poniedziałek, 27 maja 2013

Francuski romans cz.II


    Ktokolwiek był w Paryżu krótko, musiał się lekko rozczarować - przynajmniej jeśli oczekiwał francuskiego klimatu, znanego z filmów tj. "Amelia" czy nawet tych kultowych z Luisem De Funes. Paryż to metropolia - wir, pęd, pośpiech, hałas, gwar, a przede wszystkim - tłumy turystów, obcokrajowców, imigrantów. Częściej niż czystą francuszczyznę słychać język francuski z akcentem. Ale nie, żebym ja się rozczarowała - bo nie, kocham ogromne miasta, tętniące życiem o każdej porze dnia czy nocy. Jednak gdybym miała być tylko w Paryżu, nie poczułabym tego, do czego tęsknię - prawdziwej, rdzennej Francji, śpiewnego języka, życzliwości, o którą w wielkich miastach coraz trudniej...
Dlatego trzeciego dnia obudziłyśmy się w Chartres, w uroczym mieszkanku mojej przyjaciółki, Marty.
Chartres to niewielkie miasto leżące około godzinę drogi pociągiem od Paryża. Ma długą i bogatą historię, ale najbardziej znana do dziś jest chartrejska katedra:

źródło: http://wezelekwedrowca.blogspot.com/2013/03/lata-temu-spedziam-swietawielkanocne-u.html

To miasto takie, o jakim można marzyć, podróżując po Francji. Jak wszystkie zabytki w tym kraju - zadbane, odrestaurowane, a nie pozbawione autentyczności. Dosłownie czuje się setki lat wspomnień, zawartych w każdym kamieniu bruku... w każdej cegle, każdej belce, z których zbudowane jest miasto. Tam nawet pachnie inaczej, niż w Paryżu! Totalnie inaczej!
Chyba nie muszę mówić, jak bardzo zachwycona byłam, jak szczęśliwa, że mogłam tam pojechać. W czasie mojej francuskiej wieloletniej przygody bywałam w różnych miastach, miasteczkach w tym kraju i chyba wszędzie było pięknie :) Ale w Chartres nie byłam nigdy dotąd i bosko, że tym razem mogłam być.
Ale przyponiała mi się niniejszym absolutnie zachwycająca Marsylia ze swoimi Calanques i uwielbianym przeze mnie rapem (tam naprawdę rap słychać i czuć w powietrzu :D), Avignon ze swoim festiwalem teatrów ulicznych, Nicea ze swoimi pięknymi bulwarami, Cannes z festiwalem filmowym, Grasse z maleńkim ryneczkiem, pełnym wyśmienitych zapachów i smaków, Bordeaux, Anglet z Oceanem Atlantyckim i Dune de Pyla, Carcassonne z kilkutysiącletnią historią zamkniętą w idealnie zachowanym miasteczku, Montpellier z akweduktami itd.... Oj, w ilu przecudnych miejscach byłam!!! Jak szczęśliwa ze mnie istota - gdy o tym myślę, bo mam o czym :) Ale ja Francję na stopa zwiedzałam całą, wzdłuż i wszerz, mając kilka groszy w kieszeni tylko. Można? Można! Tylko trochę odwagi mieć i nie oczekiwać luksusów, a cały dobytek na miesiąc czy więcej - zmieścić w plecaku :)
No ale wracając do mojej ostatniej podróży. Pokażę Wam zdjęcia. Strasznie żałuję, że niedługo przed wyjazdem koty zniszczyły mój szerokokątny obiektyw i musiałam robić foty obiektywem dużo słabszym, bo nie mogłam oddać wszystkiego, co chciałam.. ale zobaczcie :)

Wreszcie trochę słońca :)


Uliczkami Chartres...


Słodkości :)


Piękne drzwi:


Sklep mięsny. Fajniejszy niż w Polsce, co nie? :D Tam jakoś wszystko się ładniejsze wydaje, ładniej opakowane, ładniej podane...


I pan rzeźnik. Klasyk! Kocham tą wagę, wow!!!


Na śniadanko, do bagietki, dwaj Papieże. Chyba ktoś Benedykta zignorował ;)


Troszkę zakupowo ;)


Kolorowe drzwi, okiennice... Sztuka detalu...


I nawet można się wyżywić samemu :D


Gdy jestem w jakimkolwiek mieście, zbudowanym nad rzeką, nie mogę się nadziwić domom, budynkom, które wyrastają jakby spod wody!!! No jak to się robi!? Że to nie zalane, nie podmyte dotąd? Nie przegnite? Dla mnie zagadka :D Szczególnie, że w małych mieszkaniach, w nowym budownictwie, wyłażący spod dachu lub przy oknach grzyb to taki standardzik. A widać, że da się zabezpieczyć :P


Trochę Notre Dame de Chartres, czyli Katedra :) 








To najsłynniejszy chartrejski witraż:


Świeczuszka, w dobrej intencji..



