czwartek, 28 maja 2015

My mamy

Aż trudno mi uwierzyć, że to już czwarty dzień matki, który obchodziłam. Jeszcze nie zdążyłam się mentalnie przestawić na tryb, że to także moje święto. Bo na razie bardziej skupiam się na tym, jak umilić ten dzień swojej kochanej mamie. Nie nauczyłam się jeszcze, że sama mogłabym celebrować ;) A w przyszłym roku to nawet potrójnie. Chyba sama nie wierzę w to, co piszę ;-)

Prawda, że piękny prezent dostałam? ;-)





Co dla mnie oznacza macierzyństwo? Tak po prawdzie to myślę, że oprócz niezliczonej ilości radości, to przede wszystkim wieczną obawę, niepokój. Od samego początku ciąży. Najpierw o to, czy wszystko jest w porządku. Czy jem zdrowo, czy wypoczywam, ile trzeba. Czy dany skurcz to tylko ten przepowiadający, czy już może rozpoczynający się poród. A potem czy będę potrafiła dobrze się zająć noworodkiem. Czy dobrze odczytam jego pierwsze potrzeby.  Przecież prawie jeszcze się nie znamy. Nie mamy dopasowanych do siebie rytmów. Czy będę potrafiła sprawić, by w nocy nie spadł mu poziom glukozy, czy ciągle oddycha. Śmierć łóżeczkowa to widmo, które przy Kubie nieźle mnie stresowało. Mimo że karmiłam w nocy dość często, budziłam się jeszcze w międzyczasie sprawdzić, czy wszystko na pewno z nim ok. Potem nadeszła obawa, czy dostarczam maluchowi odpowiednich wartości odżywczych, gdy nie pił już tylko mleka. Czy jest mu ciepło w chłodne dni, albo nie za gorąco latem. Czy nie odparzy się w pieluszce.


Nie wspominając o pierwszych zagrożeniach, gdy dziecko zaczyna być mobilne. Przyszła pora na ciągłą troskę, czy nie uderzy się w kant, czy nie rozbije sobie głowy, czy nie upadnie w niefortunny sposób. Czy ma odpowiednio wyprofilowane buty. Czy nasze zabawy  oferują mu pełną stymulację do rozwoju. A gdzie choroby? To już prawdziwa kopalnia tak zwanych myślówek. Czy niewinnie wyglądający stan podgorączkowy to aby nic groźnego. Czy trzeba już iść do lekarza, czy można jeszcze na własną rękę. Czy przepisana dawka leku jest odpowiednia do jego wieku. Czy antybiotyk na pewno jest uzasadniony w danej infekcji.

A potem, gdy skończył dwa lata: czy panie w przedszkolu dobrze się nim opiekują. Czy ma dobre relacje w grupie rówieśniczej. Czy radzi sobie wśród innych dzieci. Czy nikt nie sprawia mu przykrości. Czy nocując u dziadków za bardzo nie tęskni.
Gdy pojawił się Maksio, obawiałam się, czy Kuba nie poczuje się odtrącony, a z drugiej strony, czy będę mogła zaoferować Maksiowi tyle samo czasu, co Kubie. Teraz zastanawiam się, jak uchronić go przed syndromem dziecka środkowego… I jak temu trzeciemu, tej trzeciej, poświęcić maksymalną ilość uwagi przy dwóch ukształtowanych, ale jeszcze maleńkich chłopcach.

Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć wszystkie troski, o których zawsze mówiła mi mama, a o których wcale nie chciałam słuchać. I tak chyba będzie już zawsze. Każdy kolejny etap życia dziecka będzie niósł ze sobą kolejne obawy. Oczywiście trzeba do tego wszystkiego zachować zdrowy dystans, ale mimo wszystko serce matki zawsze będzie sercem matki. I będzie dobro dziecka stawiało na pierwszym miejscu. Nie wyobrażam sobie osiągnięcia pełni szczęścia ze świadomością, że własnemu dziecku jest źle, że ma problem. A że mam już tych moich dzieci w zasadzie trójkę, domyślam się, że i troski będę odczuwała potrójnie.

Naprawdę, żeby zrozumieć i potrafić docenić trudy matczynego losu trzeba samej zostać matką. Odsłania to wiele klepek i pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy. Trudniejszej, ale i piękniejszej. Bo wprawdzie pojawia się na świecie mała osóbka, za którą trzeba już zawsze brać odpowiedzialność i która wywróci dotychczasowe życie do góry nogami, ale też sprawi, że poszerzą się nam horyzonty. I zobaczymy, co naprawdę znaczy miłość bezwarunkowa. Dostarczająca wzruszeń w codziennych, zupełnie prozaicznych sytuacjach. Bo każdego dnia nasze dziecko zrobi coś, co nas zaskoczy.

Pokażę Wam coś, co mnie ostatnio bardzo poruszyło. Chyba nie widziałam piękniejszego ujęcia codziennego trudu matki. Takiego codziennego, często niedocenianego. Takiego, który ponosi sama, w domu, którego nikt nie widzi. Oglądam to video w kółko i za każdym razem się wzruszam. Sama już nie wiem, czy to ciążowe hormony, czy ogromna prawda bijąca z każdego kadru...




