Siedzę, pisząc ten post, pod kocem, na swojej wysłużonej sofie i jak tylko uzmysłowię sobie, że długo wyczekiwana, wymarzona i planowana od wielu lat podróż do Nowego Jorku jest już za mną, trudno mi w to uwierzyć. Szybko przypominam sobie najważniejsze kadry z wyjazdu, jakby sprawdzając, czy historia naprawdę miała miejsce. To tak jak wtedy, gdy boimy się, że zgubimy jakąś cenną rzecz i sprawdzamy tysiąc razy, czy na pewno leży tam, gdzie ją odłożyliśmy. Wydawało mi się nierealne, że zdążę odbyć podróż życia przed trzydziestką. Rzutem na taśmę udało się ;-)