wtorek, 31 maja 2016

Alleluja! Powstałam z martwych

Mam ochotę powiedzieć kopę lat. Tak dawno mnie tu nie było. Kiedy spojrzę na swój ostatni wpis z lutego własnym oczom nie wierzę! Przeleciało tak szybko, że mam wrażenie, że minęły najwyżej trzy tygodnie. A tu trzy miesiące mijają. Nie wyobrażajcie sobie, że siedziałam na Bahamach z drinkiem z palemką, zastanawiając się, czy danego dnia w ogóle warto wstać. Rzeczywistość była zupełnie bardziej prozaiczna. I ciężka do tego. Na co dzień, oprócz opieki nad małą Polą i ciągle jeszcze małymi chłopcami, ogarniałam tzw zaplecze BPM. Paczki, maile, listy, księgowość, przeprowadzkę. Przez ten czas w zasadzie nie ściągałam dresów, a z zasobów mojej kosmetyczki makijażowej korzystałam nad wyraz sporadycznie. Zatraciłam się trochę w tym wszystkim. Miałam świadomość, że Patrycja przy bliźniakach zupełnie nie wyjdzie z domu, a ja z jedną Polą już dam radę. Nie lubię się nad sobą użalać, więc zagryzłam zęby i pchałam ten swój klekoczący wóz do przodu. Ale dziś mogę powiedzieć, że wzięłam zdecydowanie za dużo na swoje barki, które są obecnie już bardzo wątłe. Przyznaję, że w klekoczącym wozie nieraz po drodze odpadło koło. Nie zawsze potrafiłam sprostać terminom. Żyłam w naprawdę dużym stresie i pod niezłą presją.

Wiele razy chciałam coś do Was napisać, uśmiechnąć się, przywitać, ale biorąc pod uwagę ilość nieprzespanych nocy i dodatkową pracę fizyczną z paczkami w pracowni, byłam dosłownie żywym trupem. Na samą myśl o dodatkowym zajęciu zbierało mi się na płacz ze zmęczenia. Mój mózg w pewnym momencie w ogóle nie przetwarzał informacji poza tymi niezbędnymi. Miałam taką blokadę przed pisaniem, uruchomieniem szarych komórek, że trudno mi było zrozumieć reakcje własnego organizmu. Doszło nawet do tego, że nie pamiętałam, czy kilka minut wcześniej coś zrobiłam, przeczytałam, czy odpowiedziałam na mail. Dosłownie dwoiło mi się przed oczami. Ale nadszedł ten moment, kiedy mówię BASTA. Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg i mu się postawić. Na szczęście lato jest spokojniejszym okresem w branży tekstylnej. Poza tym w ostatnim czasie mocno pracowałam nad uregulowaniem nocy i snu u Poli. Sytuacja bardzo się poprawiła. Wracam do świata żywych. I do Was ;-) Z Patrycją na pewno nie było Wam smutno i pusto, wręcz przeciwnie, ale oficjalnie dołączam ponownie do tandemu pisarskiego.


Dzisiejszy wpis miał dotyczyć zupełnie czegoś innego, ale jako że FB powitał mnie rano absolutnie zaskakującą dla mnie dziś treścią, spontanicznie zmieniam temat.
Jako typowa blogerka i właścicielka sklepu internetowego zazwyczaj zaczynam dzień od porannej prasówki, czyli przejrzenia wszystkich powiadomień na naszej BPM-owej stronie. I nieoczekiwanie pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam dziś rano, było to oto zdjęcie. Nasz pierwszy firmowy event! Choć chyba jeszcze nie można go nazwać firmowym, bo każda z nas działała wtedy indywidualnie, mimo że pod jedną banderą.


