środa, 7 maja 2014

Boska majówka vol. 2

Czy ktoś pamięta jeszcze o majówce? Od naszego przyjazdu minęły zaledwie trzy dni, a już tyle rzeczy zdążyło się zdarzyć, że wydaje mi się, jakby to było sto lat temu. Pracownia kosztuje nas wiele pracy i energii, a także, nie będę ukrywała, stresu. Bo skupiając się na urządzaniu i wykańczaniu, nie mamy możliwości zająć się czymkolwiek innym. Na szczęście jesteśmy na finiszu, jutro podłączają nam internet, będziemy miały łączność ze światem. Wszystko zaczyna się układać ;) Mam nadzieję, że przed wakacjami uda nam się mocno rozwinąć, a może ktoś nas odwiedzi już ;)




Wracając do majówki. Ciągle staramy się zwalczyć jej skutki ;) Dzieciaki mocno kaszlą, Kuba znowu opuszcza przedszkole, ale cóż mogę powiedzieć, warto było. Chłopcy byli lekko podziębieni, jednak lekarka stwierdziła, że nie ma żadnych przeciwskazań do wyjazdu. Ale nie wzięła pod uwagę potwornego wiatru, z jakim momentami musieliśmy się mierzyć. A że temperatura była dość niska, nawrót choroby gotowy. Swoją drogą pełna podziwu jestem dla naszej kreatywności, bo udawało nam się znajdować naprawdę zaciszne miejsca, gdzie było przyjemniej. A, o dziwo, najmniej wietrznie to chyba było nad samym morzem. Na plaży.
Jedno jest pewne: mamy piękne wspomnienia, a dzieciaki prawdopodobnie na miejscu i tak by się rozchorowały.
Swoją drogą analizowałam ostatnio wszystkie nasze wyjazdy z dziećmi. Mimo że nie jest to najłatwiejsza sprawa, było ich sporo. Bo umówmy się, trudności pojawiają się już na etapie pakowania. Zaczynając od dwóch wózków, łóżeczka turystycznego (czasem niezbędne), na pieluchach i górach ciuchów kończąc. Zazwyczaj pakuję wszystko jak leci: prawie całą szafę (jeśli jedziemy na tydzień na przykład), większość urządzeń, od inhalatora na laktatorze i podgrzewaczu kończąc (od tygodnia na szczęście już niepotrzebny ;). Do tego zabawki, kosmetyki, słoiczki, soczki, owoce, kanapki,  no i jeszcze skrzynka z lekami. Kończy się na tym, że jestem jedyną niespakowaną osobą w tym towarzystwie, bo albo nie starcza miejsca na moje rzeczy, albo czasu, żeby je wziąć. Podróż z malutkimi dziećmi też nie jest tym, co lubię najbardziej. Staramy się wyjeżdżać tak, żeby młodszy akurat spał, inaczej potrafi urządzić prawdziwe piekło i po kilku minutach mamy dość jakiegokolwiek wyjeżdżania. Moje dzieci nie znoszą siedzieć w fotelikach. Na szczęście Kuba jest już w wieku, kiedy dostanie tablet (posypuję głowę popiołem, ale kocham to robić) i jest zadowolony i grzeczny całą drogę. Maks ciągle manifestuje swoje ogromne niezadowolenie związane z wsadzaniem go do fotelika. Choć na pewno problem jest mniejszy, od kiedy jeździ przodem.
 Na miejscu też plan trzeba ułożyć tak, żeby jeden i drugi mogli regularnie zjeść no i, najważniejsze, odbyć swoje drzemki. Nie należę do mam, które nadmiernie skupiają się na zachowaniu rytmu dnia, ale mimo wszystko z maluchami podczas wyjazdu nie wyjdziemy kiedy i jak chcemy. Choć przyznaję, że w Jastrzębiej Górze plus był taki, że udawało nam się niekiedy zsynchronizować drzemki chłopców i samemu zasnąć na TRZY GODZINY (!). Naprawdę raj, w domu prawie się nie zdarzają ani drzemki zsynchronizowane, ani tak długie.
Poza tym jestem zdania, że każdy wyjazd z dziećmi nie tylko je rozwija i pokazuje, że można fajniej spędzać czas niż siedzenie w domu. Poza tym zostaną nam boskie wspomnienia i zdjęcia. A jeszcze jak uda nam się wyjechać większą grupą, w ogóle jest cudownie. I te wszystkie trudności nagle robią się śmieszne.
Pamiętam, jak niemal dwa lata temu, gdy Kuba miał zaledwie pół roku, pojechaliśmy do Berlina. Mamy z mężem taki swój mały rytuał: Uwielbiamy hotelowe śniadania! Często, jadąc gdzieś, rozmawiamy nie o tym, co zobaczymy, ale co zjemy na śniadanie. Serio :) Zapach kawy i świeżych truskawek roznoszący się nawet zimą. Mniam! No więc schodziliśmy na to upragnione śniadanie i Kuba jak na złość zaczynał się awanturować. Wrzeszczał i wrzeszczał. Do tego stopnia, że jedna osoba jadła w pośpiechu i stresie, a druga chodziła, uspokajała dziecko i udawała, że nie widzi wściekłych spojrzeń innych gości. Oczywiście wyjazd zakończyliśmy z pierwszymi ząbkami, ale skąd mogliśmy wtedy wiedzieć ;) Dziś jest nam strasznie wesoło, jak wspominamy ten wyjazd. I o to właśnie chodzi. Żeby mieć dystans i tyle samozaparcia w sobie, żeby jednak organizować czas poza domem. Bo to nie tylko nie pozwala zastygnąć, ale w szerszej perspektywie jest naprawdę bardzo bardzo przyjemne. Mimo że na wyjeździe musimy robić te same rzeczy przy dzieciach, co w domu i jest to często trudniejsze, bo nie mamy zorganizowanego i przygotowanego miejsca, a w nocy też musimy jakoś przygotować mleko i uspokoić dziecko, WARTO. Na szczęście moi chłopcy nie mają problemu ze spaniem w obcych miejscach. Wręcz przeciwnie: są jacyś spokojniejsi i po dniu pełnym wrażeń padają jak kawki.
A nasz wyjazd do Jastrzębiej był o tyle cudowny, że pojechaliśmy naprawdę dużą grupą. Patrycja już Wam dokładnie powiedziała, co i jak, więc nie będę się powtarzała. Powiem tylko, że bardzo się cieszę, bo w wakacje jedziemy razem do domku na Kaszuby. I też będzie BoSKo ;)))


