poniedziałek, 16 grudnia 2013

DIY: Bombki z kul Cotton ball lights oraz KONKURS Z CBL!


    Ostatnio chwaliłam się na blogu, jak to uczyniłam swoje życie piękniejszym przez kule od www.cottonballlights.pl :) Wraz z zamówieniem mojego łańcucha, zamówiłam kilka kul CBL luzem. Trochę dlatego, że chciałam sprawdzić kolory, a trochę - bo wpadłam na fajny pomysł, jak kule CBL zmienić na ... bombki :D

    W tytule DIY, co cokolwiek wprowadza Was w błąd. Tym razem nie udało mi się zrobić klasycznego tutoriala krok po kroku - musiałam ograniczać zapędy dzieci, których twórczość zwykle bardzo sobie cenię - tu jednak miałam ograniczoną ilość kul i nie chciałam, by jakaś się zniszczyła w trakcie ich twórczego działania :) I rozumiecie sami, ogarnianie 4 kul naraz, oraz dzieci, oraz kotów, które nie chciały dać się oszukać i koniecznie chciały się CBL bawić... tak... teraz już rozumiecie, czemu nie przemyślałam koncepcji na DIY i zabrakło mi po prostu pewnych klasycznych elementów do tutoriala.
Liczę jednak na waszą dużą wyobraźnię, w sumie - wszystkie pomysły są tak proste, że naprawdę nie trzeba obrazków, by je zrozumieć ;) Ogarnęły je w lot moje dzieci, więc i Wy nie będziecie mieć problemu ;)

Po pierwsze, co nam będzie potrzebne:

1. klej (najlepiej klasycznie - typu kropelka, ale może być tzw klej uniwersalny, szybkoschnący, kleisty). Dzieci moje używały oczywiście zwykłego kleju w sztyfcie, ale musiałam potem, jak już poszli spać, przykleić wystające elementy mocniejszym klejem.

2. nożyczki

3. różne taśmy, tasiemki, zawieszki, guziki - cokolwiek przyjdzie wam do głowy :) Najlepsze były takie taśmy z kuleczkami (które obcięłam)

http://www.ornatio-design.pl/pa-18-tama-z-pomponikami-pa-18-cena-za-metr

i taśmy koronkowe.

4. sznurek do zawieszenia bombek

5. igła z nitką

Myślę, że najfajniejszy patent wymyśliłam na to, by kule łatwo było chłopakom dekorować. Kule mają otwory, w które wetknęłam (z braku patyczków :P) pędzelki dziecięce, a same pędzle - wcisnęłam na sztywno w małe opakowanie suchego sosu holenderskiego (nie pytajcie skąd go mam i ile ma lat - do tego zadania nadał się doskonale ;) ). To zdecydowanie ułatwiło chłopakom operowanie dekoracjami.



Szał :D Zdjęcie nieostre, ale musiałam Wam pokazać ich szaleństwo wśród moich craftowych "skarbów" :D


Pełne skupienie :)

Maksio:


Filip


 Felutek też kleił kuleczki :)


Po przyklejeniu kuleczek (uprzednio odciętych od kuleczkowej taśmy), trzeba zawiązać sznureczek do powieszenia bombki i wcisnąć supeł w otwór kuli. Niekiedy jest on zbyt luźny, ale te kule można szyć :) Więc po prostu, igłą i nitką, zszywamy zbyt duży otwór.


Potem zawiązaliśmy kokardki przy sznurkach :)


Cudnie to wygląda, co nie..?!




Inną kulę ozdobiłam dwoma rodzajami taśm i perełkami na drucikach - swoją drogą również obciętych od starej i zniszczonej dekoracji świątecznej :)



A tu bombka w stylu vintage :))


I z biżuterią :D










Pomysłów jest wiele, chciałam jeszcze wyszyć na kulach śnieżynki, a inne obszyć guzikami... ach, ale zdążę do Świąt :) Natomiast zależało mi, by wpis ukazał się dzisiaj i po prostu nie dałam rady inaczej. 
A dlaczego tak mi zależało? :D 

Bo razem z www.cottonballlights.pl mamy dla Was ogromną niespodziankę! 



KONKURS NA BOMBKI ŚWIĄTECZNE - 
wykonane, oczywiście, własnoręcznie :) 
Na fanpage BPM na facebooku stworzymy galerię konkursową i do niej będą wrzucane Wasze prace. 
Oczywiście, to nie muszą być bombki na kulach CBL - jest obojętne, co rozumiecie poprzez bombkę :D Byle nas zachwyciło! Do dzieła! 