Własnym oczom nie wierzę, bo tyle rzeczy od tamtego momentu uległo zmianie! Do dziś pamiętam, jak bardzo przeżywałam pierwsze poważne pokazanie światu naszych uszytków. Poprosiłam niezastąpioną mamę, żeby wzięła Kubę do siebie i cały dzień i niemal całą noc szyłam na Mamuszki w sopockiej Zatoce Sztuki.  Czułam ogromną powagę tej imprezy. Prawdopodobnie było to pierwsze takie wydarzenie hand made w Trójmieście. Byłam wtedy w ósmym miesiącu ciąży z Maksiem i mimo że dziś te zdjęcia budzą głównie uśmiech, to jednak czuję wielką i nieodpartą dumę. I nie wstydzę się o niej mówić. Jestem z siebie dumna, że miałam w sobie tyle samozaparcia, dyscypliny i pasji, że w przedsionku porodu siedziałam tyle godzin przy maszynie. Że na bieżąco ustalałam, jak się szyje apaszkę, a jak komin, kiedy z jednej strony mam minky, które, jak się nagle okazało, totalnie się rozciąga pod naciskiem stopki maszyny i nie chce współpracować. Było to zaledwie 3 miesiące po tym, jak pierwszy raz w życiu miałam przed sobą maszynę do szycia. Pamiętam, jak dzwoniłam do Patrycji z histerią, że nie potrafię apaszki wywrócić na drugą stronę. I że pewnie niepotrzebnie idziemy do tej Zatoki Sztuki. Wyrwałyśmy przez tę dobę chyba wszystkie włosy ze stresu;-)

Przyszłyśmy z Patrycją na cały dzień z dwoma koszyczkami, każda swoim. Pamiętam jak dziś, gdy podeszła do nas pierwsza klientka. Pani, która prowadzi przedszkole w Warszawie kupiła kilkanaście apaszek! Serce niemal mi wyskoczyło z klatki piersiowej, bo po pierwsze ktoś zainteresował się czymś, co sama wymyśliłam, zrobiłam, stworzyłam, a po drugie w takiej ilości! Nie potrafiłam jeszcze mówić o swoich uszytkach jako o czymś, co ktoś inny mógłby nabyć. Przez gardło nie mogły mi przejść słowa z ceną za dany produkt. Tak bardzo się krygowałam. Choć jeszcze długo potem, gdy apaszkę potrafiłam już uszyć trzymając w drugiej ręce dziecko, czułam supeł w brzuchu, tak bardzo przeżywałam wydanie jej w świat. Odpowiedzialność za produkt, który jest przeznaczony dla dzieci, jest ogromna. Trzeba pamiętać o wielu rzeczach, które potem składają się na bezpieczeństwo i komfort noszenia takiego produktu.

Wiele razem z Patrycją przeszłyśmy. Szczerze mówiąc, to na co dzień tego w ogóle nie dostrzegamy i co najsmutniejsze - nie doceniamy. Spędzamy godziny na rozmowach, co powinno być już zrobione, w którą stronę pójść dalej, jak bardzo jesteśmy zapracowane i zaangażowane przy dzieciach, a nie pamiętamy, jak wielką pracę już wykonałyśmy. Dopiero przypadkowe zdjęcia są w stanie przekonać nas, jak duży krok zrobiłyśmy i ile potu, łez i wysiłku nas to kosztowało.
BPM już tak dzisiaj nie wygląda. Zmieniło się chyba wszystko. Od kwestii formalnych, po ofertę i skalę. Minęły trzy lata, rozwinęłyśmy skrzydła, odchowałyśmy kolejne dzieci.