A tu znowu francuska sztuka uliczna, plus gołąbek. Gratis.


Kwiaty rosnące na murach też mnie zachwycają!





O kolorowych okiennicach raz jeszcze. 


Takie kwiatki ;)


A tu coś, co zaparło nam dech w piersiach!!! CHARTRES EN LUMIERES, czyli Światła Chartres. Spektakl niesamowity, czegoś takiego NIGDY dotąd nie widziałam, nie doświadczyłam... Co wieczór, co 15 minut, chartrejska Katedra ożywa pod wpływem światła i animacji. Jest magia. I niewyobrażalnie mocno czuć to legendarne boskie tchnienie... 
Spektakl możecie zobaczyć - i wzruszyć sié do łez, jak my - na youtube. Naprawdę polecam obejrzeć w wolnej chwili: http://www.youtube.com/watch?v=WSoVLlF1-5c





Ale Światła Chartres to nie tylko rozświetlona katedra. To również całe miasto znienacka rozświetlane, co krok nowa niespodzianka. Można nawet ducha zakonnika spotkać.


Rozświetlony most:


Dobra, koniec Chartres ;) Teraz przenosimy się do Zamków nad Loarą. Zamek Chambord. Długa historia, jeden z najbardziej rozpoznawalnych zamków na świecie. Przez pewien okres rezydencja Ludwika XIV. 

źródło: Wikipedia

Strasznie padało, więc i zdjęcia kiepskie :( Jeszcze mój aparat, co odmawiał współpracy w kiepskim świetle i o. 







Na zamku pozwoliłam sobie strzelić sesyjkę mojej uszytej przed wyjazdem kurtki :) Zdjęcia bardzo słabe, nie oddają szczegółów, ale cóż, innych nie mam i szybko nie będę mieć, a chcę już Wam ją pokazać. Jestem zadowolona z efektu :) 
Kurtkeczka uszyta jest z grubej dzianiny wiskozowej, a jakby "ściągacze" (tzn części przy nadgarstkach i w pasie) z innego materiału, też wiskozowej dzianiny typu lacoste ;) Zamek asymetryczny z boku i żółte akcenty od spodu. 
Najlepiej materiały widać tutaj, w świetle dziennym, tu w trakcie spaceru po Chartres z rana. W sztucznym świetle na zamku nie mogłyśmy zrobić ani jednego wystarczająco ostrego zdjęcia, a na zewnątrz lało non stop :((( Nawet obiektyw mi zamókł :(











Dobra, tyle samochwalstwa ;) 
Pod zamkiem kicz nad kicze, aż dziwne, że ktoś we Francji, gdzie wszystko zwykle jest zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, na coś takiego pozwolił. Średniowieczna chata, wszystkie kraje świata, różowe donice, białe markizy i palmy. Oł jeeee. Zatańczmy taniec hula!


Klimatycznie:


I wyeżdżamy... tą (bardzo długą i prostą) drogą podjeżdżały pod pałac znakomitości... widok mieli przepiękny...


A tu moje ulubione zdjęcie chyba :) Francuskie autko. 



Mówię Wam, jak kiedyś będziecie mieli okazję wybrać się do Francji - nie zostawajcie tylko w Paryżu. Jest cudowny, ale zbyt wiele o Francji się tam nie dowiecie... Pojedźcie dokądkolwiek, do mniejszej miejscowości, chociaż na jeden dzień, i pochodźcie bez celu. Wrócicie zachwyceni. Obiecuję :)

~PaT

sobota, 25 maja 2013

Mój francuski romans


     Dzisiaj mogę powiedzieć Wam o sobie coś, czego dotąd nie wiedzieliście. Mianowicie, wybierając po szkole podstawowej liceum dwujęzyczne z językiem francuskim, nie sądziłam, że Francja stanie się dla mnie czymś więcej niż kolejnym celem podróży, które uwielbiam. A jednak - stała się dla mnie drugim domem, przynajmniej na pewien czas. Po skończeniu liceum i roku studiów w Polsce postanowiliśmy z moim przyszłym mężem pojechać na studia do Francji. Zamieszkaliśmy w Montpellier, bo zawsze marzyłam o tym, by mieszkać w gorącym klimacie, a południe Francji jest po prostu przepiękne.. wspaniale było zmienić otoczenie, zmierzyć się z wyzwaniami, które niosła za sobą zmiana kraju, języka, tajników biurokracij, a nawet, co najprzyjemniejsze - jedzenia... Bywało różnie, nie było lekko, ale byliśmy tam razem, byliśmy niebotycznie szczęśliwi, urządzaliśmy nasze pierwsze, maleńkie mieszkanie, spędzaliśmy 100% czasu razem... To nasze zdjęcie z 2004r :))