DO WYGRANIA DWA ZESTAWY KUL CBL - 

PIERWSZE MIEJSCE: ZESTAW 35 KUL DO WYBORU! 




DRUGIE MIEJSCE - ZESTAW 20 KUL DO WYBORU! 



Z przesyłką :)

DODATKOWO! OSOBA, KTÓREJ ZDJĘCIE ZDOBĘDZIE NAJWIĘKSZĄ ILOŚĆ "LAJKÓW" OTRZYMA OD NAS JEDNĄ Z DOSTĘPNYCH BOSKICH PODUSZEK! 


Konkurs trwa od dzisiaj, czyli 16.12.2013r. do niedzieli, 22.12.2013r włącznie - 
a już w poniedziałek ogłosimy zwycięzców! 

Aby wziąć udział w konkursie, należy:

1. udostępnić grafikę konkursową (powyżej) 

2. Kochać sponsorów, o ile jest to miłość prawdziwa :D 

3. Zdjęcia wraz z danymi osobowymi 
ORAZ ze zgodą na publikację zdjęcia na fanpage
oraz blogu www.boginieprzymaszynie.pl

 przesłać na adres mailowy :

boginieprzymaszynie@gmail.com z tytułem 

"KONKURS CBL"

JEDNA OSOBA MOŻE WYSŁAĆ MAX 3 ZDJĘCIA, A NAJBARDZIEJ NAM UŁATWICIE SPRAWĘ - WYSYŁAJĄC KOLAŻ Z MAX 3 ZDJĘĆ! DZIĘKI!!!!

TRZEBA SIĘ PODPISAĆ W MAILU!

ZAPRASZAMY DO ZABAWY! 

~P.

czwartek, 12 grudnia 2013

Winter shelter... czyli wnętrze inspirowane zimą



... zimowe schronienie...

Jestem jednym z wielu ludzi pewnie, którzy zimy nie lubią... ile to już razy słyszałam "gdybym tylko mógł, cały rok mieszkałbym w tropikach".. ja zimy nie znoszę, śnieg to dla mnie białe g.., które tylko zza okna ładnie wygląda ;) ALE! Jako istota obdarzona niebanalnym gustem (:PPP ;-) ) oraz istota ceniąca sobie bardzo wysoko estetyczne wrażenia - doceniam jej piękno. Śnieg, biel, odcienie szarości, oślepiający blask w słońcu, przejrzyste powietrze... czerpię z tego spokój, a co za tym idzie - siłę. Dlatego z jednej strony zimy nienawidząc - z drugiej jestem jej wielbicielką. Ale taką, która stoi w oknie z pięknym aparatem (pochwalę się dziś ;) ) i robi Pani Zimie ładne fotki. Albo taką, która zakopana w swojej miękkiej giga pufie, kocem przykryta, z parującym kubkiem w ręce czyta sobie, co tam słychać na facebooku. Albo taka, która zmarznięta taje pod kołdrą, czyta książkę i słucha wycia wiatru za oknem... bo u nas prawdziwe Wichrowe Wzgórze...

Dzisiaj przedstawię Wam moje zimowe mieszkanie. Przeszło ostatnio małą rewolucję, mianowicie musiałam przemalować ściany (były jasno-kremowe i bardzo, bardzo, bardzo już brudne. Malowałam je 6 lat temu farbą tanią i matową, nie myśląc, że będą je macać trzy pary brudnych rączek :) ). A jak malowałam ściany, to postanowiłam jedną z nich wytapetować. A potem drugą ;) i zmienić dywan, bo koty rozprawiły się ze starym, podwinął się róg, frędzle wylazły i ogólnie - wstyd. Potem postanowiłam się rozprawić z wszechogarniającym bajzlem i miliardem rzeczy... i tak, od jednego kroku do drugiego, wyszło mi niemal nowe mieszkanko :) nooooo.. może tylko salon. Ale jako że to tutaj spędzam 80% doby (tak, doby, bo ostatnio bardzo mało sypiam :P), to jest to dla mnie najważniejsze miejsce w domu.