Rozśmieszę Was trochę. Patrząc na to w zasadzie świeże zdjęcie, choć już tak bardzo nieaktualne, dochodzę do wniosku, że jedna rzecz jest ciągle taka sama. Zamiłowanie do straganiarstwa! Ilekroć jeździmy na modowe eventy, podziwiamy pięknie zaprojektowane stoiska. Stoimy z rozdziawionymi paszczami i wydajemy z siebie odgłosy zachwytu. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem designu, pomysłu, kreatywności. Potrafimy docenić starania naszych kolegów z branży. My uprawiamy swoją hopkę galopkę codzienną. Różne wieszaki (mimo że tyle razy miały zostać ujednolicone), stojak sprzed trzech sezonów. Stolik tez nie pierwszej młodości. Torby IKEI wciśnięte razem z naszymi rzeczami gdzieś pod krzesło. Jednym słowem boski folklor.
Za każdym razem obiecujemy sobie, że to ostatni raz, że teraz to już ktoś musi nam zaprojektować stoisko, skoro same nie mamy na to czasu, na co dzień będąc zaangażowane w sprawy domowe. Dziwnym trafem wracamy do punktu wyjścia ;-)))) Ale wiecie co?  Chyba właśnie dlatego sprawiamy wrażenie dostępnych. Przy naszym stoisku zawsze stoi największy tłum. Ludzie przychodzą do nas po prostu porozmawiać. Nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Pogodziłyśmy się tak bardzo ze wszystkimi niedociągnięciami i niedoskonałościami, że już się z nich po prostu śmiejemy. Choć przyznaję, że gdy na pierwsze ogromne wyjście BPM-u, czyli targi Mustache, zapomniałyśmy zabrać wieszaków i regału, nerwy były ogromne. Dwie godziny biegałam po Warszawie i szukałam odpowiednich. Znalazłam tylko rozmiary dorosłe. I wiecie co? Jeździmy z nimi do dziś ;) Największą naszą wpadką było chyba niezabranie stołu na Warsaw Fashion Weekend. Zorientowałyśmy się dopiero na minutę przed wyjściem. Mieszkałyśmy w wynajętym mieszkaniu, w którym zupełnie nie było nic, co by się nadawało oprócz….SUSZARKI DO UBRAŃ! Zabrałyśmy więc taksówką tę suszarkę, przykryłyśmy ją obrusem, na nogach zawiesiłyśmy baner i rozłożyłyśmy towar ;-))) Boginie domowego ogniska jak znalazł ;-) Przez trzy długie dni targów pilnowałyśmy tylko, żeby nasza suszarka się nie przewróciła razem z ciuchami i oglądającymi ;-)
Kiedy patrzę na te wszystkie sytuacje krytyczne z perspektywy czasu, wiem, że jesteśmy w stanie poradzić sobie we wszystkich okolicznościach. Żadne fatum nam niestraszne.  Są momenty lepsze i gorsze, ale suma sumarum z każdej sytuacji wychodzimy zawsze obronną ręką. Są sprawy troszkę zaniedbane, ale cóż, widocznie muszą poczekać na swoją kolej. Tak jak swojego czasu blog. Ogólnie jest chyba całkiem dobrze ;-) Aż sama nie wierzę, że to piszę! Wrodzona przesądność i czarnowidzenie każą mi trzykrotnie splunąć przez lewe ramię i odpukać w niemalowane.

Na koniec mam jeszcze do Was jedno nieśmiałe pytanie. Zaczynałyśmy swoje blogowanie z dość silną reprezentacją wpisów DIY. W pewnym momencie, z braku czasu, zawiesiłyśmy ten dział. Urządzam teraz na nowo pokoik moich dzieci i kilka, wydaje mi się, fajnych pomysłów wpadło mi do głowy. Takich, które pozwalają nie tylko oszczędzić pieniądze, ale przede wszystkim dają satysfakcję z własnoręcznie przygotowanych dekoracji. Przeczytalibyście takie wpisy czy to już pieśń przeszłości?
Ściskam i do miłego, tym razem zupełnie nieodległego usłyszenia ;-)

Zobaczcie, jak to z nami było całe trzy lata temu.

~m.







Chyba jednak się wstydzę ;-)








czwartek, 19 maja 2016

10 powodów, dla których fajnie jest mieć bliźnięta!


     Jeśli panikujesz, bo właśnie dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży z bliźniętami… albo im bliżej porodu, tym bardziej ogarnia cię blady strach… w tej chwili PRZESTAŃ! Mam dla Ciebie zbiór argumentów, dla których posiadanie bliźniąt jest po prostu fantastyczne!


 

czwartek, 12 maja 2016

Let the magic begin!




     Już jest.
     Ona. Soczysta, pachnąca wiosną, słońcem, lekko odurzona zapachem kwitnących wiśni i jabłoni… nowa, boska kolekcja.

IN THE MAGIC GARDEN… LET THE MAGIC BEGIN!


środa, 4 maja 2016

Czas idealny… Majówka, Olsztyn i MY :D



     Gdy ogromne zmęczenie materiału daje się we znaki wszystkim dookoła… po prostu trzeba zmienić na chwilę otoczenie, by wypaść z domowej rutyny. Dlatego my, Marta i ja, plus nasza boska gromadka i nasi wspólni przyjaciele, co roku wybywamy za miasto. Niedaleko - tylko o tyle, by poczuć się dobrze gdzieś indziej i spędzić trochę więcej "quality time" z najbliższymi…

(fot. Magdalena Sulwińska)

wtorek, 26 kwietnia 2016

True life… czyli w poszukiwaniu straconego czasu


     Nie wiem, czy znacie ten stan, gdy dosłownie wszystko wam opada? Ręce, szczęka, głowa nad klawiaturą… a na domiar złego jeszcze cycki? Nie? Oj, jak wam zazdroszczę!