 Chyba dlatego, że tak nam było tam dobrze razem, zakochałam się we Francji totalnie... Do dziś smaki i zapachy Francji kojarzą mi się z tymi szczęśliwymi chwilami i chętnie do nich wracam. Jednak nie byłam tam ponad 5 lat - ostatnio, gdy byłam w ciąży z Maksiem, potem nie było kiedy, odwlekałam odwiedziny u przyjaciół w nieskończoność, bo "zawsze coś". Aż w końcu w tym roku, znienacka, nadarzyła się okazja, by pojechać do przyjaciółki od czasów liceum, Marty, znowu zanurzyć się w tej innej rzeczywistości, i to aż na tydzień!  Bosko było wrócić do swoich wspomnień, odwiedzić ulubione miejsca, kafejki, posmakować zapomnianych pyszności, a przy okazji, ponieważ jechałam z siostrą i szwagierką, które były tam pierwszy raz - po raz kolejny zwiedzić to cudne miasto :-)

Z podróży przywiozłam ponad tysiąc zdjęć i mam straszny problem, co Wam pokazać ;) Chyba podzielę moją francuską relację na kilka części, bo naraz się nie da :D

Francja przywitała nas deszczem... i właściwie cały wyjazd lało :( Poza dwoma dniami, ale kto by tam narzekał na pogodę, skoro tyle wrażeń co chwilę :D
Pierwszego i drugiego dnia szwędałyśmy się po Paryżu bez celu, gdzie nas oczy poniosą... Uwielbiam takie spacery, a Wy? Marta zaprowadziła nas w kilka bardzo klimatycznych miejsc, nie wiem, czy zdjęcia oddadzą ten spokój, który ogarnął nas tego dnia. Taki brak pośpiechu, brak planu, mogłyśmy robić, co chciałyśmy, i to robiłyśmy :D

To ja i moja zwariowana siostra Sonia :D


Paryska sztuka parkowania. No comments :D Ale to codzienny widok, absolutnie przeciętny..


Spod wieży :)


Mokro..




Sztuka w Paryżu jest wszechobecna. Murales na słupie ogłoszeniowym:


Tu fajne lampy, szyld, i kolejna sztuka uliczna :D Na murze:


Paryskie velo :)


Sufit w metrze :)


Barki przy Sekwanie:




Nadziewane pomidory.. Aż zgłodniałam ;)


Drugiego dnia pogoda była już lepsza, a szwędanie się po mieście stało się jeszcze przyjemniejsze! A nawet zażyłyśmy krótkiej siesty w parku.. tu z moją przyjaciółką Martą i jej Okruszkiem :D


Absolutnie niezbędne w podróży... Lilou. Dzięki nim moi najbliżsi są zawsze ze mną :) Każda zawieszka jest dedykowana najważniejszym osobom i wydarzeniom w moim życiu. Uwielbiam Lilou :)) Moja siostra też, co widać ;)






A tak wyglądają w Paryżu przeprowadzki. Klatki schodowe starych kamienic są tak wąskie, że nie da się przenieść mebli i wielkich pudeł, więc trzeba dźwigu :)



Stragany uliczne i ogromne truskawy!!! Istne GMO :D


I żebyśmy nie zapomnieli o sztuce.. I ta klasyczna, i nowa, uliczna :D


Taki Paryż... pełen atmosfery, niebieskich słoni, tajemniczych uliczek, pośpiechu, i braku pośpiechu...


I taki.


Aż nagle napatoczyłyśmy się na wystawę HAUTE COUTURE!!! Zupełnie darmową :D Trzeba było tylko odstać 40min w kolejce. Wrażenia - niezwykłe, ale nie można było robić zdjęć. Zrobiłam tylko 3, ukradkiem, nieostre, ale zobaczcie:


Suknia z końca XIXw.




A to mój francuski romans :D Zakochałam się w tych trampkach pierwszego dnia, po prostu musiałam je mieć. Strasznie wygodne! I kocham takie wzorzyste tkaniny ostatnio :)


Mogłabym tak dalej pisać, pokazywać... ale chyba zostawię resztę na później :) W następnym poście pokażę Wam, co uszyłam sobie na wyjazd :D Do poczytania!