I postanowiłam spełnić jedno marzenie, tkwiące we mnie od dawien, dawien dawna... mianowicie... cotton balls :) Zakochałam się w nich w Paryżu jakieś 6? lat temu. Były wtedy drogie bardzo i daleko pozostające poza zasięgiem mojego portfela. A w tym roku zobaczyłam je w Paryżu po raz kolejny - tym razem były dużo tańsze już, w miarę realne cenowo, jak na spełnione marzenie :) Ale! Duże! Nie miałam jak ich do domu przywlec, chyba musiałabym nadbagaż mieć. Niepocieszona wróciłam do domu. Dlatego właśnie z radości nie umarłam niemalże, gdy któregoś dnia w tzw "proponowanych stronach" na facebooku zobaczyłam fanpage "Cotton ball lights"  :D Polubiłam i od tamtej pory na bieżąco się podkręcałam, aż w końcu mówię - mikołajki za pasem, do mnie też przyjść musi, co nie? :D Nie wytrzymały co prawda aż do 6 grudnia, no i za duże były, by do buta się wpakować ;-) Taka jestem niecierpliwa! Patrzcie, podziwiajcie i kochajcie :D Najtańsze już po 50zł na WWW.COTTONBALLLIGHTS.PL - mój zestaw to ten z 35 kul :) Na zimę są idealne, czy świecą czy nie...

Koniec gadek - oglądajcie zdjęcia :) Moje wnętrze, inspirowane zimą. Tą bielą, szarością, kontrastem z kolorem, gdy się pojawi. Tym spokojem, ciszą i bezkresem czasu i przestrzeni przed oknem...

Wymalowane mrozem szyby..



Nowa tapeta :) niecałe 50zł w Leroy Merlin :D



Me & my new best friend from Olympus Polska :* Prawda, że śliczny? ;)) (totalny lame, wiem, ale co ja mogę... kolor to nadal wyznacznik nr 1 dla mnie ;))) ).



Zimowe ptaki... podkarmiamy, by nie odleciały w niebyt. Dobrze nam idzie.




Przywiezione, o dziwo, z Londynu :))




To delikatne, rozproszone światło ujmuje mnie totalnie...


A tu patrzcie, jaka koincydencja :)
Serwetki od babci mojego męża pod szkłem na ławie i ... dywan :D Niesamowite, co?


Who is who :D



Reniferek od Małych Rzeczy... dziewczyny, jak się okazuje, koleżanki Marty męża, robią mega cuda, o nich więcej będzie w następnych, świątecznych postach :)


Kuchnia


Przedpokój. Widzicie, co stoi na półce? Para chińskich (autentycznie, od męża z Chin przywiezionych :) ) całujących się laleczek, a obok kot Maneki - Neko - zapewnia dobrobyt i chroni przed złym losem :)


Lustro - Pepco 29zł ;)


A tu od Maksia - bez z bibułki w pojemniczkach po bio-jogurcie, przywiezionych z Paryża...


Jeż z Norymbergi :)


W dzień też są cudne...



Misio z Yves Rocher za friko ;)


Renifer, pierwszy symbol świąt u nas - zawsze staje na balkonie 6 grudnia. Mikołaj go nam zostawia, aby pilnował, czy dzieci są grzeczne. Działa. Przynajmniej pierwsze kilka dni ;)


A tu nadal niewykorzystane cuda od Agaty z Bańkujemy - efekt cudnej podmianki blogowej :)) chciałam sobie z nich zrobić taką girlandę a-la Cotton ball lights, ale teraz muszę wymyślić coś innego, żeby z kulkami nie przegiąć.




A nocą cotton balls dodają ciepła i otuchy... na długie, samotne wieczory. Mąż mój od listopada do grudnia niemal mieszka w swoim biurze... dzięki nim mam towarzystwo. Nawet 35 :D



To się pochwaliłam :D Lećcie na www.cottonballlights.pl :) Na zimę idealne!