czwartek, 24 marca 2016

Uświęcona



     Czysta radość, czysta miłość i prawdziwe szczęście odnalezione w codzienności. Kolorowa rzeczywistość, która dla innych mogłaby wydać się szara i przerażająca. Wielka rodzina, domowy rozgardiasz, hałas, bałagan i piski radości…

wtorek, 15 marca 2016

Mania przebierania, czyli zabawa z FUNIDELIA // KONKURS // wyniki


     Gdy przeprowadzaliśmy się do Nowego Domu, planowaliśmy urządzić dzieciom parapetówkę. Zaprosić kolegów i koleżanki, kuzynki i kuzynów. Jednak forma w końcówce ciąży i nadmiar obowiązków już po porodzie, jak łatwo się domyślić, pokrzyżowały nam plany! Dlatego do tematu powróciliśmy dopiero pod koniec karnawału, gdy nasze dzieci nie chciały zdejmować z siebie kostiumów z bali przebierańców, organizowanych przez przedszkola i szkoły. Zbiegło się to z fantastyczną ofertą od Funidelia.pl - zdecydowanie sklepu jedynego w swoim rodzaju, gdzie w krótkiej chwili przemienisz się w bohatera… jakiego tylko sobie wymyślisz!


środa, 9 marca 2016

Czwarty trymestr - pierwsze trzy miesiące za nami!


     Dzień Kobiet miał w tym roku dla mnie wyjątkowe znaczenie… 8 marca to też dzień, w którym zupełnie znienacka Leoś i Gucio skończyli trzy miesiące. Czwarty trymestr za nami. Najtrudniejsze dwanaście tygodni życia Okruszków… Przeżyliśmy!

Mam dzisiaj dzień podsumowań, dzień wzruszeń, dzień oglądania zdjęć, które zrobiłam od ich narodzin… jak się zmienili bardzo, jak wyprzystojnieli, jak urośli, jak upodobnili się do braci!.. A przede wszystkim - jak różnią się między sobą. Chcecie popatrzeć?

sobota, 27 lutego 2016

Miracle babies… czyli noworodkowa sesja bliźniąt



     Życie pisze niespodziewane scenariusze. I nikt nie wie tak dobrze jak ja, że zwykle są one lepsze, niż gdybyśmy my mieli decydować… Pojawienie się w naszej rodzinie bliźniąt było dla wszystkich ogromnym zaskoczeniem. I tak samo było z tą sesją, która - jak myślałam - nie do końca się udała… a jednak zaowocowała tak pięknymi zdjęciami moich cudownych dzieci - których zupełnie się nie spodziewałam!

piątek, 19 lutego 2016

Trzy serca w jednym ciele, czyli sesja ciążowa podwójnej mamy


     Jako dziecko ponoć opowiadałam wszystkim, że będę mieć dużo dzieci…  Ale gdy dorosłam i byłam mamą trzech synów, byłam przekonana, że to "dużo" właśnie już szczęśliwa trójka. Jednego tylko żałowałam - że w ciągu tych trzech ciąż nie udało mi się zrobić ciążowej sesji, którą sobie kiedyś wymarzyłam… Dlatego gdy dowiedziałam się o kolejnych maleństwach w brzuszku, wiedziałam - tym razem nie odpuszczę!


piątek, 12 lutego 2016

Dzieciństwo z Tripp Trapp / KONKURS




     Moja przygoda z Tripp Trapp od Stokke nie jest tak naprawdę moja, tylko moich dzieci… od dwóch miesięcy testujemy z Okruszkami te krzesełka i… zachwytom nie ma końca!
Przeczytajcie o naszych dotychczasowych doświadczeniach, a pod koniec wpisu będzie dla Was wielka niespodzianka :D


środa, 10 lutego 2016

Poród "na życzenie"… dobre sobie! Czyli o SN i CC słów kilka


     Osiołkowi w żłobie dano… czyli gdybym miała wybór - przy potencjalnym kolejnym porodzie (Boże, uchowaj :D), czy zdecydowałabym się rodzić naturalnie czy przez cesarskie cięcie? Od dwóch miesięcy staram się uporządkować emocje, by odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wydaje mi się, że wreszcie nabrałam odpowiedniego dystansu. Jeśli zmagacie się z podobnym dylematem, zapraszam do przeczytania tego postu. Chociaż obawiam się, że poród jest jak sytuacja tragiczna w dramacie antycznym - nie ma łatwego rozwiązania ;)

piątek, 5 lutego 2016

Sukces większy niż inne

O raju, nie było mnie tu ponad miesiąc. Jakby ktoś zapytał, to z rozpędu odpowiedziałabym, że tydzień, może półtora. Cały ten czas zlał mi się w jeden, przeraźliwie długi dzień. Z mnóstwem powtarzających się obowiązków. W połowie grudnia zapadłam na zapalenie płuc i wtedy też zaczęły się komplikacje. Na pewno znacie to z autopsji: łańcuszek chorób, tata załapuje od mamy, dzieci od rodziców i przekazują kolejnym osobom dalej. I od nowa to samo.