~PaT

środa, 15 maja 2013

Paris, Paris... za 5 minut!


    Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale właśnie "siedzę na walizkach" :D Wyjeżdżam, za całe 5 minut, do PARYŻA!!! Chciałam tyle Wam napisać, tyle pokazać, co przygotowałam na wyjazd, trochę sobie poszyłam :D Ale oczywiście - nie zdążyłam... ! Wszystko w pośpiechu, obym tylko rozumu nie zgubiła...!
Wyjeżdżam do kochanej mojej Przyjaciółki na cały tydzień, wraz z siostrą i szwagierką :D Na pewno będzie bosko! Żebym tylko doleciała i wróciła szczęśliwie - trzymajcie kciuki!
Oczywiście trzęsę się ze strachu o to, czy moje dzieci dadzą żyć tatusiowi, który z nimi zostaje :) Oby tak.. o same dzieci się nie boję, zostawiam ich w najlepszych rękach.
Teraz jedną ręką dokarmiam Felka, który coś nie ma ochoty jeść obiadu, drugą do Was piszę, a trzecią (nogą :D) dopycham walizkę, która pęka w szwach, jak zwykle...

Napiszę do Was z Paryża, może mi się uda dorwać do cudzego laptopa :D A jak nie, to po powrocie zaleję Was fotami - hehe, nawet nową kartę kupiłam, 8GB... będzie co oglądać :D


No to DO SPISANIA SIĘ!!!

PS Tylko...................!!! Jak ja wytrzymam bez maszyny!!!



~PaT

wtorek, 14 maja 2013

DIY: Betonowa typografia, czyli litery 3D we wnętrzach - ze styropianu!




    Kto podąża za trendami, ten wie, że od jakiegoś czasu surowy beton jest bardzo pożądany, szczególnie we wnętrzach minimalistycznych. Moje takie nie jest, ale postanowiłam spróbować jakoś go do siebie przemycić :)  Dziś zaproponuję Wam małe czary-mary. Styropian - z powodzeniem - będzie udawał beton!
    Wystarczy mieć pod ręką styropian, szarą farbę (najlepiej wnętrzarską,  ja kupiłam w markecie budowlanym tzw. tester koloru, farbę lateksową), nożyk do tapet i wałek - i można w kilka chwil zrobić ciekawą, minimalistyczną dekorację, mianowicie - "betonowe"napisy na ścianie :)

Do wykonania napisu potrzeba:



- odpowiednio duży kawałek styropianu, grubość - wg waszego uznania
- nożyk do tapet
- pisak, najlepiej cienki
- wałek do malowania
- trochę szarej farby wodorozcienczalnej, lateksowej (np tester koloru)
- stare gazety

1. Rysujemy na styropianie litery - i tu UWAGA, bo ja użyłam zbyt grubego i zbyt ciemnego pisaka, przez co ciężko było mi zamalować ślady! Zatem używamy jaśniejszego koloru i cieńszej końcówki. Myślę sobie też, że można byłoby najpierw wydrukować sobie napis w odpowiedniej czcionce, a potem wyciąć ją z papieru i odrysować - dla chętnych :) Ja narysowałam litery odręcznie.



2. Wycinamy litery. Jeśli styropian jest cienki, można spróbować nożyczkami, ale lepiej tnie nożyk. Staramy się jak najrówniej wycinać styropian, ale nie martwmy się, jeśli powstaną nierówności - nasz "beton" będzie bardziej surowy :)



3. Malujemy farbą litery, najlepiej wałkiem, żeby nie było widać śladów pędzla. Pamiętajmy, by robić to na starej gazecie :)




 4. Zostawiamy litery do wyschnięcia. W zależności od ilości warstw może to trwać od kilkunastu minut do paru godzin. Z reguły na płasko sklejony styropian nie trzeba nakładać wiele farby, gorzej, jeśli jest bardziej nierównej faktury, wtedy trochę więcej czasu mu potrzeba, by wysechł.


5. Teraz wystarczy przyczepić taśmą dwustronną do ściany, albo pianką do klejenia - czymkolwiek, co nie uszkodzi oryginalnej farby na ścianie :) Najlepiej dopytajcie w sklepie. Mi udało się zakupić angielską blue tack.


I jak Wam się podoba? U mnie literki zawisły w kuchni, która wcale nie jest minimalistyczna ani surowa :) Ale lubię eklektyzm i wydaje mi się, że fajnie to wygląda!






 Miłego po ścianach pisania!

~PaT