Maksio cały wyjazd przesiedział w zasadzie w wózku. Na szczęście nie miał z tym faktem większych problemów, bo zazwyczaj spał ;)


Albo jadł. Mówiłam Wam kiedyś, że Maks to mały odkurzacz? Je non stop! I wszystko. Nie ma rzeczy, która by mu nie smakowała. Zupełnie odwrotnie niż Kuba, który nie je prawie nic i ciągle ma obiekcje co do serwowanej mu potrawy ;)


Pierwszy stragan i pierwszy zakup zaliczony. Kuba upatrzył sobie wiatraczek. Męczył go cały pierwszy dzień. Ale jaki szczęśliwy był ;)








Zdjęcie bez głównej atrakcji nie było możliwe ;) Ale przynajmniej trochę koloru jest, bo pierwszy dzień nad wyraz szarawy i pochmurny się okazał.


Choć to zdjęcie wydaje się temu zaprzeczać ;)


Ciocia Kasia i ciocia Aga zamyślone.


Kuba wita się z najmłodszą uczestniczką wyprawy, Ewcią.


Mówiłam, że było wesoło? ;)

I'm the king of the world ;)


I edukacyjnie też było, a co!


A jak by się kto pytał,  jak najłatwiej wkurzyć mamę, to normalnie właśnie tak. Ale nie na tym wyjeździe. Luz totalny obowiązywał ;)


A ta noga skąd się tam wzięła?


Za plecami taty najbezpieczniej.