Ostatnie półtora miesiąca spędziłam na ciągłym pielgrzymowaniu do przychodni. Znają mnie tam z nazwiska już chyba wszyscy. Zresztą na pogotowiu, na izbie przyjęć w szpitalu i nawet na oddziale laryngologicznym też. Przeszliśmy chyba przez wszystkie stadia i instytucje medyczne;-) Ale wcale nie o tym chciałam pisać. To tak w ramach usprawiedliwienia (się). Wybaczycie? ;)

Opowiem Wam o czymś, co mnie ostatnio najbardziej zajmuje, cieszy, budzi dumę. O sukcesie, który jest dla mnie większy niż wszystkie inne, które do tej pory postrzegałam jako największe.  O sukcesie, który mnie wzrusza bardziej niż cokolwiek innego. Który jest zwieńczeniem wszystkich dotychczasowych starań, trudnych dni. Który pozwala z przymrużeniem patrzeć na każdą kolejną awaryjną sytuację, który wymaga ode mnie ogromnych pokładów cierpliwości i opanowania. I którym wreszcie chwalę się bez cienia skromności.
Daje mi on poczucie dobrze wykonywanej roboty. Poczucia, że starania nie idą na marne i że dzieci realnie chłoną słowa, które im na co dzień przekazujemy. Jak takie małe gąbeczki, które absorbują z najbliższego otoczenia atmosferę, sposób odnoszenia się do siebie, wyrażania swoich emocji, werbalizowania własnych potrzeb i budowania relacji z innymi domownikami.




wtorek, 2 lutego 2016

Za dużo szczęścia… to nie do wytrzymania?



     Zwariujesz, mówili. Nie będziesz miała chwili dla siebie ani na pracę, mówili. I życzyli, bym się wyspała na zapas, chociaż to i tak się nie uda.
I wiecie co… nie mylili się ani trochę!

     Tylko dlaczego w tym wszystkim jestem taka szczęśliwa?!

piątek, 22 stycznia 2016

Brotherhood! Czyli bracia mniejsi i Starszaki


     Narodziny dziecka są również narodzinami każdego nas - w nowej roli. Stajemy się rodzicami, z każdym kolejnym dzieckiem - na nowo… Po raz kolejny los daje nam carte blanche. Następuje szereg obietnic, składanych samemu sobie: 
- Będę bardziej cierpliwa… 
- Będę mniej krzyczeć. 
- Będę lepszą mamą, lepszym tatą. 
- Poświęcę więcej uwagi starszym…

     Pojawienie się kolejnego maleństwa w rodzinie jest też zarazem narodzinami rodzeństwa. Brata, siostry... Nowych więzi. I chociaż zawsze są to chwile trudne, graniczne,  bo w końcu wszystko się zmienia… to gdy dobrze przygotujemy będące już w domu dzieci na przybycie nowych członków rodziny, cudownie będzie je potem obserwować!


piątek, 8 stycznia 2016

Dwa Okruszki i My, czyli… da się! :D


     Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale… okazuje się, że minął już miesiąc od narodzin Leonka i Gucia. Prawie cały pierwszy miesiąc życia moich Okruszków! Nie wierzę, nie dowierzam, nie chcę uwierzyć, że ten najcenniejszy, najbardziej "żabkowy", najpierwszy czas mamy już prawie za sobą… całe szczęście, że ten, który trwa teraz, jest jeszcze piękniejszy - taki paradoks macierzyństwa, prawda..? Że coś się kończy, coś się zaczyna, a to coś wymazuje, zastępuje powoli wspomnienia tego, co wcześniej… bez końca…



środa, 23 grudnia 2015

Małe, ale ważne chwile

W ferworze świątecznych przygotowań musiałam odetchnąć ;-) Opowiem Wam szybciutko o uroczym miejscu, które ostatnio odkryliśmy. Spędziliśmy tam całą rodziną naprawdę sporo czasu, dosłownie przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni. Ale żeby precyzyjnie nakreślić wyjątkowy klimat naszej ostatniej wycieczki, musimy się cofnąć do grudnia 2014.
Dokładnie rok temu odbyliśmy świąteczną podróż do Londynu. Długo planowaną i przygotowywaną.  To miał być pierwszy zagraniczny wyjazd naszego młodszego synka, Maksia.