O i jeszcze tutaj. Tyle wzruszeń i pięknych słów. Mrs Polka Dot, mistrzowski tekst. Bardzo mnie wzruszyłaś. Ujęłaś w słowa to wszystko, o czym sama chciałam napisać.




Od kogo nauczyłabym się opieki nad dziećmi, jak nie od swojej własnej mamy ;-) Podobno jaka matka, taka córka. Dziękuję, mamo! A teraz sama spodziewam się córki…Mam nadzieję, że za wiele lat będzie mogła także powiedzieć, że tego, co wie, nauczyła się ode mnie ;)









A tu moje pierwsze kroki ;-) Sto lat przed erą blogową ;)






Nie zawsze było łatwo. Jak urodził się Maks, poczuliśmy, co to znaczy dziecko absorbujące ;-) Kolki,   ciągłe nocne jedzenie. Odsypialiśmy kiedy i gdzie się dało ;)






Potem już było tylko lepiej ;)















A jak będzie teraz? ;-) Jedno jest pewne. My mamy zawsze damy radę ;)

7 komentarzy:

  1. Bardzo prawdziwy i wzruszający wpis.Dla mnie najważniejszy fragment to ten że nie można osiągnąć własnego szczęścia wiedząc że własnemu dziecku jest źle że ma problem i to niezależnie od tego ile to dziecko ma lat. Niestety znam taki przypadek.Sama jestem mamą pełna parą mam czwórkę wspaniałych dzieciaków Jacka Julkę Jaśka i Jakuba (14,9,6 lat i 10 miesieczny maluch) dom na głowie i nikogo do pomocy.W domu jest głośno, wszędzie pełno zabawek piłek,jak trójka wychodzi do szkoły i przedszkola to następuje błogostan i cisza a zostaje przecież Kuba. Jak był sam Jacek wszystko mnie przerastało teraz radze sobie z czwórką. Mimo to podobnie jak Wy razem z koleżanką szyjemy zabawki poduchy i inne cudeńka dla dzieciaków (facebook.com/decoartdg). Da Pani radę grunt to dobra organizacja. Pozdrawiam Magda

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny, wzruszający wpis :) Kiedy byłam w pierwszej ciąży, próbowałam sobie wyobrazić, jak to będzie być mamą i z perspektywy czasu widzę, że nie miałam pojęcia, że to także tyle zamartwiania się. O choroby, o rówieśników, o stymulację, o metody wychowawcze, o to, jak i w co ubrać, kiedy i co przyrządzić do zjedzenia, jak tłumaczyć, rozmawiać, etc. Cała masa ciagłych problemów, także hipotetycznych do analizy. Ale tak silnego uczucia i tylu radości, takiej dumy i wzruszenia też nie przeczuwałam. Nie ma dnia, abym nie doceniała mojej mamy, nie przypominała sobie jej starań. I sama widzę- zasady, które mi wpajała, rzeczy, o których mi mówiła, a ja słuchałam jednym uchem, a drugim wypuszczałam, to wszystko wraca teraz do mnie i większość się sprawdza. My mamy damy radę ! Wszystkiego dobrego :*
    P.S. Marto, jaki Kuba jest do Ciebie podobny :) Na tych retro zdjęciach bardzo to widać :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny wpis. W pierwszą ciążę zaszłam późno, bo miałam 33 lata. Gdy urodził się synek byłam szczęśliwa. Gdy niepodziewanie, rok po urodzinach syna zaszłam w drugą ciążę bardzo się bałam. Właśnie wtedy moja mama zachorowała na raka. Wyjazdy z nią do kliniki w Krakowie, operacja, opieka nad synkiem i lęk o ciążę były dobijające. Ale gdy urodziła się córcia byłam przeszczęśliwa. Choć tylko niespełna rok cieszyłam się z powrotu do zdrowia mojej mamy. Moja córcia swojej babci nie pamięta, bo ta zmarła, gdy Wiki miała 1, 5 roku, Synek ją czasami wspomina. ale właśnie w dniu matki, czy w inne święta najbardziej brak mi mojej mamy, czy wtedy gdy jest mi smutno, źle, gdy nie mam komu się wypłakać. Na szczęście mam moje maluszki, które zawsze mnie jakoś doprowadzą do pionu, gdyż są najpiękniejszym darem, jaki dostałam od życia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Popłakałam się. Sama mam dwóch synów i maleńką córeczkę. Nie ująć wszystkiego lepiej. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne zdjęcia. Pokazują bardzo wiele szczerych emocji. Sama nie mam jeszcze dzieci, ale wiem, jak potrafią być niesamowite :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowne zdjęcia. Patrząc na nie, wzruszam się :)

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja z innej beczki...Na zdjęciu na którym Twoja Mama siedzi tyłem, znajomo wygląda mi ...poduszka.
    Może się mylę, ale wydaje mi się, że takie egzemplarze powstawały przez przeplatanie na specjalnych widełkach.
    Znam taką podusię z dzieciństwa...

    werbena

    OdpowiedzUsuń