeć, chichrać się i gilgotać tałatajstwa? Naprawdę nie pamiętam.
Ale ten weekend, być może dlatego, że przypadał tuż po milutkim święcie Dnia Kobiet, był też wyjątkowo miły. Krzyczałam, niestety, ale tylko trochę ;) Za to rysowaliśmy stópkami, lepiliśmy z ciastoliny, zrobiliśmy dyskotekę przy Fasolkach i nawet upiekliśmy babeczki. I chociaż zgadnijcie, kto musiał posprzątać, to był naprawdę fantastyczny czas! Nawet udało mi się skończyć poduszki, które szyłam na zamówienie. Popatrzcie sobie :D
Przygnieciony słodkim ciężarem, nie mógł odmówić komarkowi... szkoda, że mi się tak zdarzyć nie może :P Znacie to? :D
Mieszamy sobie:
No pycha... że palce lizać!
Aż Wanilia się zakradła, by spróbować :D
Pewne rzeczy natomiast się nie zmieniają... jak np odwieczna walka o wylizywanie miski...
Czy to możliwe??? Zgoda przy misce???
Felutek nie chciał pomagać, ale konsumować - oj, bardzo chętnie ;)
No boki zrywać ;)))
Nic już nie zostało, ale może nabierzecie ochoty na własne :D Smacznego!
A oto poduszki na zamówienie, które jeszcze wczoraj kończyłam, bo w końcu w weekend nie lubię się nudzić ;) Kto by lubił. Możnaby z wprawy wyjść. ;)






