Londyn to trochę takie nasze miejsce na ziemi. Bardzo często tam wracamy, zresztą ponad dekadę temu, jeszcze na studiach, pracowaliśmy wakacyjnie na wyspach, mamy więc stamtąd mnóstwo wspomnień. Nic więc dziwnego, że chcieliśmy tam też zabrać nasze dzieci. Trochę się bałam podróży z nimi. Mieliśmy wylecieć w środku nocy, poza tym było bardzo zimno. Wizja ciągłego ubierania i rozbierania z setek warstw trochę mnie zniechęcała. Ale jeszcze w pierwszej ciąży obiecywałam sobie i innym, że nasz tryb życia się nie zmieni (tak, tak, wiem ;-) i będziemy dalej często podróżować, tyle że z małymi pasażerami na gapę. Tak więc słowo się rzekło, bilety były kupione, sami rozumiecie, że tak na koniec nie mogłam się wycofać. I bardzo dobrze!
Chłopcy pięknie przeszli przez cały wyjazd, mimo że byli jeszcze tacy maleńcy: Maksio 1.5 roku, Kuba niecałe 3 latka. Nie tylko nie marudzili, nie sprawiali problemów, ale też czerpali pełnymi garściami z naszej wyprawy. Muzeum Historii Naturalnej, Akwarium, Winter Wonderland, duży sklep Disneya: to wszystko zrobiło na nich ogromne wrażenie. Spędziliśmy wspaniały rodzinny czas.

piątek, 18 grudnia 2015

Co jest w życiu tak naprawdę ważne

Zbliża się koniec roku, a koniec roku dla większości z nas to czas podsumowań. Bilansu, przeanalizowania plusów i minusów, jakie przyniosły ze sobą te dwanaście miesięcy. To też wspaniały czas postanowień. Bo w nowym roku oczywiście wszystko będzie inaczej, lepiej, od początku. Bo nowy rok to karta, którą dopiero będziemy zapisywać.

 I w zasadzie szkoda, że od razu na czysto, że nie można jak za naszych czasów szkolnych. Najpierw w brudnopisie, a dopiero potem w wersji ostatecznej. Nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze wiele rzeczy bym poprawiła. Zresztą nasi stali czytelnicy wiedzą, co mi w duszy gra. Nigdy nie jest tak dobrze, że nie mogłoby być lepiej. Zawsze znajdzie się powód, coś, na co będzie można narzekać. Niby typowo słowiańska przypadłość, ale jednak moja to taka w wydaniu wyjątkowo ekstremalnym. Wymagam dużo, czasem za dużo od siebie i od innych. Uczę się jednak, żeby cieszyć się zawsze z tego, co mam, a to, że czasem nie jest idealne. Cóż, tak właśnie w życiu bywa i o tym jest ten post.


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Tripp Trapp® od STOKKE - wygraj kultowe krzesełko!



     Czy wyobrażasz sobie krzesło, które będzie zarówno trwałe, jak i funkcjonalne przez całe życie Twojego dziecka, zapewniając mu na każdym etapie zdrową postawę kręgosłupa, a przy tym dopasuje się do każdego Waszego wnętrza? Nie? To poznaj krzesełko Tripp Trapp® od STOKKE!
Jedyne krzesło, które od 40 lat nie zmieniło swojego designu… bo po prostu nie musiało!



(fot. Pinterest)

środa, 2 grudnia 2015

Coś się kończy, coś się zaczyna… Dziewięć najbardziej zaczarowanych miesięcy mojego życia


     Niespodziewanie nadszedł grudzień. Nie wiem kiedy, nie wiem, jakim cudem tak szybko… ale nadszedł. A wraz z nim zbliża się moja wielka Chwila Prawdy… Już za kilka dni poznam moje najmniejsze dzieci. Nowe życie… razy dwa! I znowu wszystko się zmieni!..
Ostatnio koleżanka zapytała mnie, jak z perspektywy czasu wspominam te ostatnie dziewięć miesięcy. Zaskoczyła mnie bardzo… Ale chyba faktycznie ten czas był, jest tak wyjątkowy, że wymaga oddzielnego podsumowania…