Moje najmłodsze dziecię, Felek, od małego był niezwykle stałym w uczuciach chłopcem. Gdy miał ledwo ponad rok i był, jakby się wydawało, dziecięciem totalnie nieświadomym ;) oglądał ze starszymi braćmi "Króla Lwa". Raz się zakochawszy - przez następne dwa lata katował nas w kółko tą jedną bajką. Mufasa, Pumba, Timon, Nala, ale najbardziej - Simba, doszczętnie zdominowały jego gust i poczucie estetyki. Wszystko z Simbą było fajne, wszystko bez - o wiele gorsze ;) Za tę stałość w uczuciach podziwiałam go niezwykle, ciesząc się właściwie, bo cokolwiek z ulubionym bohaterem dostarczało mu niezwykle dużo radości - potrafił się nawet popłakać ze szczęścia na widok "simbowej" kolorowanki (SERIO!).
Ostatnio jednak przyszedł czas na zmianę - i oto od jakiegoś pół roku mamy nową obsesję, zwaną... PANDOZĄ!