poniedziałek, 10 lutego 2014

Takie tam sceny z aresztu domowego

O tym, że ostatnie dni mijają i mi i Patrycji pod znakiem chorób, żeby nie powiedzieć, zarazy, już wiecie. Wprawdzie jest o niebo lepiej niż tydzień temu, ale i tak do ideału daleko. Jestem już totalnie zmęczona, bo w zasadzie od dwóch tygodni codziennie tylko inhalacje, siedzenie w domu i ogólne rozdrażnienie dzieciaków, a w konsekwencji i moje.


 
Dlatego postanowiłam w końcu, jak tylko zobaczyłam za oknem pierwsze promienie słońca, które wydawały się w miarę ciepłe (szczególnie po fali mrozów, która przechodziła przez Trójmiasto), ubrać ferajnę na cebulkę i raz dwa na dwór. Lekarka powiedziała, że jak tylko temperatura przekroczy 0 stopni, wiatru nie będzie, gorączki też nie, można wychodzić. Ależ to była dla mnie ulga. Naprawdę, miałam wrażenie, że moja skóra po tylu dniach spędzonych w domu przybiera szary, ziemisty kolor, a pod oczami robią mi się czarne plamy. Na szczęście, jak poczułam na sobie promienie słoneczne, dostarczyłam organizmowi pierwszej od wieków dawki witaminy D, od razu zrobiłam się szczęśliwsza, a i dzieci jakby zdrowsze się stały.
Jeszcze tylko potrzebowałam innego zajęcia niż wspomniane wyżej inhalacje. Bo naprawdę każdego z chłopców musiałam trzy razy dziennie nebulizować sterydami i naprzemienne inhalować solą fizjologiczną.Do tego dochodziło ciągłe wyparzanie części inhalatora. Więc rozumiecie, że nawet na posiłki brakowało nam czasu. Na szczęście każdy kolejny dzień niósł ze sobą poprawę sytuacji. A w ten weekend mogłam nawet uszyć kocyk, który już obiecałam mamie Leonka dawno temu. Całe szczęście, że miałam sztywny termin wykonania zadania: niedziela 9 lutego. Inaczej sto razy bym przekładała, bo nie dość, że chłopcy chorzy, to jeszcze maszyna grymasiła, zaczęła gubić oczka. Naprawdę, naszywając aplikację prawie płakałam, bo jakiś milion razy musiałam wracać w miejsce zgubionego szwu. Mąż, widząc moją bezradność, rozpacz i białą gorączkę, strasznie mi współczuł. Tak bardzo, że obiecał mi NOWĄ MASZYNĘ ;))) I to na imieniny, które już za dwa tygodnie, więc siedzę tylko i przeglądam kolejne modele. A w temacie męża będąc, to pozwolę sobie tylko na dygresję, że jestem z niego bardzo dumna, bo ukończył bieg urodzinowy Gdyni, całe 10 km! I może osobom, które regularnie biegają, wyda się to zupełnie niespecjalnym wydarzeniem, ale mój mąż miał naprawdę niewiele możliwości, by się przygotować do tego biegu. Pod koniec roku miał wypadek na motorze, długo dochodził do siebie. Potem sprawy związane z dziećmi nie pozwalały mu na przestrzeganie terminów treningów. A on nie tylko pobiegł, ale i dobiegł i to z całkiem niezłym czasem! (48min). Dla mnie mega wyczyn! Wszyscy, całą rodziną, kibicowaliśmy mu na mecie. Poza tym muszę powiedzieć, że dla mnie niesamowity jest fakt, że tyle osób (ponad 4 tysiące!!) wystartowało w biegu na tak długi dystans. Tak sobie w skrytości obiecuję, że za rok pobiegniemy razem, kiedyś przecież sama regularnie biegałam. Trzeba przecież pielęgnować dobre nawyki;)
Wracając do kocyka. Mama Leonka chciała, żeby materiał był w gwiazdki i z aplikacją z pełnym imieniem. Z tyłu minky. Wysłałam kilka linków z dostawcami tkanin i Kasia zakochała się w tkaninach z Drecotton.  Faktycznie, mają piękne, świeże, wiosenne wzory. Szybko się okazało, że właściciele to niezwykle sympatyczni ludzie i skończyło się na tym, że 8 marca organizujemy wspólne warsztaty szyciowe.
Drecotton dostarcza materiały, my zajmujemy się prowadzeniem. Będziemy szyć poduszki, tym razem piękne, wiosenne. W sam raz na odświeżenie mieszkania. Ale o konkretach na pewno będziemy jeszcze pisały. Nasze ostatnie warsztaty w IKEI cieszyły się naprawdę dużą frekwencją, złapałyśmy bakcyla. Mam nadzieję, że tym razem będzie tak samo sympatycznie i kreatywnie.
Do zestawu Leonka doszyłam jeszcze poduszkę i jestem w trakcie doszywania literek. Na pewno pokażę lada dzień, ale muszę poczekać na dobry humor moich dzieci ;)) Na razie kończę fazę pielęgnacyjną chorutkich ;)))
W ogóle czuję, że wiosna czai się tuż za rogiem, dlatego idę ogarniać wiosenną kolekcję. Nie ma przecież na co czekać ;)


 Kawałek podusi;)

 Nasza nowa wszywka;))) Niestety za nic nie mogłam złapać ostrości.








A to próbki materiałów od Drecotton ;) Z takich między innymi wzorów będziemy wspólnie szyć.