Ciocia Aga ze swoją małą gromadką ;)


I jeszcze nasz kolejny hit: mecze piłki nożnej.

Odwieczni rywale. O piłkę też były nieustanne spory ;)





Z rękoczynami nawet ;)


I Bar Maks. Absolutny must podczas pobytu w Jastrzębiej.


Chwila zgody. Jednak wspólny wróg zbliża. Mama wcale nie widziała, że bawią się komórką ;)



A Maks jak zwykle: najedzony, wyspany, czyli zadowolony.



Czasem może trochę zdziwiony ;)


A tu już mała wymiana. Maks wstał, Felek poszedł spać. Podczas wyprawy na latarnię w Rozewiu. Mówiłam już coś, że wyprawy z dziećmi pełne są nieoczekiwanych zwrotów akcji? ;)


Taka tam, rodzinna ustawka.


I zupełnie odmienny klimat.


Jak już Patrycja mówiła, mamy z każdego wyjazdu może jedną wspólną fotkę. I to taką, że mi na przykład zawiewa włosy albo ziewam, a Patrycja zamyka oczy. Standard ;) Ale dzieci za to obfotografowane z każdej strony ;)


Znowu najlepiej u taty.


Te kolory tylko nad morzem ;)


I ciocia Kasia, która powinna dostać wyróżnienie za stoicką cierpliwość. Wiadomo, że cudze dzieci wydają się bardziej niegrzeczne, a nasze naprawdę dokazywały. A Kasia spokojnie tłumaczyła, bawiłą się, pełna wyrozumiałość. Dzięki, ciocia Kasia ;)


Frisbee. Nasz nowy hit na plażę. Nawet dwulatek się zachwycił.






Kuba poszedł spać, więc pozostał Maks do wspólnego zdjęcia ;)


Lot w przestworzach ;)




Zamyśleni, chwilowy moment spokoju. Chyba ciocia Kasia była w pobliżu i zajęła się dziećmi ;)


Nad morzem tak można godzinami ;))


I w jak miłym towarzystwie. Feluś też lubi patrzeć w dal. U nas to chyba rodzinne. Bo my wszyscy jak jedna wielka rodzina. Taki tygiel ;) Kotłujemy się razem od tylu lat, prawdziwa mieszanka wybuchowa, tylko punktów zapalnych brak. I dobrze, niech tak zostanie ;) Jak najdłużej. Bo boję się prosić, żeby na zawsze ;)


10 komentarzy:

  1. Super!! Uwielbiam wasze posty... i te zdjęcia ... :) Super ! Fajne pamiątki maluszki będą miały jak dorosną !! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez mam taka nadzieję, że będą z przyjemnoscią wracać do tycj naszych eskapad :-)

      Usuń
  2. Awww te zdjęcia mnie rozczulają <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzieci były grzeczne jak aniołki, no może poza paroma sytuacjami wymagającymi zachowania większego SPOKOJU wewnętrznego ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Jaki ten wasz maluszek ma śliczna czapeczke az nie mogę się napatrzeć ! z miła checia uszyla bym mojemu ale on ma 2 lata i jest już taki dorosły i wszystko siam ;p pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwróć uwagę, że dwulatek ma identyczną ;)))

      Usuń
  5. Piękny wpis :) Tak to właśnie jest, że najgorzej się zabrać za wyjazd, czyli zaplanować, nie poddać przeciwnościom losu ( bo przecież któreś z dzieci zawsze jest wtedy chore :D ), przejść godnie przez gehennę pakowania. A potem okazuje się, że było warto ! Dzieciaki szczęśliwe i dotlenione, rodzice również ( a przynajmniej tak się prezentują na zdjęciach ;) i oddech pełną piersią z dala od codzienności :)
    Chłopcy są słodziakami , że hej ! I według mnie są bardzo do Ciebie podobni :)
    Cmoki ! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jagoda, jak zwykle kochana ;) Trzymam kciuki, żeby Twoje dziewczynki wyszły z przeziębienia ;)

      Usuń