środa, 11 grudnia 2013

Takie małe postanowienia (przed)noworoczne

Ile to już nas nie było na blogu? Pewnie wyjdzie około siedmiu dni. Sporo, jeśli wziąć pod uwagę szczere chęci dzielenia się tym, co się dzieje wokół nas. A dzieje się naprawdę dużo. To trochę taki efekt kuli śnieżnej: każde nowe wydarzenie pociąga za sobą kolejne i  jeszcze następne.
Chyba jesteśmy już trochę zmęczone i potrzebujemy prawdziwego odpoczynku. Jest niemal północ, a ja siadam do posta, który planowałam rano...ale 2 dni temu ;) Nie mamy dla siebie litości i zaczynamy zauważać pierwsze skutki takiego działania. Ale o tym kiedy indziej.
Dlatego pierwszym z naszych postanowień było wyznaczenie daty, do której przyjmujemy zamówienia świąteczne. Bo znając siebie, pewnie byśmy jeszcze w Wigilię przyjmowały ostatnie zlecenia i umawiały się na odbiór uszytków między kolacjami u kolejnych członków rodziny. Naprawdę, uwierzcie, wyznaczenie terminu przyjmowania zgłoszeń wymagało sporo silnej woli. Ale zrobimy, jak postanowiłyśmy: materiały dojdą przed weekendem, do końca przyszłego tygodnia (a najlepiej do jego środka) odszywamy ostatnie zamówienia, a potem już tylko świąteczny czas dla dzieci, rodziny i przyjaciół. Jakoś tak się ostatnio porobiło, że nawet w gronie starych przyjaciół trudno nam się zmobilizować i spotkać. Wstyd się przyznać, ale kolację wigilijną dla przyjaciół wyznaczyłam już ponad dwa miesiące temu, żeby mieć pewność, że wszyscy się stawią.
Tylko jak ja posprzątam cały ten szyciowy rozgardiasz przed przyjęciem kogokolwiek? ;) Popadam w totalną niemoc od samego myślenia, a co będzie, jak będę musiała zacząć realnie szukać miejsca dla metrów, ćwiartek, ścinków i półścinków tkanin, które łypią na mnie codziennie swoimi oczami z centralnego punktu mojego mieszkania? Może wydarzy się cud wigilijny i posprząta się samo? Akurat ;P
Postanowienie numer dwa: Podjęłyśmy z Patrycją decyzję, że z nastaniem nowego roku musimy się wyprowadzić z domu. Nie żeby od razu tak na stałe i gdzieś daleko, ale koniecznie musimy znaleźć miejsce, które będziemy mogły zaadaptować na naszą pracownię, w której będziemy spędzały określoną liczbę godzin dziennie. W domu będziemy już tylko zajmowały się domem i domownikami. Nie ma innego wyjścia. Inaczej wyrwiemy ostatki włosów, które zostały nam na głowie ;D
Poza tym podjęłyśmy jeszcze inną ważną decyzję, dotyczącą kiermaszy i naszego udziału w nich. Pierwszy raz pojawiłyśmy się na takim kiermaszowym wydarzeniu w maju. W Zatoce Sztuki organizowana była impreza o nazwie Mamuszki i w jej ramach próbowałyśmy sprzedać to i owo wykonane naszymi własnymi ręcami (przypomnę, że u mnie skończyło się niemal przedwczesnym porodem, tak się wtedy napracowałam). Potem miałyśmy długą przerwę, aż do 1 grudnia., kiedy to pojawiłyśmy się na kiermaszu świątecznym w klubie Scena w Sopocie (a konkrenie pojawiła się Patrycja z moim mężem, bo ja wolę nie wspominać przez co wtedy przechodziłam). Niestety, pora roku nie sprzyja wizytom gości na podobnych wydarzeniach. A więc przygotowania okazały się bezowocne, bo po prostu ludzi było jak na lekarstwo. Podobne odczucia miałyśmy podczas kolejnego kiermaszu, Mungo Fair.
I nie chodzi tu o starania organizatorów, które są ogromne. Widać, że bardzo im zależy na wypromowaniu imprezy. Starają się jak mogą, ale jednak kiepskie warunki atmosferyczne są ciągle zwycięskie w tej walce. Oceniamy, że jak na razie internet to mekka dla twórców handmade. Dlatego od teraz staranniej będziemy dobierały kiermasze, w których będziemy chciały uczestniczyć. Ha! Z jednego już nawet zrezygnowałyśmy mimo uprzedniego zgłoszenia się. Nie rzucamy słów na wiatr;P
Dobra, kończę już, bo chyba zaczyna się z tego robić poradnik szyciowego przetrwania ;)
Podrzucam Wam więc jeszcze krótką fotorelację z ostatniego kiermaszu Mungo Fair. Mimo że odwiedziło nas niewielu ludzi, trzeba zaznaczyć, że spotkałyśmy mnóstwo inspirujących i bardzo kreatywnych osób wystawiających swoje dzieła. Miejmy nadzieję, że zawiążą się z tego dłuższe znajomości, a co z tego, że poniekąd "biznesowe". No dobra, branżowe brzmi lepiej ;)

 Boginiowe stoisko jak zawsze kolorowe. Nawet zimą ;)


 Natchnęło mnie? ;D

Bo u nas to jak w rodzinie: miło i z uśmiechem.

 Spodnie, podusie, metkosie, kocyki... Duuuużo ich ;)

 Gadki-szmatki z pozostałymi wystawcami najbardziej cenne. Tu z Mama Design.


 Mungo Fair;)

 Tylko co my teraz zrobimy z tymi poduszkami? ;)

 Patrycja w swoim żywiole ;)

Muzyka była naprawdę dobra ;) I na żywo!