Musiałam ;)))

A tu jeszcze migawki z aresztu domowego :

 Kubaz nudów dorwał się do aparatu. Jak na dwulatka to jak dla mnie dzieło sztuki ;) I nawet szarej cery i czarnych cieni pod oczami nie widać. Efektu Photoshopa się nie spodziewałam ;P


Kubie włosy zdążyły tak odrosnąć, że w zasadzie fryzjer potrzebny od zaraz. Ale jako że musimy jeszcze poczekać kilka dni, a na atrakcje typu spinka, tudzież opaska pani matki reaguje histerią, wymyśliłam, że może czas przywitać się z żelem do włosów. VOILA ;)

 Maks podczas choroby niw tylko zaczął raczkować...

...ale i stawać!!! W uszach ciągle mi dźwięczą słowa ortopedy, który gdy zobaczył stojącego Kubę w wieku 8 miesięcy pytał, dlaczego mu na to pozwalam. No cóż, może dlatego, że mu po prostu nie zabraniam? ;) Nie wyobrażam sobie zabraniać dziecku rozwoju, szczególnie takiego, który przychodzi sam, naturalnie. Maks ma skończone 7 miesięcy i w zasadzie jedynym, o czym myśli, to czego by tu się złapać i podciągnąć. Jak dla mnie szacun, chciałabym mieć w sobie tyle konsekwencji i samozaparcia ;)
PS. Zwróćcie uwagę na Misia Foszatka z tyłu. Kuba do dziś uważa, że wszystkie zabawki są jego, a od czasu do czasu może dobrodusznie Maksowi pozwolić pobawić się czymś. Byle nie za długo! ;P

16 komentarzy:

  1. Kupiłam dokładnie tę samą tkaninę z Drecotton. Jest boska. Ja szyję z niej narzutę na łóżko mojego 3 - latka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama się też zastanawiam nad zasłonkami do pokoju dziecięcego ;)

      Usuń
  2. Ten ortopeda niech się leczy, jak można zabraniać dziecku? To tak jakby zabronić pić wody... Moje bobo też zaczęło stawać w 7,5 - 8 miesiącu, podciągać się zaczął dużo wcześniej i chodzi trzymając się narożnika... Choć ostatnio stał się mniej "odpowiedzialny" i się puszcza częściej niż na początku i ląduje z hukiem, dlatego zaczynam poważniej myśleć o zakupie kasku :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, ja też o tym myślałam przy pierwszym synku. Ale zanim się zdecydowaliśmy, już chodził ;)

      Usuń
  3. Misio Foszatek super :) hih, w ogóle macie cudowne dzieci :) Jestem ciekawa skończonej pracy .
    Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  4. Wlazłam na stronę Drecottonu. Jakie piękne tkaniny! Ból serca mam aż :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No Kuba wyjątkowo rości sobie prawo do wszystkiego ;)) Mam nadzieję, że dziś skończę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jejku jacy Oni słodcy!! do schrupania! ja mam małą roczną chrupkę w domu i też obecnie areszt domowy ;/ kłaki z głowy można sobie powyrywać, tym bardziej jak wisi przy nodze i marudzi. Ostatnio wysypuję jej na podłogę ryż preparowany i jest zabawa i przekąska :D działa jak pułapka, jak od czasu do czasu w to wejdzie, to ją na trochę zatrzymuje, siedzi i dzióbie, polecam! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobną metodę, rozsypuję tylko flipsy ;)

      Usuń
  7. E nie taki straszny ten areszt w takim towarzystwie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. To prawda, chłopcy są cudni;))) Czasem jednak tęskno do osobników, którzy potrafią zbudować kilkuwyrazową wypowiedź ;DDD

    OdpowiedzUsuń
  9. Dużo zdrówka dla Ciebie, Dzielna i Wytrzymała oraz dla Wspaniałych Chłopaczków coraz większych i większych :))) Banda Słodziaków z Was , ot i tyle :*

    OdpowiedzUsuń
  10. śmiałam się sama do siebie, czytając ten wpis, co uświadomił mi skrzętnie mój małżonek: "co ty tam czytasz, że się tak uśmiechasz kochana ma?" :) taka solidarność chorobowa chyba ;) dziś po raz pierwszy trafiłam na Wasz blog i po prostu musiałam coś napisać. więc piszę :) ajj.. cudne jesteście, cudne jest to, co robicie i tworzycie. razem z tym wczorajszym gdyńskim słonkiem tchnęłyście we mnie dzisiaj dużo pozytywnej energii. kurcze, powiem więcej, zaimponowałyście mi szalenie!!! przepiękne projekty, odlotowe pomysły i wszystko to przy bandzie małych dzieci :) brawo!

    moja banda też mała, licząca sztuki dwie co prawda, ale nudy nie ma ;) szukam wieczorową porą natchnienia i wytchnienia zarazem :) jak dobrze znam inhalacje, oskrzela, nocne kaszle i areszt domowy.. oj jak dobrze, stąd właśnie wspomniana solidarność ;) i jak bardzo brakuje wtedy tego drugiego człowieka. drugiego dorosłego osobnika, coby zamienić z nim parę dorosłych zdań chociażby.. ehhh.. ;) i słońca, i bryzy znad Bałtyku. i dobrej kawy w przelocie :) i tego, że ktoś ci powie, że już zaraz będzie dobrze, że już jest nadzieja i promyczek przedzierający się przez to całe kłębowisko :) chyba wszystkie to znamy..

    boginie, jesteście naprawdę boskie!!! dzięki za tą moc, która na mnie dziś spłynęła! pozdrawiam również z Gdyni :) aż musiałam się tą burzą moich myśli z Wami podzielić! a co tam! może wszystko w nieładzie pewnym artystycznym, ale prosto z mojego gdyńskiego serducha.

    jak to na nas mówią, śledzie? pięknie, prawda?! ;) a może jakaś podusia ze śledzikiem, byłby czad! ;)
    "śledzimy" boginie przy maszynie, czy jakoś tak.. można pogłówkować ;)

    góry zdrówka,
    lola

    OdpowiedzUsuń