czwartek, 10 września 2015

Gdzie byłam, gdy mnie nie było...

Pola zaraz kończy dwa miesiące. Aż trudno uwierzyć. Wydaje mi się, że dopiero opuszczałyśmy szpital, a jednak już wyrasta ze swoich pierwszych rzeczy. Urodziła się taka maleńka, delikatna, o wiele drobniejsza od chłopców. Była tak krucha, że przez długi czas bałam się ją przebierać. Doświadczona mama nie powinna mieć z tym pozornie problemu. A jednak miałam wrażenie, że podnosząc taką maleńką rączkę czy nóżkę i próbując włożyć w rękaw czy nogawkę mogę zrobić jej krzywdę.




Zniknęłam na ponad miesiąc z bloga. Chciałam dokładnie celebrować każdą, najmniejszą nawet chwilę, bo wiem, jak szybko odchodzą. Dziecko zaczyna podnosić główkę, przekręcać się z boku na bok, pełzać, raczkować, chodzić. Każdego dnia następuje progres, a obecny etap staje się już nieaktualny. Dlatego tak bardzo chciałam zachować te pierwsze chwile z córką. Na spokojnie, nigdzie się nie spiesząc, nic nie musząc. W zaciszu domowym, a potem na Kaszubach w głuszy.

Namówiłam męża na trochę dłuższy urlop. Miałam przed sobą pełne trzy tygodnie wolności (no dobra, z trójką dzieci to może marna wolność, ale jednak bez codziennego kieratu praca-dom). Po porodzie potrzebowałam naładować akumulatory z dala od świata. Spakowaliśmy się i wyruszyliśmy całym taborem za miasto. I to dokładnie taborem. Przygoda z cyklu Polaki cebulaki zapakowani po dach jadą maluchem na wczasy pod gruszą do daczy nad jeziorem. Wprawdzie w daczy się nie zatrzymaliśmy, bo jednak dbałam, żeby Pola miała warunki sanitarne godne noworodka, ale można śmiało stwierdzić, że zaawansowaną cywilizację zostawiliśmy za sobą. 

Byliśmy sami z dzieciakami, co chwilę odwiedzali nas przyjaciele i rodzina. Czas płynął leniwie, całe dnie siedzieliśmy w piżamach, dzieci biegały w ogrodzie aż do późnych godzin.  To były takie wakacje, które pamięta się jeszcze przez wiele lat. Kiedy chłopcom na tyłek wciągałam cokolwiek, najczęściej brudne i poplamione i to kilka dni wcześniej. Nikt się nie spinał, mieliśmy w nosie zasady. Bo podsumujmy. Dzieci mogły jeść tyle lodów, ile chciały. Chleb z czekoladą na śniadanie też uszedł. A i nawet Mambę przemycili w międzyczasie. Ciastolina Play DOH na werandzie rozchodziła się w ilościach hurtowych. Poobiednie drzemki odbywali na materacu wyniesionym na werandę. Nikt im niczego nie kazał, bo się spieszy, bo trzeba już wyjść, bo korki, bo umówione spotkanie, bo tak i już. Chyba najważniejszy był ten brak odwiecznej spinki. A piękna pogoda spowodowała, że ani razu nie musieliśmy włączać bajek.  Do tego te codzienne spacery, a potem, gdy przenieśliśmy się z Grzybowa do Sasina, wycieczki. 
Nie mogłam sobie wymyślić lepszego sposobu na rekonwalescencję. Wypoczęłam, doszłam do siebie, dotarłyśmy się z Polą. Prawie perfekcyjnie opanowałam instrukcję obsługi malutkiej. Poza tym, co najważniejsze, nie musiałam myśleć o nadmiernych kilogramach nie mieszczących się nawet w kreacjach ciążowych. Wkładałam cokolwiek i miałam gdzieś, co i gdzie mi aktualnie może wyjść przez podciągający się na brzuchu T-shirt. Było idealnie ;-) 

A po powrocie mam prawdziwy luksus. Dzieci cieszyły się tak długo nieograniczonym czasem z tatą, że  już po powrocie w nocy nie krzyczą: Mamooooooo ;-) Rozdziawiają paszczę i słychać tylko: Tatusiuuuu, idź do nas! A ja mogę udawać, że śpię i nie słyszę. Wszak i tak karmię młodą, więc chociaż w ten niecny sposób mogę sobie ulżyć ;-) Mężu, wybacz ;D


Mówiłam, że Polaki cebulaki ;-) A to tylko jeden kurs, były ze trzy!




"Mamusiu, Manio pobrudził sobie organizm"


Z Turcji przyjechała ukochana kuzynka, Leyla ;)



Tatuś i córeczka tatusia. Nie pozwolił nikomu innemu chustować, bronił niczym cerber ;D



 Choć czasem pewnie tego żałował ;D


Jeśli zastanawiacie się, kto w naszym domu jest królem selfiaków, to nie jestem to ja !





Miłość z matki chrzestnej ;-)


Przyjeciele odwiedzali nas cały czas!


Mówiłam już, że było stylowo?





Było też grillowanie nocami, kiedy wszystkie nasze dzieci poszły spać. A było ich sporo, jak się wszyscy zjechali ;-)


I niezastąpione hamaki.



 Pięknie, prawda?




Przystanek na trasie, czyli kolejna przygoda z cyklu: Mamusiu nie mogę iść dalej, bo mnie nóżki bolą.



Przyłapany na gorącym uczynku ;-)





12 komentarzy:

  1. Super rodzinka! w przyszłym roku też obieram kierunek Kaszuby! i w ogóle wszystko pięknie tylko prośba o WIĘCEJ zdjęć Poli! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie było. U mnie podobnie. Miesiąc na działce w lesie, bez spinki, nerwów...Też miałam bosko. Acha - u nas winda wyglądała tak samo. Razy 3! Hehe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, że najlepszy patent na wakacje z dzieciakami? ;)

      Usuń
  3. Bo takie wypoczywanie jest dla dzieci najfajniejszą przygodą. Nie ma to jak bieganie boso przez cały dzień. Ja jestem wielką fanką takich beztroskich chwil. Co jakiś czas chill na łonie natury każdemu dobrze robi :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Rewelacja! Ciągłe życie na pełnych obrotach, a tu takie błogie lenistwo! Każdy powinien spróbować, ja też <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie! Błogo, sielsko i prawdziwie bosko ! Najbardziej rozbawiło mnie zdjęcie Maksia-artysty ;) Także jestem fanem relaksu w głuszy (umiarkowanej), nicnierobienia i chodzenia w piżamie. Nocnego grillowania z przyjaciółmi szczerze zazdroszczę :) I domagam się również większej ilości zdjęć panny Poli ;) Ściski !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panna Pola czeka na stosowną okazję ;D A Maks artysta to chyba powinien mieć swoją własną przestrzeń w necie, bo potrafi zmalować cuda nie z tej ziemi ;-) Całuję!

      Usuń
  6. Cudne zdjęcia, taki wypoczynek to super sprawa :) Życzę dużo sił na dalsze miesiące! :)

    OdpowiedzUsuń